Monthly Archives: Czerwiec 2011

Revolutionary road

Co się stało 21. w nocy:
Kolejny strajk generalny, pełna mobilizacja. Spodziewamy się policji około 6-7 wieczorem, mija 18,19, potem północ, nic się nie dzieje i nic nie zapowiada zamieszek.  Patrol policji przed parlamentem nie wygląda na wzmocniony, nie mają też na sobie uniformów bojowych. Czekamy, niby siedzimy i rozmawiamy, ale między ciastkami i wodą stoi butelka Maaloxu, każdy ma na szyi maskę, lekarstwa w   kieszeniach. Wreszcie po 2 pada pierwszy gaz, pojawiają się też wozy pancerne, policja wychodzi zza swoich barierek i rozdziela tłum. Do przodu wyrywa się parę osób, podchodzą bardzo blisko funkcjonariuszy i monologują, odprawiają teatr jednego aktora w bardzo greckim stylu. Gestykulują, wiją się, płaczą, udają, że się dławią. Policja nie reaguje, mają plastikowe osłony kasków nasunięte na oczy i jeszcze bardziej sztuczne, syntetyczne, bez wyrazu twarze. Kiedy emocje sięgają zenitu i ktoś wreszcie rzuca workiem ze śmieciami w tę  formację robotów, sytuacja zamienia się w konflikt, ale nie między protestującymi a policją, a między walczącymi i „calm down team”. Awanturnicy zostają spacyfikowani przez pozostałych uczestników strajku. Policja postawiona w roli obserwatorów, zdaje się być zupełnie zdezorientowana, w pewnym momencie odcina fragment demonstracji i każe grupie około 30 osób iść do samochodu. Znajduję się w grupie „wybranych”, przez moment zastanawiam się, czy by nie iść, może to będzie interesujące doświadczenie, ale ostatecznie udaje nam się rozproszyć i wymknąć. Cała akcja trwa około godziny, udział biorą głównie młodzi ludzie, zdeterminowani, zaopatrzeni w maski, gogle pływackie do ochrony oczu. Choć jest też chłopak na wózku inwalidzkim i staruszek o kulach, starsza pani przyciskająca tylko pomiętą chusteczkę higieniczną do twarzy, a mimo to stojąca w pierwszym rzędzie…

Surrealizm podniesiony do rangi sztuki. Właściwie ta cała rewolucja nie jest bardziej niebezpieczna niż przechodzenie w Grecji przez ulicę. Sztuka do łatwych nie należy i trzeba pamiętać, że przeciwnik nie przestrzega reguł, w związku z tym im bardziej ty też grasz według własnych zasad, tym większe masz szanse, żeby przeżyć.



łatwopalność w krwiobiegu

Jakby w żyłach wciąż jeszcze krążyły resztki substancji drażniących. W powietrzu alarmowa łatwopalność, wystarczy najdrobniejsza iskra, by wybuchł kataklizm. Ludzie kłócą się wszędzie i zawsze. W kolejce po lunch, w toalecie, na głównym placu, w informacji… Plaga. Krążą plotki jakoby dwa samochody transmisyjne z wielkimi antenami, nie należały wcale do tv, ale do rządu. Podobno emitują podprogowe dźwięki mieszające ludziom w głowach. Że niby jesteśmy sterowani,  zaprogramowani na agresję.
Uciekam więc na typowo grecką tradycyjną imprezę. Imieniny na 30 osób w ciasnym, przytulnym mieszkanku, takim do życia, a nie do pokazywania, z ręcznie robionymi przez rodziców Zaka maskami na ścianach, z pozowanymi przy różnych okazjach fotografiami, dokumentującymi życie rodziny, z wielkim, brzydkim i kochanym psem. Z pełną lodówką, otwartymi drzwiami, całą familią mieszkającą w najbliższym sąsiedztwie. Goście witają się, jakby nie widzieli się sto lat, komentują każdą zmianę, nowa fryzura Zaka zostaje nazwana „pink Bob Marley”, ale i tak wygrywa tatuaż jego kuzynki. Rysunek znajduje się na karku, ona podnosi włosy do góry i pokazuje klucz wiolinowy z kilkoma nutami wokół. Przyglądamy się, ładne, ale okazuje się, że to nie wszystko. Każdy z dźwięków odpowiada jakiejś sylabie, a ta z kolei rozpoczyna imię i symbolizuje konkretną kobietę w rodzinie. Seniorka rodu spontanicznie całuje nutkę, która ją oznacza, ma wzruszenie w oczach, potem tata Zaka robi to samo, wszyscy się cieszą, są dumni z pomysłu i wykonania.

