Monthly Archives: Lipiec 2011

Dali, dalej

Moje życie byłoby o wiele prostsze, gdybym tylko nie zapominała z uporem maniaczki, że ja po prostu nie umiem myśleć w zamkniętych przestrzeniach.(Tak, wiem, miałam napisać rozprawkę na temat: „Potrafię usiedzieć na miejscu tak długo, jak tylko zechcę”, ale to chyba następnym razem…). Ostatnie dni spędziłam w Podgoricy i najtrafniej ten czas opisuje zdjęcie:

 


Esencja surrealizmu zaklęta w muzykę, więcej grzechów nie pamiętam (za wszystkie serdecznie dziękuję).

A potem nagle wyjeżdżam, bez żadnego planu b.

I wystarczy, że czuję ciężar plecaka, by odzyskać jasność.

Ląduję chwilowo w Budvie, gdzie:
1) odkrywam korzyści z podróżowania z rozbitą głową, dostaję zniżki na różne mniejsze i większe przyjemności, jak nocleg na przykład – bo muszę się wyspać po wypadku, nieważne, że to było parę dni temu i już się zdążyłam raz wyspać, nieważne że większe łóżko raczej średnio pomaga na bliznę na czole.

Jednak najbardziej kusząca promocja to połowa ceny za bungee jumping. Na moje zaskoczenie taką logiką (strup na czole = tańsze sporty ekstremalne) słyszę, że po prostu z daleka widać, że jestem „adventurous girl”. Nie skorzystałam jeszcze, ale oferta jest ważna 24 h…
2) Celebruję Dzień Dobrych Wieści, jedna lepsza od poprzedniej, wszechświat wrócił na swoje miejsce, gdziekolwiek ono jest. Dowiaduję się więc m.in., że przyjeżdża popodróżować ze mną Poezja na kilka ulicznych teatrów i włoskich tańców do utraty tchu; jutro będzie tu ktoś, z kim ścigamy się już przez pół Europy i nie możemy na siebie trafić; dostaję dwa przelewy, których się nie spodziewałam i jedno zaproszenie, które jest Tajemnicą, choć może uda mi się je wykorzystać już w przyszłym tygodniu! A wtedy to się dopiero będzie działo!

Póki co gubię się w drodze powrotnej do hostelu (po raz pierwszy w ciągu moich podróży korzystam z tego wynalazku, ale jest prowadzony przez parę couchsurferów i dostaję specjalną cenę), bo skoro już odzyskałam zdolność myślenia, zamyślam się tak porządnie, że docieram nie wiadomo gdzie i kiedy, nikt nie zna ulicy, o którą pytam, a gdy w końcu pokazuję pomiętą mapkę, kobieta sprzedająca burki (rodzaj bałkańskiej drożdżówki, także na ciepło) krzyczy, że przecież to jest w Budvie! Jasne, że w Budvie, a gdzie ja niby jestem? Okazuje się, że dospacerowałam do następnej miejscowości…

Reklamy

Kerouac story

Próba wyjechania z Tego Miasta nr nty.

Jadę do Delphi w poszukiwaniu mistycznej, czy też jakiejkolwiek innej magii. W ruinach jej nie znajduję, kolejnych kilka zakurzonych kamieni, gdzie jedyną wartością jest wiek tego całego kurzu. Trafiam za to na dziką plażę niedaleko, która spełnia wszystkie wymogi, aby czuć się królem świata. Kempingujemy nielegalnie z parą Niemców z Couchsurfingu, po raz pierwszy od miesięcy mam nad sobą gwiazdy, jest ich więcej niż granatowej przestrzeni pomiędzy. Woda jest krystalicznie czysta, widzę dno tak daleko, jak tylko mogę dopłynąć.

A pływanie jest tu śmiesznie łatwe, bo woda jest supersłona, wystarczy leżeć i człowiek i tak unosi się na powierzchni.

