Monthly Archives: Sierpień 2011

Partyzantka świetlna, eksperyment sztuki nomadycznej

Biennale alternatywne.

Puszczamy w kanale mnóstwo papierowych gondoli, są jak listy w butelce, pływające wiadomości:
YOU ARE THE (P)ART OF UNIVERSE
BODY CONSISTS OF WATER AND BOIL POTENTIAL
GIVE ART A CHANCE
MAKE ART NOT WAR
ALL IS FAIR IN LOVE & ART
BE ART YOURSELF
Rzecz jasna, akcja odbywa się nocą, lekko nielegalnie.
Chodzi o to, żeby sztuka była jak podróż, żadnych ciężkich rzeźb, wielkich obrazów, nieforemnych instalacji – impresjonizm praktyczny. Łódki odbite w wodzie wyglądają jak gwiazdy, kolejne zapasowe niebo, na czarną godzinę.

W pewnym momencie zjawia się publiczność, kobieta przygląda się gondolom, zauważa napisy i wtedy wykrzykuje podekscytowana: Ach, więc to jest sztuka! Sztuka, prawda?
I hope so, Madam, odpowiadam grzecznie i wręczam jej łódeczkę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pewnego dnia w Bieszczadach Włosi uczyli się polskiego.

Księżyc jest pełny, mówi ktoś. Księżyc jest pewny, powtarzają Włosi.

*

Gorące podziękowania dla Marka Gawełdy.

Special thanks for Vinylistic Bbabe (author of photos number 9.,10. &11.) & Brent Barbera.

Reklamy

Walentyna w Wenecji

Chciałam zabrać Walentynę na spacer do Wenecji, ponieważ jest dystyngowana. Delikatnie kołysze zadkiem, gdy przechadza się między kwiatkami, porusza się z gracją apetycznie zaokrąglonej Murzynki. Mimo swoich imponujących rozmiarów średniej wielkości psa, Walentyna jest damą i spaceruje tylko wokół klombów przy wjeździe do kempingu. Mam nawet satynowy czarny elegancki pasek, który chciałam pożyczyć Walentynie w dowód mojej przyjaźni. Nic z tego. Walentyna jest szczęśliwą kurą pod Wenecją i do miasta się nie wybiera. Muszę wymyśleć coś innego.

Walentyna


Pod światło

Wszystko, co mnie interesuje, jest pod światło.

 

Wszystko, co mnie interesuje, ulotne jest.

Nabawiłam się rytuałów podróżnych, ulotnych jak ja, jak moja efemeryczna obecność. Puszczam bańki mydlane i maluję na chodnikach kolorową kredą. Współtworzenie świata do pierwszego deszczu.

 

 

„Między światłem a ruchem jest dźwięk.”

Wenecja, bo jej włoskie imię to Signora Serenissima, czyli Najjaśniejsza.

 


Messages from the road

Mostar. Wszystkim potrzebna jest miłość.

Mostar. Zbombardowany budynek rządowy

Mostar. Jestem wolnością

Mostar. Zanurzmy nasze dusze w życiu

 

Wenecja

Wenecja

Wenecja. Biennale

Wenecja. Biennale


Kolaż z podróży i snów

A potem rzecz jasna jadę dalej – Sarajewo, gdzie śpimy w zbombardowanym budynku i palimy jabłkową sziszę między meczetami; Mostar z głazami „Don’t forget ‘92”, powojennymi ruinami, w których czas się zatrzymał, spaceruje się po półmetrowej warstwie nikomu niepotrzebnych dokumentów; Livno, gdzie przez trzy dni zajmujemy się produkcją humusu i jakimś takim prostym szczęściem; Chorwacja w mgnienie oka, z niespodziewanym i niezapomnianym noclegiem koło Zagrzebia w magicznej chatce zagubionej między wioskami o tajemniczej nazwie Oblazak (…) a dżunglą, aż wreszcie, nagle, Włochy.
Poznaję fascynujących ludzi, m.in. europejską Fridę Kahlo i jej romańskiego ukochanego, który ma karmę zgodną ze wszechświatem, Amerykanina z bułgarskiego Peace Corpu, który staje się legendą Mostaru ze względu na żarówiasty pomarańczowy kombinezon, włożony na niego przez przyjaciół w prezencie-niespodziance, malarkę Petrę, która maluje wróżki, bajki i kosmos i sama tym właśnie jest, Hitscha, który z kolei jest człowiekiem gór i w najnaturalniejszy pod słońcem sposób robi to, co trzeba, czyli po prostu dobro, Matteo, który od niechcenia wyczarowuje cudowne melodie na gitarze, organkach, fletni Pana, skrzypcach, keyboardzie…