Kolację jemy na kolanach, część krzeseł trzeba wystawić na balkon, bo się nie mieszczą, ale nikomu to nie przeszkadza. Tańce, w tym małym pokoiku, trwały do 3.30 nad ranem. Najzacieklej tańczyli starsi – dziadkowie, wujostwo, nie ważne kto z kim, babcia z chłopakiem swojej wnuczki, dwaj mężczyźni razem, trzy kobiety, czyste odczuwanie muzyki. Pilnują mnie, żebym nie przestawała robić zdjęć, wyczyniają swoje najbardziej popisowe figury przed obiektywem, śmieją się: Grecy to wariaci, co? To nie jest jakieś tam nieśmiałe podrygiwanie, ale podskoki, wymachy,szalone obroty, trzęsienie czym się da, ruchy kocie, wężowe, presleyowe, taniec z papierosem… Próbują mnie nauczyć paru kroków i mimo tego, że chyba nie jestem najzdolniejszą uczennicą, przyjmują do rodziny, wycałowują serdecznie w oba policzki. Amfitriti, siostra Zaka robi mi makijaż, jego mama daje nam na drogę wielką butlę pysznego różowego wina ręcznej roboty i zmrożoną wodę.

Następnego dnia gdy wychodzimy na przystanek, otwierają się drzwi piętro niżej i wychyla się babcia Zaka z  zimnym tajemniczym dużym pudełkiem, w środku są lody: różowe, kremowe, czekoladowe, dwukolorowe, uśmiecha się figlarnie i każe nam sobie wybrać te, na które mamy ochotę; na schodach wpadamy jeszcze na jakiś kuzynów, z którymi musimy się rzecz jasna wycałować i pogadać chwilę ściśnięci w ciasnym korytarzu między piętrami; a w domu naprzeciwko pozostała część rodziny wychodzi na balkon, żeby krzycząc przez szerokość całej ulicy, dowiedzieć się, czy nauczyłam się tańczyć…


Grecy są szaleni

Nic mi nie jest, ale pierwszej nocy muszę od nowa przyzwyczajać się do dźwięków, budzę się na każdy bliższy odgłos i wyglądam przez dziurę wypaloną  w tipi przez jeszcze jeden gaz łzawiący. Hałas jest tutaj zawsze, demonstracje trwają nieustanie, krzyki, tłuczenie w bębny to po prostu tło codziennego życia.  Boisz się?, śmieje się ze mnie Zak i przytula. Przecież to ty mówiłeś, że powinnam, złoszczę się. Dostaję kanapkę z czekoladą, a właściwie miękką amerykańską bułkę z włożonym pomiędzy wafelkiem (?!) i kładziemy się na moment. Bardzo dziwny sen, niespokojny, ale w przerwach pomiędzy budzeniem się co chwilę śpię jak zabita, jakbym traciła przytomność. Rano okazuje się, że zniknęła torba Zaka z aparatem fotograficznym. Leżała pomiędzy moimi rzeczami, a ja wciąż mam zarówno aparat jak i laptopa. Tej samej nocy zginął też telefon Christosa, więc śmiejemy się, że to sprawka jakiegoś zazdrośnika z mojego fan clubu. Ginie dużo rzeczy, nie da się zapanować nad kradzieżami, jednak dziś dziś uderza to w nas znacznie mocniej.