Przy okazji przychodzi mi do głowy, że to idealna metafora podróży – nieważne, dokąd płyniesz, dopóki unosisz się na powierzchni. Pływając w morzu nie korzystasz z kierunków typu północ, południe, wschód, zachód, istnieje tylko jakieś abstrakcyjne przed siebie. I z powrotem, za wyjątkiem tych, którzy utonęli na dobre.

Po drodze już trzy razy coś próbuje mnie zawrócić do Aten, to miasto jest jak bagno, nie lubisz go, ale wciąga, i to na różne sposoby – telefonicznie, mailowo, wreszcie osobiście. Dzielnie prę naprzód, robię cztery państwa w jeden dzień, jakbym chciała nadrobić dwa miesiące spędzone w jednym miejscu, ląduję w środku nocy w Albanii bez pieniędzy, bo okazuje się, że nie dotarł przelew, co do którego miałam absolutną pewność, że spoczywa w spokoju na moim koncie. W momencie, w którym zastanawiam się, czy samobójstwo nie jest najdoskonalszym wyjściem z sytuacji, czy może jednak lepiej cofnąć się w dzicz i kontynuować szlachetne tradycje squatingu w którymś z licznych malowniczych zameczków, pojawia się para, jedna z tych niesamowitych sytuacji, kiedy od pierwszego wejrzenia wiesz, że ci ludzie są po prostu dobrzy. Wystarcza im jedno spojrzenie, żeby zaprosić mnie do domu, nie pytają nawet, jak mam na imię. W ogóle jedyne, co mówią po „angielsku” to: no problema. Tak ląduję w domu Mimozy, Sana i Jorgesa. W domu, którego nie zamyka się na klucz, właściwie w ogóle się go nie zamyka, pełnego dekoracji świątecznych, świętych obrazków i kiczowatych ozdóbek wszędzie, gdzie się da, z bunkrem w ogródku i portretem  Bonapartego na zewnętrznej ścianie budynku. Częstują mnie kolacją (gotowany ryż) i kawą, rakiją (nie piję, biorę leki, kiwają głową ze zrozumieniem, ale przy śniadaniu rakija pojawia się znów, może już wyzdrowiałam?), sokiem, wodą i tak w kółko, za każdym razem, gdy dojdziemy do końca listy, litania zaczyna się od początku. Potem San pyta, czy nie jest dla mnie za jasno, żeby spać, a gdy kiwam głową, wspina się na krzesło i wykręca żarówkę. W domu są trzej chłopcy – syn moich gospodarzy i jego dwaj kuzyni, wszyscy bez sekundy zdziwienia przyjmują moją obecność za najbardziej naturalną rzecz pod słońcem, próbują mnie zatrzymać na parę dni, wreszcie każą obiecać, że wrócę. Alleluja i do przodu.

Rano na wylotówkę odprowadza mnie San, niosąc mój plecak. Łapię stopa bezwstydnie natychmiast, jak zwykle na Bałkanach i jadę do Montenegro.  Chwilę po przekroczeniu granicy mam wypadek. Wyjeżdżamy zza zakrętu na jednej z tych szalonych, wąskich, krętych jak kiszki dróżek. Wprost na niebieskiego Forda, jadącego po naszym pasie. W miejscu najbardziej na świecie niestworzonym do wyprzedzania. Stłuczka jest nieunikniona, patrzę jeszcze jak na zwolnionym filmie jak kierowca próbuje lawirować, ale wiem, że to game over. Uderzam głową w przednią szybę, krew zalewa mi oczy i zasycha na rzęsach, więc nie wiem, czy czerwone plamki, które widzę, to kawałki zwisającej skóry czy tylko trochę osocza. Wysiadam, idę się zobaczyć w samochodowym lusterku, odbiciu wierzę bardziej niż samopoczuciu, mam tylko parę zadrapań, chwilę przed kraksą zsunęłam na czoło okulary przeciwsłoneczne, które się rozprysnęły na oknie zamiast mojego mózgu. Ludzie znoszą mi Coca Colę i czekoladę, dwa niezawodne lekarstwa. Nagle słyszę coś w stylu „skurczysyn, myślał, że będzie szybciej! Wyprzedzi i będzie najlepszy, idiota!” Aha, Polaków spotkasz wszędzie, nawet na Saharze. Tak poznaję Kasię, która skończyła serbistykę i pracuje tutaj przy obsłudze wycieczek. Zabawny początek bardzo ciekawej znajomości. Następnego dnia pojawia się na posterunku policji, żeby przetłumaczyć moje zeznania i czeka, choć ja spóźniam się godzinę, jadąc stopem (po raz pierwszy w życiu z zabandażowaną głową), bo pociągi mają standardowe kilkugodzinne opóźnienie. Wszyscy mnie zaczepiają na ulicy, pytając, co mi się stało, a po usłyszeniu historii kiwamy zgodnie głowami i powtarzamy melodyjnie refren: chwała bogu, chwała bogu.