Uczestniczę niechcący w zorganizowanej ucieczce B. od swojego obłąkanego chłopaka, łącznie z czekaniem pod ambasadą, gdy dostaje paszport na nowe nazwisko; w sesji zdjęciowej w łazience, gdzie w różnych dziwnych lustrach, odbijających nas pod surrealistycznymi kątami przez całe przedpołudnie myjemy zęby; w zamalowywaniu niebieskiej sztuki na pierwotną białą ścianę i wyprowadzce w nowe przestrzenie do zapisania…

A w końcu ląduję w Wenecji, gdzie po pierwsze są Biennale sztuki, a po drugie wreszcie po miesiącach przerwy idę na milongę! Jak dotąd, moje czerwone buty włożyłam tylko dwa razy, ale warto było je z sobą wozić dla tamtego jednego ateńskiego tanga na dachu.
Wenecja nie jest zbudowana po to, żeby w niej wieść życie, jest zaprojektowana, aby w niej śnić.

Nie ma supermarketów, samochodów, aptek, zakładów naprawczych, urzędów, wszystkiego tego, co ułatwia lub organizuje życie. Są restauracje i lodziarnie, czynne do późna w nocy, galerie sztuki, sklepy z fotografiami, obrazami, instalacjami i oczywiście murano (weneckie szkło), sklepy z maskami, sklepy z wachlarzami, sklepy z akcesoriami do kaligrafii, papeteriami, sklepy z rękawiczkami, więcej sklepów z biżuterią, niż z ubraniami, a jeśli już odzież to nie byle jaka – oryginalne suknie, najdroższe garnitury, szalone artystyczne kreacje, najwymyślniejsza bielizna, buty w bajecznych kształtach, wszystko, co niepraktyczne, lecz przyjemne. Tanie i dobre wino. Autobusy, które zmieniają rozkład jazdy i nie stają na przystankach. Biennale i karnawał. Którego historię mało kto zna, a wyjaśnia ona niezwykłość tego miejsca. Maski nie służyły kiedyś po to, by zdobić – jak dziś, gdy można kupić maskę w kształcie kota, którego głowa składa się ze zjawiskowych, precyzyjnie wykonanych róż, maskę w kształcie księżyca z drobiazgowym ornamentem, nadającą twarzy tajemniczy, niepokojący wyraz, maski z zapisem nutowym włoskich symfonii albo skonstruowane na podobieństwo robotów z misternych śrubek, złączeń, cienkich mechanicznych żyłek; niegdyś maski były białe lub czarne i noszono je, aby zachować anonimowość. Wenecja była miastem Sodomy i Gomory dzięki jednakowym maskom zasłaniającym całą twarz z rozróżnieniem jedynie na płcie – kobiety białe, mężczyźni czarne. W takim dwukolorowym świecie można było sobie pozwolić na wszystko, bez obawy o konsekwencje. Wenecja jako labirynt, pełen wąskich uliczek, ciasnych zaułków, dusznych podwórek, doskonale sprawdza się w roli scenografii rozpusty.
Kraina hedonizmu i sztuki, przy czym hedonizm tutaj to także niebagatelna sztuka.
Z Signorą Wenecją flirtuję nie od dziś, ale to kapryśna kobieta, nigdy nie zdejmuje swojej maski.  Trzeba więc wierzyć w jej opowieści, bo i tak nie odsłoni prawdziwej twarzy…

Zapasowe niebo. Pocztówka.

PS. Pewnego dnia zrobię tu porządek i wrzucę zdjęcia…


Światło. Przystanek pierwszy.

Przystanek światło nr 1. Piramidy w Bośni.

Właśnie tak, w Bośni.

Piramid jest pięć: Słońca, Księżyca, Smoka, Ziemi i Miłości. W ciągu dnia promienie wędrują po krawędzi piramidy Słońca, przecinają dolinę i pod wieczór rozpoczynają majestatyczną wspinaczkę po ścianie piramidy księżycowej.

Odkryto tego typu budowle w Ameryce Południowej, ale żadne nie mają aż tak oczywistego, precyzyjnie skonstruowanego połączenia.