Mcdonalds przy Syntagma square

Cały dzień jest odreagowaniem dnia wczorajszego. Wszyscy walczą ze sobą, kłócą się o byle drobiazg, mnóstwo razy pada słowo „faszysta!”, niektórzy próbują dociec, kto rzucał wczoraj w policję koktailami mołotowa,  nawet psy rzucają się sobie do gardeł. Co z wami nie tak, pytam, widzieliśmy wystarczająco agresji wczoraj! Cóż, Grecy są szaleni, odpowiadają. I to wyjaśnia wszystko. To prawda, że zawsze są wybuchowi, ale zwykle wystarcza im parę minut, żeby wrócić do stanu przyjacielskiej żywiołowości. Tym razem ani jedna sprzeczka nie obywa się bez stanowczej interwencji co najmniej kilku mediatorów z zewnątrz.
Idę do kawiarni, żeby skorzystać z Internetu i wypić zieloną herbatę (dostaję miętę i pytanie, czy dobrze się czuję). Kiedy wracam do obozu w nocy i widzę smugę dymu nad placem, na ułamek sekundy wpadam w panikę: gaz! Po chwili okazuje się, że to tylko sprzedawca kiełbasek przypalił nieco swój towar…

Maalox

Ti kanis, pytają zwyczajowo Grecy na powitanie. I nie czekając na odpowiedź, podpowiadają: kala? Co oznacza: jak się masz, dobrze? Tym razem refren jest inny. Wszyscy mówią: uważaj na siebie. Setki razy w ciągu dnia, choć nie jestem pewna, co to dokładnie oznacza, prócz tego, że mam schować torbę z flagą Albanii i trzymać się blisko przyjaciół i obiecać, że jakby co, będę uciekać.

 

PS. do dn. 15.06.
Zak się znalazł, był na Akropolu zabezpieczyć nasze rzeczy. Pojawia się jak gdyby nigdy nic i daje mi Kinder Bueno, następna osoba, która wierzy, że czekolada jest najlepszą terapią na wszystko. W jakimś spokojniejszym momencie idziemy z Christosem szukać apteki w celu zrobienia zapasów masek i Maaloxu. Miasto wygląda sielankowo, mimo że na co którymś rogu ulicy czai się policja w pełnym rynsztunku, a większość lokali jest pozamykana (podobno podczas poprzednich zamieszek policja wpadała do pubów i aresztowała bez powodu pracowników i klientów). Jednak w nielicznych otwartych kawiarenkach ludzie grają w szachy i opalają się w zewnętrznych ogródkach, turyści robią zakupy w butiku Stradivariusa. Czasami ktoś nas zaczepia, spytać o sytuację na Syntagmie, bo mamy wciąż białe twarze. Farmaceuta daje nam jedną maskę gratis, a gdy próbuję zapłacić za kawę, kelner mówi, że to było na koszt firmy.


Relacja z czyśćca

Po wybuchu pierwszego gazu łzawiącego w jednej chwili plac przed parlamentem opustoszał o połowę. Zaraz potem poleciały następne ładunki, kilka na raz. Kilkanaście osób z tłumu wpadło we wściekłość, rzucali w policję tym, co mieli akurat pod ręką – plastikowymi butelkami z wodą, kawą na wynos, później pojawiły się jakieś pojedyncze pałki, może kilka gazów. NIEPRAWDA, że funkcjonariusze musieli uspokoić rozjuszony tłum i z konieczności zastosowali środki bezpieczeństwa (?!) w postaci chemii łzawiącej. Protestujący wściekli się dopiero na nieuzasadnioną przemoc, a i tak większość „anarchistów” zostawała natychmiast pacyfikowana przez okolicznych uczestników strajku. My też się nie zgadzamy z tym, co oni robią, ale przemocą nie da się zwalczać przemocy, wrzeszczeli ludzie na Syntagmie i rozbrajali tych co bardziej agresywnych.

Ofiary wycofywały się do kilku punktów w obozowisku, gdzie można było dostać lekarstwa, wdychali tlen i wracali zaraz na plac boju. Wolontariusze z Maaloxem rozproszyli się na cały teren, rozdając go bez pytania pomiędzy ludzi; każdy, kto miał trochę więcej lekarstwa, dzielił się z osobą obok, uczestnicy manifestacji oddawali słabszym swoje maski. Kobieta w czerwonych japonkach przedostała się przez pierwszą barierkę, by stanąć na wprost najbardziej wściekłych „anarchistów” i zasłonić sztab policji własnym ciałem. Spokojnie przemawiała do tłumu, bezbronna, ale zaskakująco w tym silna.