Mówią: „Głową muru nie przebijesz. Ale próbować zawsze warto…”

Sukob w lokalnym języku znaczy konflikt, czołowe zderzenie… Czarny humor w Czarnogórze. Ironia losu nigdy nie przestanie mnie zdumiewać.

*

A teraz mieszkam u kogoś, kto nazywa się Wilk i jest esencją bycia Kerouackiem, cokolwiek to znaczy.


Pocztówka z wakacji

Po opuszczeniu zamieszek w Atenach z gazem łzawiącym w roli głównej, rozchorowałam się, zrobiłam 4 państwa w jeden dzień na dwóch antybiotykach, wylądowałam w środku nocy bez pieniędzy w Albanii i miałam wypadek samochodowy w Montenegro. Ciekawe, co będzie następne…

Serdecznie pozdrawiam z wakacji, bawię się jak nigdy w życiu.

Szczegóły wkrótce.


Gypsy princess

Grecki styl życia jest zaraźliwy, żyję teraz nocami, gdy temperatura na zewnątrz nie napada na mnie jak wściekły zwierz z wyszczerzonymi i co gorsza wysuszonymi kłami. Po zmroku to miasto wciąż ma w sobie coś z dzikiego kundla, ale przynajmniej zarówno on, jak i ja, możemy przełykać ślinę. W ciągu dnia piszę na laptopie w pokoju nad światem ze zbawienną klimatyzacją nad głową. Zwykle jestem przeciwniczką tego urządzenia, ale tu nie zdziwiłabym się, gdyby powstała sekta czcicieli klimatyzacji. Za to wieczorem, gdy mój mózg paruje od nadmiaru informacji/pikseli/słów, idziemy na „spacer”. To znaczy bierzemy wściekle czerwony motor Ioannisa i śmigamy przed siebie. Najpierw nie dbając o kierunek, tylko o prędkość, byle szybciej, byle więcej wiatru we włosach (uwielbiam Grecję za jej niepoważny stosunek do prawa, między innymi do konieczności noszenia kasku). Potem mówię Ioannisowi, żeby mnie zabrał w jakieś interesujące miejsce i to jest zawsze porażka. Niemniej jednak w drodze do tego beznadziejnie turystycznego miejsca, w którym nie ma nic (punkt widokowy, park, plaża) każdorazowo udaje mi się wypatrzeć coś znacznie ciekawszego. Tym sposobem lądujemy w opuszczonej piekarni wojskowej, gdzie wspinamy się przez okno i pijemy moje ulubione wino, siedząc na traktorze. Wszystkie sprzęty jak wielkie skomplikowane labirynty rur, które kiedyś służyły do produkcji chleba, gigantyczne balie wraz z mieszadłami, których nie mogę unieść, pojazdy do użytku na hali… stoją tam nadal jak gdyby nigdy nic. Od wielu lat, nietknięte, tylko mocno zakurzone. Jakby ktoś miał zaraz otworzyć drzwi i zacząć lepić kolejne bułki. Ściemnia się błyskawicznie, szukamy duchów, ale zdaje się, że one pokazują się tylko w czasie pełni księżyca.

