Monthly Archives: Kwiecień 2011

każda podróż jest śmiercią

tym razem nie nagłą, nie tragiczną, ale powolną i planowaną. ważę w dłoniach każdą jedną  rzecz, biorę do rąk po kolei każdą książkę i zastanawiam się nad jej wagą, dosłowną i metaforyczną, po raz kolejny liczę, ile swetrów potrzebuje do życia człowiek, raz jeszcze sprawdzam, jak dużo znaczeń można zmieścić w jednym małym plecaku… robię rachunek posiadania, remanent nomadyzmu.

podobno przed śmiercią człowiekowi przelatuje przed oczami całe życie.

kiedyś na Ukrainie spadałam ze skały do rwącego górskiego potoku. właśnie wtedy, koziołkując w dół, przypomniałam sobie:  o, teraz powinnam zobaczyć film ze swojego życia, ciekawe… bardzo wyraźna myśl, pełen spokój, oczekiwanie. i nic, filmu nie było.

za to teraz znajduję mnóstwo surrealistycznych listów, numerów telefonów nabazgranych na wymiętej kartce, złamany obcas, rozmazaną fotografię, autostopową tekturkę z napisem w wielu językach: dokądkolwiek, kolczyk, którego zgubienie sprowokowało niegdyś zatarcie granic między jawą a snem… i widzę cały kalejdoskop sopockich chwil.

może nie przed, a po śmierci można usiąść w czerwonym, kinowym wygodnym fotelu i zobaczyć pokaz premierowy.

a testament?

„…najwyższą wolą
moją jest niepewność. (…)
Dachom trójkątnym, łagodnym i płaskim
powierzam moje stopy lunatyka. Czasy są takie
niepewne. A na dachy nikt nie rzuca skórek
od bananów. ”

Edward Stachura „Wielki Testament”

Reklamy

on the road again

dlaczego wspinamy się na najwyższe szczyty, wchodzimy w najgłębsze nory, wyjeżdżamy na najodleglejsze skraje świata?
nie dlatego, że te miejsca istnieją. dlatego, że my istniejemy.


dlaczego podróżuję

dlaczego podróżuję?

Czasami podróżuję, bo muszę, czasami bo chcę; bywa, że jest to mój suwerenny wybór, wolna decyzja, ale często coś, jakaś odgórna siła, nakaz pędu decyduje za mnie. Czasem wyruszam, by przekroczyć jakąś kolejną granicę, a czasem właśnie po to, by się od niej oddalić. Zdarza mi się jechać, by dokądś dotrzeć, a czasami, aby skądś uciec.

Przyczyny łączą się ze sobą w najdziwniejszych kompilacjach, mają własną, niezrozumiałą choreografię paradoksów.

Miałam kiedyś taką zabawę (z losem/bogiem którymkolwiek/samą sobą/przeznaczeniem) – łapałam stopa przed siebie i jechałam tam, gdzie pierwszy zatrzymany samochód. Dopiero na miejscu szukałam powodu, dla którego tam się znalazłam. Zawsze się jakiś znajdował.

Może więc podróżuję po to, by dowiedzieć się, dlaczego podróżuję.


List do światła

Słońce to symbol nieskończoności, nieba, początku, ognia, świata, wędrowca, siły aktywnej, Stwórcy, Chrystusa, Raju, zmartwychwstania, świetności, wspaniałości, triumfu, prawdy, chwały, sprawiedliwości, oświecenia, słowa, autorytetu, inteligencji, mądrości, rozumu, geniuszu, wolnej woli, wynalazczości, rolnika, ojca, męskości, płodności, wierności, niewierności, szaleństwa.

Jeden z nieskończenie wielu prologów:

Maciej Woźniak

List do światła

Światło, jasna szybo. Cieńsza i przezroczystsza
od wszystkich innych szyb. Oprawiona w ramę
przestrzeni, albo wstawiana, kawałek po kawałku,
czasem nie większym niż szkiełko w zegarku,
w ślepe zaułki, w okienka na strychu, w puste
oczodoły zanurzonych w półmroku i smutku
kościołów. Światło, soczewko szlifowana uparcie
przez wieki. Ale nie przez astronomów, magów,
filozofów, tylko przez zwykłe, zwierzęce i ludzkie
powieki. Zwinny promieniu, wijący się po krętym
labiryncie losu, jak nitka zakochanej dziewczyny
z greckiej mitologii. Gładka, smukła poręczy
przy schodach, po których każdego dnia rano
wspinam się do góry, a wieczorem schodzę
w dół, ukrywszy w kąciku oka twoją drzazgę,
by lśniła nocą w wydrążonym pniu ciała bladym
próchnem snu. Światło, moneto życia. Złota
pokrywko słoika z konfiturą. Srebrne, blaszane
wiadro, opuszczane na dno ciemnych studni
podwórek. Rozbite na kawałki i rozsypane po
całym świecie zwierciadło. Drobno pokruszone
przez stroboskopy dyskotek, żarówki ulicznych
neonów, samochodowe lusterka i skrzydełka
ważek. Światło, strumieniu bijący ze źródła
gwiazdy. Błękitnymi akweduktami spływający
na ziemię, by nie wysechł za mocno piasek
w klepsydrze czasu i by przepłukać zaschnięte
gardła zmysłów. Rozlany z porcelanowej
filiżanki brzasku, lub z kubka zmierzchu,
migotliwy blasku, który zlizują prędko i łapczywie
języki liści, który wsiąka jak w gąbkę, tak samo
w miękkie leśne igliwie i pomiędzy krzywe,
byle jak spasowane deski podłogi, i w skórę
na końcach palców, gdy każdy paznokieć staje się
małym witrażem, choć bez podobizn świętych
i bez widoków na wieczność, ale za to z różową
poświatą bólu, jedyną aureolą. Światło, skalpelu
tnący zwiotczałą skórę złudzeń. Miłosierny sztylecie,
którego błysk sprawia, że bledną rumiane od obłudy
twarze polityków, celuloidowe oczy gwiazd kina,
pokryte lakierem uśmiechy modelek z okładek
kolorowych magazynów, i wyłania się z cienia
prawdziwy obraz świata, o wiele trudniejszy do
uwierzenia. Pracowite dłuto, rzeźbiące w drewnie,
w metalu, w kamieniu. Dotyk twego ostrza wycina
z szarości betonowe krypty osiedli, kratownice
rusztowań, dźwigów i mostów, jak woda, co żłobi
ciemną katedrę groty. Światło, jasna szybo. Przez
ciebie patrzymy i przez ciebie nas widać. Luneto,
przez twój okular ogląda nas słońce, dalekie
galaktyki i obce planety. A oko błękitu widzi
wszystkie nasze najmniej błękitne sprawy. Kiedy
przez wąskie szczeliny w zasłonach, żaluzjach,
roletach przeciskasz się do mieszkań. Gdy patrzysz
na zamkniętych wewnątrz mężczyzn i kobiety,
co już się sobie nie śnią. Światło, ty tak delikatnie,
jak nikt inny, wygładzasz ostre rysy krajobrazów,
a wyciągniętą łagodnie dłonią oswajasz zjeżoną
sierść przedmiotów. Ty rozczesujesz splatane
przez czarny wiatr nocy nasze myśli, gdy czas,
w szarym habicie mnicha, z zakonu o najbardziej
surowej regule, spowiada nas z życia. Światło,
ty tak czule, tak bez śladu ironii całujesz moje
źrenice. Zanim kiedyś zamilknie twój drżący
w czerwcu sopran, twój alt, który wybrzmiewa
echem tysiąca kolorów na październikowych
drzewach, twój cichy, urywany, jakby nabrał
w usta wosku z gasnącej świecy, szept, którym
dotykasz jej nagiego ciała, łagodniej niż ciepły
oddech, światło, nim twoja szyba w moim oknie
pęknie, i nawieje do środka kurzu, sadzy, mroku,
będę się modlił do ciebie każdym otwarciem oczu.

Borowiczki, 08.2001


i jeszcze o granicach

w podróży nie chodzi o przemieszczanie się, ale o wolność. o wyższy stopień motywacji, by iść dalej, oddychać głębiej, czuć bardziej, pamiętać więcej. bo za chwilę już mnie tu nie będzie, fizycznie i metafizycznie, chemicznie i alchemicznie.

chodzi o dotykanie granic i namacalne każdorazowe odkrywanie, że są papierowe.

a potem ich spalanie. albo może czasami, pod wpływem niezrozumiałej czułości lub kaprysu, zostawianie, ale z zapisaną na nich historią.

poprzednią notkę pisałam na lotnisku, gdzie, teraz się przyznam, czasem uciekam przed światem. piję chyba najdroższą w mieście zieloną herbatę, a za moją głową startują głośno samoloty. i lecą, wysoko, daleko, w nocne pełne gwiazd i świateł niebo.

do domu wracam na stopa, bo tradycyjnie trafiam na przerwę w kursowaniu skm (sprawdziłam nie ten rozkład, co trzeba…) między 1 a 3 w nocy… zatrzymuje się pierwszy samochód, na którego macham i podwozi mnie pod same drzwi, choć jedzie w przeciwnym kierunku.  lubię nocne rozmowy o małych szaleństwach, które pomagają nie zwariować do końca. mój kierowca nie dziwi się za bardzo moim lotniskowym spacerom o kompletnie irracjonalnych porach, bo on sam siada czasami na jakimś brudnym, nieprzytulnym dworcu kolejowym i obserwuje. ludzi z walizkami, plecakami i tych, którzy nigdzie nie jadą. mieszkańców tymczasowości pod migającym rozkładem jazdy.

zawodowo zajmuje się tramwajami, instaluje miejskie ścieżki szyn i marzy,  żeby kiedyś tworzyć większe tory, po których będą jeździć prawdziwe lokomotywy, pośpieszne i przelotowe, towarowe i pasażerskie, te donikąd i te o ściśle określonym celu…