Potem zaczyna się robić goręcej, gazy łzawiące spadają na ziemię jeden po drugim, w końcu uciekamy na stację metra, siedzimy pod ziemią, Christos recytuje Nietzschego, ja Becketta. Tańczę, by wyłamać się na moment z konwencji, a potem nie wytrzymujemy i przeciskamy się pod prąd, by zobaczyć jak wygląda sytuacja na górze. Zaginął Zak, nikt go nie widział, wpadam na jego najlepszego przyjaciela i jednocześnie wyrzucamy z siebie: gdzie Zak?! Martwimy się trochę, dzwoni moja mama, mówi, że w Polsce media huczą od informacji o strajku, są zabici. Zabici, jak to, patrzymy na siebie w ciszy, przechodzą sanitariusze  z noszami, przyglądam się podejrzliwie rannemu: żyje czy nie??

Wpadamy w samo centrum huraganu, wandale biegają i niszczą, co się tylko da – latarnie, witryny okolicznych kawiarni, sygnalizacje świetlne… Zaczynają spadać ładunki wybuchowe, jeden po drugim, już nie wiem, kto rzuca, uciekam, ale Christos jest trochę z tyłu, zwalniam, łapię go za rękę i wtedy trafia mnie gaz, odbija się od torby i toczy dalej. Dymi nam pod nogami, ktoś go kopie dalej, ktoś zalewa wodą, my już jesteśmy daleko, Christos nawet nie zauważył, co się stało.

Impreza trwa nadal, wczoraj na zaśmieconym, podpalonym placu Syntagma odbył się koncert Maliokasa.

Co noc przybywa haseł rewolucyjnych w obozie. Dziś rano powitało mnie: happiness will be our revenge.

I jeszcze jeden napis, wielkie czerwone litery przed namiotem w którym mieszkam: NOW OR NEVER.


czyściec 2011

pierwszy gaz łzawiący poleciał o 13.17. Bez żadnego pretekstu, nie było nawet prowokacji. Później rozpętał się czyściec. Ludzie krztusili się, płakali, uciekali w popłochu, po to, by za moment spod uchylonej maski palić papierosa, kupować precla od sprzedawcy z wózkiem, robić sobie przerwę na jointa. Śmierć i wojna są niepoważne, bo i życie jest niepoważne.

 

 

 

 

 


To nie jest opowieść o świetle, tylko o walce, może bezsensownej, może rewolucyjnej, o strachu, odwadze, niebezpieczeństwie, biegu, śmiechu, gdy już nie można znieść napięcia, o tym jak łatwo się znika, przekracza granice.
Żyjemy i tańczymy dalej, w maskach i z zaczerwienionymi oczami, ale tańczymy, dźwięk bębnów brzmi jak bijące serce.
Minister dziś zrezygnował z pełnionej funkcji.


fotoreportaż z dwóch stron barierki

Budziki nastawione na 7, parę minut po 6 budzą nas wrzaski, wszyscy zrywają się na równe nogi i biegną zobaczyć, co się stało. Podobno policja przechodziła przez obóz, ale nikt nic nie wie, więc po chwili rozglądania się wokół nieprzytomnymi oczami, wracamy się jeszcze odrobinę przespać.
Podchodzi do mnie chłopak, z którym rozmawiałam parę dni temu. Pochyla się i z diabelskim uśmiechem mówi: THEY can drop chemicals. Have a nice day.

Zak: Boisz się?

Ja: Nie, a powinnam?

Zak: Tak – i wręcza mi Riopan, 800 mg do natarcia twarzy w przypadku ataków gazem łzawiącym. Wychodzimy na główny plac, w ciągu nocy przybył ogromny kolorowy banner: DOPÓKI JESTEŚMY RAZEM, NIC NIE MOŻE NAM SIĘ STAĆ.