Następnym razem wyjeżdżamy tylko na moment, przewietrzyć moją płonącą głowę i zaraz chcę wracać do pracy. Ioannis próbuje mnie zawieźć do kolejnego parczku, ale zauważam przy autostradzie młyńskie koło i mówię mu, żeby skręcał. Okazuje się, że coś, co z perspektywy pędzącej Hondy wyglądało na jakiś zapyziały festyn, jest wielkim parkiem rozrywki z prawdziwego zdarzenia. Ze wszystkimi roller coasterami i tego typu zabawkami do podwyższania ciśnienia. Kupujemy wejściówkę na wszystko i zostajemy aż do zamknięcia.

Załapujemy się też na show akrobatyczny. Doskonałość ciał, odwagi i iskra poczucia humoru, mieszanka wybuchowa. Założyciel i szef High Dive Oliver Favre Bulle jest rekordzistą Guinessa w nurkowaniu do jeziora z 54 m (!!!), rekord nie pobity od 1987 roku aż do dzisiaj. Chłopaki robią pokaz nurkowy, skaczą do małego basenu o średnicy 7 m z coraz większych wysokości i tak aż do 25 m. High dive z saltem, podwójnym saltem, potrójnym… Imponujące. A potem… kiedy wygląda na to że już po wszystkim, chłopcy wbiegają na podium raz jeszcze, tym razem w strojach klaunów i kolorowych perukach. Zabawa zaczyna się od początku, tyle że tym razem popełniają histeryczne „błędy”, które kończą się np. tym, że niby kłócąc się o to, kto teraz skacze, przewracają się z trampoliny wszyscy trzej i ostatecznie salto wykonują jako jedna splątana oślepiająco kolorowa szamocąca kulka. Cudowne. Nawet gdy z basenu tryskają ogromne ilości wody na widzów.

Żeby się wysuszyć, idziemy na karuzelę, popularną na wszystkich jarmarkach „łańcuchową”, tyle że ta jest na wysokości 72 m… Nazywa się Star Flyer i muszę przyznać, że robi wrażenie. Potem jest tylko lepiej. Jedna z bardziej ciarkopędnych, choć niepozornych rzeczy to Shock Tower. Trick polega na torturze psychicznej, wjeżdżasz sobie 40 metrów w górę i… wisisz. Siedzisz tak idiotycznie zawieszony na jakiejś absurdalnej wysokości, zastanawiasz się, co ty tam do cholery robisz i wiesz, że coś się musi zdarzyć, ale właśnie nie dzieje się nic. Więc dla rozrywki zaczynamy się kłócić z Ioannisem na nasz ulubiony temat – tzn. ja mówię, że Ateny są szkaradne, a on że nigdy w życiu. Miejsce jest wymarzone na tego typu spory, bo rozciąga się stamtąd widok na całe miasto – pod nami Carrefour, Media Markt, jakiś inny obskurny supermarket… Wisimy nadal, to czekanie jest chyba jednym z bardziej ekstremalnych sportów, jakie znam. Wisimy i wisimy, mam wrażenie, że jedynie tam na górze czas stoi w miejscu, ale potem oglądam cały proceder jeszcze mnóstwo razy z dołu i za każdym razem mija parę minut nim cokolwiek się zacznie dziać. Wisimy, gdy wreszcie, po całej wieczności – nagle!, znienacka! – blokada puszcza. Spadamy. Z zawrotną prędkością. Siła rozpędu unosi mnie w krześle i uwielbiam to.

