Monthly Archives: Maj 2011

The lady is a tramp

Piosenka na dziś:

Przyznaję się niemal do wszystkiego. Może z jednym małym, nieistotnym wyjątkiem…


dangerous men

Dangers which we play today:

“All men dream, but not equally. Those who dream by night in the dusty recesses of their minds wake in the day to find that it was vanity; but the dreamers of the day are dangerous men, for they may act their dream with open eyes, to make it possible.”
Thomas Edward Lawrence.


miasto poezji

dance out or in

pianino uliczne
let’s play…

flowering

dice playground

best unsaid


sopot dobra zatoka

czarnoksiężnik

sopot. miasto wariatów i artystów. o czym ostrzegają nawet agentki nieruchomości nieostrożnych klientów, którzy mogliby przez nieuwagę zdziwaczeć.
miasto, które jest po imieniu z niebieskimi ptakami, a pijacy nie są po prostu alkoholikami, lecz ludźmi z wielobarwną przeszłością, godnymi uwagi, czasu i szacunku.

miasto, które hołubi mit bohemy, gdzie wciąż odbywają się afterparties do rana, na których dyskutuje się  z ogniem w oczach i ustach o Sztuce, Sensie i Sensie Sztuki. gdzie barman mruga do swoich ulubionych klientów i udaje, że zamyka knajpę tylko po to, by chwilę później tylnym wejściem wpuścić ich z powrotem i w oparach dymu pod zasłoniętym foliową torebką czujnikiem dymu kontynuować nie byle jaką imprezę do świtu. i gdzie nadal wierzy się, że można jeszcze powiedzieć w sztuce coś  Nowego.

miasto, gdzie każdy się z każdym zna, potrzeba kilku minut, by przemieścić się z jednego krańca na drugi, w odległości kilku kroków od siebie jest morze i las, a jednak ta wioska to jeden z bardziej imprezowych punktów Polski.

miasto, gdzie najdziwaczniejsze nawet zachowania są interpretowane na twoją korzyść. zawsze można skwitować fałszowanie na ulicach o czwartej nad ranem w przebraniu srebrnego kota: cóż, artysta.
sopot, good bay


kolaż dworcowy

popatrz na mnie

widzę twoją twarz

czas do góry nogami

czas robi fikołki, zawisa do góry wskazówkami, bawi się ze mną, kręci (się), buja (się)... czas gra w podróż.

dworzec balonowy

Michael does believe in faires. Do u believe in faires? Do u believe in Michael?

jeszcze zdążymy

nie jest za późno. jeszcze zdążymy. wojna to będzie straszna, gdyż czas nas będzie chciał zniszczyć, lecz nam się uda zachwycić go. sdm.

zawsze możesz wysiąść

zawsze można wysiąść

zawsze możesz wysiąść

alternatywny rozkład jazdy


o językach obcych

uczę się hiszpańskiego. dzisiaj metodą na tango. wiem już niemal wszystko o miłości dramatycznej (el amor dramatica), nieujarzmionej zazdrości (celos salvajes), porywach namiętności (rafaga de pasion)… tylko jakoś nigdzie nic nie ma o kupowaniu biletu lub sałaty… chyba muszę znależć piosenkę o romantycznych spojrzeniach (mirada romantica) między kolejarzem a  ekspedientką w warzywniaku…

na swoje usprawiedliwienie mam słówka typu gorączka (fiebre), która, czy to miłosna, czy tropikalna, brzmi tak samo. a to już jest dość praktyczna wiedza, choć mam nadzieję nie mieć okazji do jej  używania, zwłaszcza w znaczeniu nr 2…

Aprende, si tenías vivir perennemente. Vive, si tenías morir mañana.

(Ucz się, jakbyś miał żyć wiecznie. Żyj, jakbyś miał umrzeć jutro.)


wybierz sobie piekło

Moja młodsza siostra przypomniała mi mój ulubiony niegdyś dowcip:
Do piekła trafia grzesznik. W progu wita go uśmiechnięty diabeł i pyta:
– Od czego życzy pan  sobie zacząć swoją przygodę w piekle? Wino, kobiety, śpiew? A może rejs w nieznane własnym luksusowym jachtem?

Grzesznik zastanawia się, gdy nagle słyszy straszne wrzaski dobiegające jakby zza ściany.
– Co tam się dzieje? – pyta przerażony.
– A, nic takiego – macha lekceważąco ręką diabeł. – To tylko katolicy smażą się w smole.
– Jak to, katolicy, dlaczego?
– Cóż, każdy ma takie piekło, jakie sobie wymyślił…

Dlaczego opowiadam o tym na podróżnym przecież blogu? Bo nie tylko piekło mamy takie, jakie sobie wymyślimy. Ale i niebo, i ewentualny czyściec i drogę. I o drogę właśnie chodzi. O to, że każda podróż jest odzwierciedleniem tego, co mamy wewnątrz.

Moja włóczęga to sól oceanu w potarganych włosach; ten cudowny rodzaj zmęczenia po całym dniu wędrówki z plecakiem; tango w portowej dzielnicy ze starym maestro, który ma tyle zmarszczek na twarzy co iskier w oczach i przetańczonych piosenek; porozumienie w pół spojrzenia ze spotkanymi po drodze backpackersami; lekko fałszująca melodia harmonijki ustnej kołysząca do snu pod bezwstydnym niebem; celebracja – słońca, ognia, księżyca, każdej chwili… Czego tu się lękać?

Rzecz jasna, zdaję sobie sprawę z tego, że czasami jest brudno, zimno, albo wręcz przeciwnie – tak gorąco, że każdy najmniejszy ruch jest wyzwaniem, karaluchy spadają na głowę, a tropikalne owady przenoszą nie mniej tropikalne choroby. Na szczęście na przekór wszystkim tarapatom mam jeszcze tajną broń – błogosławioną, roztańczoną improwizację. Zwykle działa.

Przy okazji odpowiadam na odwieczne pytanie: nie boi się pani?! (…tak sama, tak daleko, w takie niebezpieczne miejsca…) Jasne, czasami się boję, ale odwaga nie polega na nieodczuwaniu strachu, tylko na działaniu pomimo niego! Lęk jest terrorystą, przykłada lodowatą lufę do skroni i paraliżuje. A trzeba po prostu robić swoje. Jak gdyby nigdy nic.

Bo „być może odważni nie żyją długo, ale bojaźliwi nie żyją wcale.”


czas najwyższy

tango, kraków festiwal tanga 2011, tango house, dybzynska, dybżyńska, taniec, czarno - białe zdjęcia, fotografia, fotografia artystyczna, krakowski festiwal tańca

no dobra, dosyć tego poetyzowania, czas – najwyższy!, bo przecież ucieka, w sposób oczywisty, namacalny – brać się do działania. poszukuję sponsora, patronatów, kasy, drzwi lekko uchylonych… pracuję nieustannie, po nocach, ja i mój laptop uzupełniamy się idealnie, już nigdy się nie wyśpię.

komu w drogę, temu teraz, jak mówił Stachura, a on się na tym, jak mało kto, znał.

zaczynam od Argentyny, co prawda jeszcze nie tej w Południowej Ameryce, a na początek w małopolsce. Niedosłownej zatem, ale jakże esencjonalnej! Kraków Tango Festiwal.

Let’s tanGO…