A tutaj kamera on line, na której można zobaczyć, jak wygląda sytuacja na bieżąco:
http://www.zougla.gr/page.ashx?pid=85&playerType=flash


wielki dzień

Jutro wielki dzień. 15 czerwca miało sie odbyć głosowanie nad ustawą oszczędnościową. Reforma oznacza w praktyce podniesie podatku VAT, obcięcie pensji w budżetówce i zmniejszenie emerytur. Takie wymagania postawiły greckim władzom kraje UE i strefy euro, które przyznały bankrutującemu państwu pożyczkę w wysokości 110 mld euro. Związki zawodowe sprzeciwiają się planowanym przez premiera Jeorjosa Papandreu prywatyzacjom. Nowy program przewiduje, że do roku 2015, dzięki sprzedaży nieruchomości i państwowych przedsiębiorstw, do budżetu wpłynie 50 mld  euro.

Na dzień zatwierdzania projektu opozycja zapowiedziała wzmożone strajki. Obawiając sie poważnych zamieszek, rząd przeniósł posiedzenie na 28 czerwca. Jednak demonstracja i tak będzie miała miejsce. Sekcja tirów planuje otoczyć parlament, oddzielając protestujacych od policyjnych wozów. Wszyscy spodziewają się krwawej jatki, podobno żadna manifestacja w Grecji nie obyła się jeszcze bez przemocy, 11maja zmasakrowany mężczyzna wylądował na oddziale intensywnej terapii, były też przypadki brutalnego blokowania ludziom dostępu do głównej manifestacji, aby nie dopuścić do połączenia się ludzi. Policja rzucała w strajkujących, m.in. matki z dziećmi, gazem łzawiącym.

W związku z tym przegłosowano chwilową ewakuację. Zamierzamy zabrać wszystkie rzeczy na Akropol, by uchronić je przed spaleniem i uzbroić się w maski. Hurtowo kupujemy specjalne tabletki przeciwko chemii, którą policjanci pryskają w zbuntowanych obywateli. Zostaję pouczona, jak użyć pomadki do ust, soczewek kontaktowych, dokąd jechać, gdybym się zgubiła i kogo zaczepiać w przypadku kłopotów. Moi tutejsi przyjaciele śmieją się ze mnie, że w razie niebezpieczeństwa, mam nie robić zdjęć, tylko uciekać, choć sami nie wierzą w to, że posłucham.

Póki co jednak jest wciąż bezpiecznie, nadal jest to największa pokojowa manifestacja od dziesiątek lat, w tłumie strajkujących jest całe mnóstwo dzieciaków, siedzą na barana u rodziców i klaszczą w małe dłonie, gwiżdżą w kolorowe gwizdki, latarkami wskazują na hotel Great Bretagne, gdzie politycy wydają grube sumy z budżetu na pokoje na najwyższym piętrze, a dziennikarze spisują swoje stronnicze reportaże.

Dzieci rewolucji:

Wiadomość z ostatniej chwili: policja postanowiła przyłączyć się do strajku.


kolorowa rewolucja

mój wkład w rewolucję. bodypainting, czyli ozdabiajmy lochy kwiatami.

Dimitra


Dimitra z różą


kolorowa rewolucja


ten chłopiec chciał koniecznie motyla


Pirat


Katarina


Christos


Robimy mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Ozdabiamy latarnie kolorowymi foliami w ażurowe wzory, które dają pięknie surrealistyczne światło; rysujemy tysiące laurek; robimy kije deszczowe; koncertujemy; wyświetlamy filmy i zdjęcia; tańczymy, śpiewamy; uczymy grać się na harmonijce ustnej, bębnach; tworzymy tekturowe miasto marzeń z fruwającymi domami; szyjemy sobie ubrania; robimy masaże, reiki, medytacje, jogę; malujemy swoje ciała. Nie tylko kuchnia, sanitarka, panele dyskusyjne. Nie tylko protest po godzinach, ale prawdziwe życie. Wielobarwny obóz w samym centrum miasta staje się najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem, mimo że jeszcze parę dni temu absolutnie szokował.


twarze rewolucji. portrety zbuntowanych

*

Marina: najlepsze, co możemy teraz zrobić, to podtrzymywać ten płomień. Nikt nie wie, dokąd to doprowadzi. Po prostu pozwolić rzeczom się wydarzać.


one solution. revolution.