Ostatnia z moich małych przyjemności, które muszę opisać to 6G. Takie trochę bungee tyle że na siedząco – http://www.allou.gr/Games/Adrenaline/6G.aspx . Absolutna totalność fruwania, podniebnych fikołków, wystrzeliwania się z katapulty i niemożności złapania tchu z radochy pomieszanej ze strachem. W którymś momencie tych szaleńczych wybryków spada mi bransoletka z pacyfkami, którą dostałam od podróżniczki Lalli (http://yakooseska.blox.pl/html) na szczęśliwą podróż. Siła wyrzutu sprawia, że nawet nie chce mi się myśleć o obszarze do poszukiwań. Szkoda, bo zawsze gubię biżuterię po kilku dniach, a tę mam już dwa miesiące i rzecz jasna, zawieruszałam ją setki razy, ale zawsze znajdowała się w najdziwniejszych okolicznościach. A kiedyś prawie zostałam przez nią pobita… Pracownik Parku pomaga mi wysiąść, podaje mi rękę, ma na niej coś kolorowego, patrzę z niedowierzaniem, a on śmieje się: podoba Ci się? I mruga do mnie i mówi, że mogę sobie wziąć. Moja bransoletka! Upadła mu pod nogi…

*
I teraz ciekawostka: to uczucie szybowania, zastrzyk adrenaliny w otwarte żyły, eksplozja jednoczesnego lęku i satysfakcji to jest to samo uczucie, które tak dobrze znam z zamieszek na Syntagmie. Wesołe miasteczko rewolucji…


Imagine

To miasto jest perwersją, a to, że ja znów tu jestem, choć nie lubię powrotów, powtórek, policji, jest perwersją jeszcze większą.

To miasto jest perwersją – perfekcyjnym chaosem; wszechobecnym hedonizmem; wolnością i jednoczesną walką o wolność; gwałtownymi sprzecznościami; bezdomnymi, układającymi swój niepraktyczny dobytek na kołdrach, rzuconych byle gdzie na wzór domów; oraz życiem na szerokich przestrzeniach balkonów i dachów, skąd widać tylko parę najjaśniejszych gwiazd. Ateny welcome back.

Od kiedy wyjechałam, podejmuję tylko totalnie niezrozumiałe, całkowicie abstrakcyjne decyzje. To działa. Wszechświat znów mi sprzyja, Lennon do mnie gada. Pierwszą rzeczą, którą widzę po wjechaniu do tego surrealistycznego miasta (kierunek w sztuce wolny od praw estetyki…), jest koszulka w oknie wystawowym lichego sklepiku. John mówi: time you enjoy wasting was not wasted.

Zabawne, ponieważ nie ma właściwie żadnego powodu, dla którego musiałabym być w Atenach. A jednak coś mnie tutaj ściągnęło z powrotem. Może marnuję czas, myślałam w rytmie 120 km/h przez całą drogę z Leptocharii. Powietrze napędzane silnikiem wibruje w moją ulubioną prędkość świata. Pod kaskiem słuchawki, jedziemy wzdłuż wybrzeża, wilgotny wiatr od morza pozwala oddychać. Mój plecak przytroczony do motoru daje wygodne oparcie, tworzy swego rodzaju nomadyczny fotel i sprawia że 4 godziny autostrady mijają błyskawicznie.

Rozgrzeszona przez Lennona, piję najlepsze wino w życiu, leżąc na miękkim dywanie, który wynieśliśmy na dach,  z netbooka sączy się tango, lampiony dają lekko przymglone, ciepłe światełka identyczne z tymi pod nami, bo to jest nocne miasto, ciemność dla żartu na moment zakrywa całą brzydotę.

A potem czytam na facebooku dramatyczny apel z Syntagmy, że o 4 rano przyjdą służby i wygonią wszystkich, po czym posprzątają do czysta pozostałości obozowiska. Łapię ostatnie metro i jadę tam znowu po dwutygodniowej nieobecności. Zmiany, zmiany, zmiany. Niewiele osób, nowe twarze – wakacje, mówią starzy znajomi, wszyscy wyjechali na plażę. A jednak wciąż trwają conocne dyskusje i koncerty. Panos, który przejął rolę nieformalnego koordynatora, jest spokojny: akcji nie będzie, policja nie przyjdzie po nocy, ponieważ ich kaski mają przyciemniane szyby i nie widzą dobrze w ciemnościach.

Ma rację, przesypiamy noc w namiotach, nie niepokojeni przez nikogo.