Dr. Sam Osmanagich wierzy w siłę słowa. Dlatego jedną z konstrukcji nazwał Love Pyramid – najsilniejsze ze słów ma roztaczać opiekuńczą aurę nad całą doliną.

Kto zbudował te imponujące konstrukcje (jaka cywilizacja lub – „inne istnienia”) i kto później zasypał wejście do labiryntu, jaką tajemnicę próbując ukryć?

Wokół tej sprawy jest więcej pytań niż odpowiedzi. Badania trwają od zaledwie 5 lat. Egiptologia mimo setek lat wykopalisk wciąż nie rozwiązała najbardziej intrygujących zagadek minionych cywilizacji.

Wszystko przed nami…

Piramida po lewej. Wzgórze o trójkątnym, regularnym kształcie, ściany ustawione są zgodnie z kierunkami świata

*

Wyjeżdżając z Montenegro, przeczytałam gdzieś przez przypadek o piramidach w Bośni (?!).  Ulokowane koło miejscowości Foca, niezbyt dobrze znane. Brzmi wystarczająco intrygująco, jedziemy! Alexis jest sceptyczny, chce do Mostaru, skoczyć ze słynnego mostu, ale w końcu to ja jestem Baranem… Nasi kierowcy są tak samo nieprzekonani do konceptu jak on. Słyszymy, że to propaganda, sztuczka, by ściągnąć turystów, że tam absolutnie nic nie ma. Potem niechcący mijamy właściwy zjazd, gubimy się i lądujemy na drodze do Sarajewa. Ale właśnie wtedy łapiemy kogoś, kto mówi, że żadna Foca, nic podobnego, Visoko i podrzuca nas na kolejny wylot.

Później okazuje się, że był to początek serii niewiarygodnych zbiegów okoliczności, bo rzeczywiście formacje koło Focy są, ale jest to zwykłe zjawisko natury, ciekawe ukształtowanie terenu, żadnej tajemnicy. Z Visoko sprawa ma się zupełnie inaczej.

Póki co jednak utykamy na dobre między stoiskami z arbuzami, jedyna zainteresowana nami osoba to kierowca tira zaparkowanego po przeciwnej stronie drogi, namawia nas na sjestę na gruzie w jego przyczepie: jutro pojedziecie, kamienie są chłodne. Są też tragicznie niewygodne,  więc Bośniak próbuje nas chociaż poczęstować papierosami i wodą. Kibicuje zaciekle, gdy stoję z wyciągniętym kciukiem, macha do mnie co chwilę przyjaźnie i z ogromnym zaciekawieniem śledzi, co się wydarzy. Czuję się jak telewizor. Wreszcie zatrzymuje się auto, jadące w przeciwnym kierunku, trójka chłopaków, pijani jak diabli. Mówią, że nas zabiorą, gdzie chcemy, tylko nieco inną trasą, zawrócimy później. Zdają się nie słyszeć, gdy odmawiamy, parkują na środku szosy i śmieją się do nas. Tworzy się olbrzymi korek, w obie strony, klaksony, harmider, a my jesteśmy tego drogowego piekła niewinną przyczyną. Z chaosu wyłania się samochód, dla odmiany siedzi w nim czterech Bośniaków i kompletnie nie mają miejsca, ale są trzeźwi i rozbawieni sytuacją, odrobina przestrzeni cudem się znajduje i ruszamy dalej. Już nie jestem jednoosobową telewizją, raczej całym cyrkiem, wiadomość o tym, że przyjechałam autostopem  z Grecji wywołuje odzew porównywalny do reakcji  widzów oglądających salto mortale wykonywane przez  jednorękich bandytów z nosami klaunów.

Ostatnim stopem jest pusty autokar turystyczny, dwóch eleganckich kierowców wraca do domu. Zabieramy się z nimi do zajezdni, gdzie przesiadamy się do prywatnego auta jednego z nich. Zawozi nas do podziemnego tunelu, stamtąd zaczyna się zwiedzanie piramid, ale wejście jest już dzisiaj zamknięte. Wobec tego podrzuca nas z powrotem do miejsca, gdzie byliśmy przed chwilą, naprzeciwko stacji autobusowej jest kościół, podobno możemy tam przenocować.