Ciągu dalszego historyjek podróżnych nie będzie na razie. „Plany” wzięły w łeb, przepuściłam już jakieś 5 promów, nie pokazałam się w porcie nawet. Ateny strajkują. Europa mówi głośne, zdecydowane „nie” rządzącym, ale robi to pacyfistycznie, organizując barwny obóz na placu Syntagma przed parlamentem.

 

 

 

 

Można by pomyśleć, że to festiwal hipisowski, radosne spotkanie młodych, kolorowo ubranych ludzi, którzy chcą razem pośpiewać, pograć na gitarze i bębnach, zapalić trawkę, napić się alkoholu. Toczą się mniejsze i nieco większe biznesiki, z obwoźnych straganów można kupić grillowaną kukurydzę, piwo, karmelizowane orzechy, gorące przekąski typu kiełbaski czy leczo, wszystko, co plastikowe: zapalniczki, długopisy, piszczałki… Ale pomiędzy namiotami , hamakami, rowerami, stolikami na placu Syntagma w Atenach, rozwieszone są transparenty. A centralne miejsce tego obozowiska zajmuje mikrofon, przy którym non stop ktoś przemawia do tłumu. Barwny, entuzjastyczny Hyde Park, ludzie klaszczą albo krzyczą, gdy się nie zgadzają, ale robią to przeważnie wtedy, gdy zmienia się mówca. Podczas prezentacji są skoncentrowani i pełni skupienia. Wśród protestujących wcale nie ma zgody wyznawanych wartości, poglądów, propozycji. Ale nie ma też niezgody, konfliktów, kłótni, raczej dyskusje. Nikt nie umie odpowiedzieć na pytanie, jak powinien wyglądać rząd, jaki system powinna teraz obrać Grecja. Chodzi o wywołanie publicznej debaty, twórczego zamieszania ,nie tylko o obsadzenie nowych ludzi w rządzie. Nikos, pracujący przy rekrutowaniu ochotników do różnego rodzaju działania, mówi, że dopiero szukają dobrych rozwiązań. Manifestacje trwają od dwóch tygodni, wszystko zaczęło się od Hiszpanii i transparentu, który wywiesiła zbuntowana Barcelona: Wzywamy Grecję do obudzenia się. Więc Grecy przyjęli wyzwanie i postanowili pokazać, że są obudzeni. Zorganizowali obóz, i to jaki obóz! Teraz to oni przekazują pałeczkę dalej, następna w kolejce jest Francja. Pierwsze wystąpienia odbyły się też we Włoszech i Anglii. A mimo tego, że reprezentują skrajne opcje lub skrajny brak opcji, mówią „my” i naprawdę czują się wspólnotą. Owszem, akcja jest atrakcyjna i magnetyczna, także towarzysko. Przyciąga przeróżnych freaków, o bardzo skrajnych poglądach, ale także zrównoważonych dojrzałych ludzi o dużej świadomości obywatelskiej. Struktura jest świetnie zorganizowana – logistycznie, sprzętowo, czasowo. Wszystko działa za zasadzie wolontariatu, po prostu przychodzą osoby, którym się chce, którzy mają potrzebę działania, zmiany i zakasują rękawy. Trochę to wygląda jak na dniach organizacji pozarządowych: na placu porozstawiane są stanowiska, gdzie