Moi przyjaciele opowiadają mi o 29. czerwca, używają zgodnie słowa „piekło”, policja testowała nowe chemikalia – „instant gas pepper”, dający pomarańczowo-czerwoną mgłę, dwa razy silniejszy od normalnych gazów łzawiących. Nic nie było widać, chmura substancji drażniących rozprzestrzeniła się wszędzie dookoła, ludzie na oślep szukali punktów medycznych. Policja zwabiła protestujących do stacji metra i, tak jak dzień wcześniej, wrzuciła tam gaz, ale tym razem obstawiła wyjścia i nie pozwoliła nikomu się wydostać. Inną grupę zamknęli na pobliskim skwerze i z dwóch stron odpalili gazy łzawiące. Ludzi próbujących uciekać, brutalnie pobili, bez względu na to, czy byli to zamaskowani awanturnicy, przyglądający się z pewnego dystansu starcy, czy przypadkowi turyści. Panos jest niewiarygodnie łagodnym pacyfistą, ale mówi, że na taką agresję niezależnie od woli budzi się agresja. Miałem ochotę po prostu wziąć kij albo kamień i z czystej rozpaczy rzucić w ludzi, którzy w taki sposób potrafią się obchodzić z drugim człowiekiem. Zamiast tego jednak biegał po omacku z Maaloxem,  pomagając rannym. Eva jest przekonana, że policja chciała zabić kogoś tamtego dnia, czuć było żądzę krwi.
Nie było mnie wtedy na Syntagmie, bo żeby mnie chronić, Panos mnie okłamał. Chciałem, żebyś to zobaczyła, ale nie chciałem, żebyś to czuła, tłumaczy. Powiedział mi więc, żebym wzięła dzień wolny 28.06., a 29. powinien już być spokojniejszy…

Teraz  na placu toczy się wojna psychologiczna, protestujący dostają raz za razem fałszywe alarmy o planowanych akcjach policyjnych, są w nieustannej gotowości i wciąż nic się nie dzieje. Gra polega na przeczekaniu, jak w zabawie w „kto pierwszy odwróci wzrok”.


Wonderland

Kraina Czarów istnieje naprawdę...

 

 

 

...w najbrzydszym mieście świata...

t

...pod ziemią. Stacja metra w Atenach, Syntagma, ekspozycja stała.

Pocałunek na niebie. Prześwitują drzewa. Sufit obozu artystów na placu Syntagma.

Nieużywane tory kolejowe w Leptocharii. W tunelu słychać morze, które znajduje się tuż za kamienną ścianą.

Park koło Syntagmy. Beckett i Szekspir, poezja i papieros, grecki dramat w pełnym słońcu.


Momenty były

Przez jakiś czas jestem poza Atenami, pracuję teraz w Leptocharii, cudem biorę dzień wolny, żeby być 28. czerwca na Syntagmie, jadę 450 km w jedną stronę autostopem tylko po to, by za parę godzin stanąć na wylotówce w przeciwną stronę i jechać całą noc, a potem spóźniona o godzinę w koszulce wciąż poplamionej Maaloxem pójść od razu do pracy.

W Atenach wsiadam do metra, młodzi ludzie wygłupiają się, przymierzając maski, jestem z powrotem, nareszcie. Wysiadam ze stacji punktualnie w chwili, gdy rzucono pierwszy gaz. W zamieszaniu wpadam na Chrisa, na powitanie śmieje się, że stajemy się wojennymi profesjonalistami, bo oboje mamy okularki pływackie do osłony oczu i lepsze maski. Tym razem uciekający ludzie, zamaskowani agresywni prowokatorzy obłupujący marmurowe obramowanie fontanny, aby rzucać w policję odłamkami, szeregi służb porządkowych w pełnym umundurowaniu, są czymś naturalnym. Widzę ludzi, którzy chwilę po tym, jak nie mogą złapać oddechu, tańczą do upadłego i przestaję się dziwić, nie dostrzegam już w tym całym surrealizmie nic dziwniejszego od tzw. „normalności”. Strach pojawia się tylko jako mgnienie, odruchowo, drobna fala, przypływa miękko i zaraz znika.