można podpisać petycję; złożyć własny projekt; dostać za darmo jedzenie i kawę (stolik oznaczony sercem)– i mimo że aktywistów przybywa w tempie błyskawicznym, dla wszystkich wystarcza; jest punkt mediów, gdzie na laptopach i przy terenowej mini rozgłośni pracują dziennikarze, można tam przedstawić przed mikrofonem swoją wizję reform. Jest bank czasu, gdzie Ateńczycy wymieniają się umiejętnościami; obóz techniczny, na którym wisi plakat: ERROR 404: DEMOCRACY NOT FOUND; jest punkt informacyjny, ale właściwie każda zaczepiona osoba chętnie przystępuje do długich wyjaśnień, zamiast Cię odesłać do dyżurnych. Stanowiska są ponumerowane, logicznie rozlokowane, toi toie sprowadzone (po raz pierwszy w życiu widzę papier toaletowy w tojtojce! Jak dla mnie to najlepszy dowód na doskonałą koordynację Greków), prysznic – kawałek folii, odgradzający od wzroku przechodniów, drewniana paleta na kratce ściekowej i żółte wiadro z rysuneczkiem uśmiechniętego słońca i deszczu – zainstalowany pod latarnią, z widokiem na pięciogwiazdkowy hotel. Każdy robi to, co umie najlepiej, jedni gotują, inni stawiają tipi, moderują stronę www, ozdabiają chodniki graffiti a każdy wolny skrawek przestrzeni jakimiś rysunkami, zajmują się dziećmi i to też jest część manifestacji. Nie przypuszczałabym, że Grecy, mający opinię leniwych bałaganiarzy są w stanie tak skoordynować spontaniczną przecież akcję; oni zresztą też śmieją się, że sami siebie by nie podejrzewali. Roznoszą ulotki, rozklejają plakaty, zarówno nabazgrane markerem jak i profesjonalnie wykonane udające cyrkowe afisze, gdzie rolę klaunów pełnią politycy. Mają swoją stronę w wielu wersjach językowych (www.real-democracy.gr), okupują youtube, twitter, facebook (11845 członków). Od FB zresztą się zaczęło. Na początku był jeden namiot, 15 osób, siedzieli na krawężniku i nie bardzo wiedzieli, co robić. Rozpostarli jakąś dziurawą, brudną płachtę na kształt namiotu, jakaś przechodząca pani spytała, dlaczego nie zrobią czegoś bardziej spektakularnego, więc oni na to, żeby się przyłączyła i pomogła. Z boku, na ławce siedział mężczyzna, przysłuchując się rozmowie. Wstał bez słowa i poszedł gdzieś niezauważony, po chwili wrócił z wielkim białym tipi. Kiedy przychodzę w środę („tylko na moment” i już zostaję, śpię w kolorowym tipi, jem ciepłe posiłki gotowane na miejscu i rozdawane bez względu na to, czy się angażujesz w spór czy jesteś brudnym bezdomnym, którego nic nie obchodzi) trwa właśnie improwizowany koncert. Młodzi raperzy wymyślają na bieżąco propagandowe teksty, zaraz znajduje się gitarzysta, klarnecista, ktoś z tamburynem. Mikrofon krąży, można dośpiewać swoją zwrotkę.