 

Mgnienie strachu nr 1

Płonie ciężarówka z wielką anteną, jedną z tych, które podobno za pomocą ultradźwięków rozsiewają złą aurę i mącą w mózgu. Wielkie czarne kłęby dymu, żarówiasto pomarańczowe płomienie i groźba eksplozji w każdej chwili. Ludzie stoją i się przyglądają, nie reagują na próby odciągnięcia ich od bomby z ledwo opóźnionym zapłonem. Samochód stacza się ze zbocza i uderza w kiosk, przy okazji niszcząc całkowicie stojącą na zewnątrz chłodziarkę. Protestujący korzystają beztrosko z okazji i po chwili niemal każdy zsuwa maskę i zajada się lodami. Potem przychodzi kolej na lodówkę z piwem. Strajk zamienia się na moment w jedną wielką imprezę.

Samochód wybucha rzeczywiście, ale dokładnie w chwili, gdy przybywa straż pożarna, ofiar nie ma.

Niedługo potem pożar ogarnia też auto numer dwa. Anteny, nieważne już czy telefonii komórkowej czy rządowego programu do manipulowania szarymi komórkami, mamy z głowy.

 

Mgnienie strachu nr 2

Eva się dusi. W podziemiach metra jest centrum medyczne, biegnę tam za sanitariuszami, niosącymi ją przez tłum ludzi w maskach (psychodeliczny wenecki karnawał), najpierw nie chcą mnie wpuścić do środka,  a potem, gdy już sforsowałam drzwi, nie mogę się stamtąd wydostać. Punkt pogotowia zostaje  szczelnie zamknięty od wewnątrz, ponieważ policja wrzuciła gaz łzawiący do stacji metra (!) i za drzwiami jest chmura drażniącej chemii.  Chris mówił, że akurat tego mam się nie obawiać, bo nigdy tego nie robią. A ja nie chciałam się tam chować, czując, że to rodzaj pułapki. W zamkniętej przestrzeni jeszcze długo później unosi się smak pieprzu w powietrzu, oczy łzawią samoczynnie, bezwiednie przyspiesza oddech.

Eva ma się dobrze.

 

Mgnienie strachu nr 3

Policja naciera na plac. Są w obrębie obozowiska, który do tej pory stanowił azyl. Niepisana umowa głosiła, że walki toczą się wszędzie dookoła, ale sam plac służył do  nabrania kilku oddechów na zapas przed powrotem na front, odświeżenia Maaloxowej maski, tańca przy ognisku, bo płomienie neutralizują działanie toksycznych składników. Teraz policjanci weszli na „nasz teren”, rzucają gazem, który rozpryskuje się na wszystkie strony. Jeden odłamek trafia w tipi, gdzie śpi Henry. Mnóstwo dymu, ciężkie kłęby, wreszcie ktoś go znajduje i całego trzęsącego się zanosi do centrum medycznego. Henry wygląda jakby miał atak padaczki, na szczęście udaje się doprowadzić go do ładu.  Ludzie szybko formują żywy łańcuch, trzymają się mocno za ręce i osłaniają jeszcze nie zajęty fragment przestrzeni. Stoją twardo w szeregu, patrzą w oczy tym, którzy ukrywają swoje spojrzenie pod służbowymi hełmami, trwamy tak w spokoju, wreszcie policja wycofuje się.

 

 

 

*

Kto staje w pierwszym rzędzie, jest w centrum zamieszania, patrzy niebezpieczeństwu w oczy na odległość oddechu? Najbardziej agresywni i najodważniejsi. A cała reszta? To ci, którzy chcieliby być jednymi lub drugimi.


wojna po raz trzeci

Zabawne, jak można się przyzwyczaić nawet do strachu.

28. czerwca 2011, Syntagma square:

c.d.n.