w garnku, w który ta pani tłucze jest fotografia ministra, gdy uchyli się pierwszą fotografię, pod nią znajduje się antyczny penis...

flagi przed McDonald's

Zwraca się do mnie chłopak, prosząc, bym nie robiła zdjęć w obozach. Obozy są najbardziej fotogeniczne, ale ludzie tam żyją, więc to tak jakby wchodzić komuś do sypialni. Nawet jeśli w tej sypialni wiszą biało-niebieskie flagi i transparenty. Mieli zebranie na temat i ustalili, że fotografować można główny plac, happeningi i wszystko to, co się dzieje naokoło. I teraz nawet ci, którzy się nie zgadzają i chcieliby maksymalnie nagłaśniać sprawę, tłumaczą turystom, które sektory są dozwolone, a które nie. Ktoś podchodzi podpytać, po co robię zdjęcia. Bo weszli mi w kadr uchodźcy i jakiś chłopak postanowił się upewnić, że nie traktuję ich jak atrakcję turystyczną. Wszyscy jesteśmy biedni, mówi. O tym właśnie jest ta akcja.
Savas Kabakos ma inne zdanie na temat uchodźców, opowiada, że trzeba patrzeć na to, co jest najlepsze w konkretnej sytuacji. Grecja jest bankrutem, nie mamy pieniędzy na to, żeby sponsorować emigrantów. Mamy ogromny dług publiczny, a oni mają w naszym kraju lepsze życie od nas. Nie płacą podatków, dostają za nic pieniądze, mają bezpłatną służbę zdrowia. Jak idę do szpitala, płacę 5 euro za samą wizytę, mówi. A chwilę później przychodzi imigrant i wszystko dostaje za darmo. Dlaczego? Mam paszport kanadyjski, mógłbym jutro wyjechać i się nie przejmować, że tu ludzie nie mają za co żyć. Ale zostaję i protestuję.
W środę po południu pod parlament zajeżdżają motory, jest ich chyba około 200. Stoją i trąbią, warczą silniki, pachnie benzyna, dołączają werble, kurz, brud, ogłuszająca muzyka. Przed budynek wychodzą policjanci. Mają plastikowe tarcze, stają w równych odstępach, w dwóch liniach i nieruchomieją. Patrzą na tłum, na ich twarzach nie rysuje się żadna emocja, a sam budynek rządowy ma spuszczone rolety i bramki oddzielające społeczeństwo od polityków. Ludzie krzyczą, wzywają kogoś, by wyszedł z nimi pogadać, ale rozmowa ze strajkującymi toczy się przez szybkę monitora. Rządzący mówią w tv, że w pełni rozumieją sytuację i niezadowolenie, ale niestety, nie są w stanie nic zrobić, mają związane ręce, Unia Europejska, długi z przeszłości, rozumiecie. Nie, nie rozumiemy, dlaczego za błędy na górze mają płacić obywatele.
W ciągu jednej chwili wyrastają przede mną jak spod ziemi stragany z gwizdkami (1 euro za sztukę). Starszy pan przynosi suszarkę do ubrań i na niej rozkłada greckie flagi, a na nich hałaśliwy towar. Sam też wkłada sobie jedną plastikową przeszkadzajkę do ust i dmie co sił w płucach. Elegancko ubrany pan kupuje gwizdek swojemu wnuczkowi i jeszcze parę na zapas. Zaraz też prowadzi małego przed parlament, w samo centrum zamieszania. Z ogromnych głośników dobiega głośna, energiczna muzyka, ludzie skandują: nie zapłacimy!; parlament to burdel!; chodźcie tu i zobaczcie jak to jest żyć za 500 euro miesięcznie! Śpiewają, krzyczą przez megafony, przynoszą transparenty, plakaty, organizują koncerty, taneczne pokazy. Najważniejsze, że zasadą nr 1 jest pokój, wszystko odbywa się pacyfistycznie, widziałam jedną bijatykę, ale okazało się, że była to sprzeczka małżeńska. Tak masowego buntu ludu nie było od dziesiątek lat. I po raz pierwszy udaje się manifestować bez żadnych aktów przemocy.
Podobno zamieszki ogarnęły już niemal cały kraj, w każdym większym mieście ludzie wychodzą wieczorami na ulice i domagają się uwagi. Dołączył do nich Thodorakis Mikis, znany piosenkarz, celebryta. Ludzie są dumni, że mają za sobą kogoś rozpoznawalnego. Wszyscy są zgodni co do tego, że media są stronnicze, próbują załagodzić konflikt i umniejszyć sprawę, więc protestujący mają własne radio i codziennie produkowane gazetki, mówiące o najświeższych wydarzeniach, rozdawane przechodniom.
Ludzi jest coraz więcej, więc wydarzenia dzieją się non stop. Dziś zastrajkuje komunikacja miejska. W ramach strajku metra rusza zaraz marsz ze stacji Panepistimo do Syntagmy. Linia metra nr jeden będzie nieczynna po 21, tramwaje po 23. Busy i trolejbusy będą protestować po 21 i 22.

podobno dostał specjalne pozwolenie przełożonego na uczestnictwo w protestach i rzeczywiście wziął sobie sprawę do serca, jest na każdym wiecu, 24h/dobę

To dzieje się naprawdę. Wake up.