Ale proboszcz  mówi, że musiałby wezwać policję, żeby nas sprawdzili i generalnie daje do zrozumienia, że czasy chrześcijańskiego „gość w dom, Bóg w dom” już się skończyły, teraz wszystko jest bardziej skomplikowane. Idziemy zatem do meczetu. Właśnie zaczął się Ramadan, uczestniczymy w nocnej modlitwie, koło mnie siada Nadira i perfekcyjnym angielskim tłumaczy, że nie muszę robić pokłonów, wolno mi się po prostu przyglądać. Potem pyta, gdzie zamierzamy spać, odpowiadam, że jeszcze nie wiem, a ona oferuje mi swoją kanapę. Alexis nie może iść, jej mąż jest nieobecny, a muzułmance nie wolno wpuścić innego mężczyzny do domu. Rozmawia jednak z jakimś Bardzo Ważnym Przedstawicielem Społeczności, który płaci Alexisowi za hotel, daje mu książki o islamie, jedzenie.  Pokazują mi, gdzie dokładnie będzie spał, a Nadira zostawia swój nr telefonu w recepcji, żebyśmy nie czuli się rozdzieleni.

Potem idziemy do niej, przygotowuje mi kolację, mimo Ramadanu, zostawia czekoladki na stole, gdybym nie mogła spać, rozmawia przez Skype z rodziną w Kanadzie i opowiada im, że zgarnęła jakąś szaloną Polkę, a potem niezauważalnie przechodzimy do historii wojennych. Nadira mówi, że dla Bośniaków to wciąż bardzo bolesny temat, ale za każdym razem, gdy się spotykają, sprawa niezauważalnie wypływa na wierzch. Nie ma opcji, by ją ominąć. Nawet jeśli oczy nadal wilgotnieją, a obrazy są tak żywe, jakby to się działo właśnie teraz.

Nadiry mąż ma kanadyjskie obywatelstwo, jej starsza córka także.  W czasie wojny władze nie pozwoliły jemu na wyjazd, zaproponowali, że wezmą tylko dziewczynę. Nadira się nie zgodziła i wraz z córkami wsiadła w pociąg do Frankfurtu. Transport został zatrzymany i na oczach Nadiry żołnierze próbowali zgwałcić jej córkę. Mieli zamaskowane twarze, ale Nadira rozpoznała głos swojego sąsiada.

Zdarzył się cud, żołnierze odeszli.

Udało im się przedostać do Niemczech, gdzie w ciągu 10 dni uzyskały status obywatelek Kanady dla Nadiry i jej młodszej córki. Wyleciały w nocy rządowym amerykańskim samolotem, mąż Nadiry dołączył kilka miesięcy później, po tym, gdy nadepnął na minę i urwało mu nogę. Dzięki temu stał się bezużyteczny dla wojska i pozwolono mu na wyjazd.

Nadira nie mogła się przyzwyczaić do życia w Ameryce, po 1995 r. kilkakrotnie próbowali wrócić do Visoko i zaczynali tu życie od nowa. Ostatecznie ze względu na dzieci, które czują się bardziej Kanadyjczykami, wrócili na dobre do mieszkania nad wodospadem Niagara, ale co roku na kilka miesięcy Nadira wraca do domu.

Nadira

Dostaję od niej książkę „Pyramids around the world” Dra Sama Osmanagicha m.in. o bośniackich piramidach. Sam urodził się w Zenicy, ale mieszka w Stanach. Mimo zmęczenia, książkę czytam przez pół nocy, mam mnóstwo pytań, postanawiam nazajutrz napisać do niego maila.

O 3 w nocy Nadira wstaje na kawę, potem przez cały dzień nie wolno jej jeść ani pić, nawet woda do przełknięcia leków jest zabroniona. Ramadan, przy trzydziestu kilku stopniach Celsjusza.

Rano zostawia mi śniadanie i pozwala się wyspać, sama idzie coś załatwić, a gdy wraca, zawozi mnie i Alexisa do piramid. W miasteczku nie istnieje żadna turystyczna infrastruktura, nie ma busów, żadnej opcji, żeby dostać się tam bez pomocy tubylców.

Szczęście polega, zdaje się, na byciu we właściwym miejscu we właściwym czasie. Gdy dojeżdżamy do tunelu, pierwszą osobą, którą widzę, jest Dr Sam. Przyleciał z USA na spotkanie z Ambasadorem Pakistanu, właśnie w  tym momencie ma zamiar go oprowadzać po tunelu. I pyta, czy chcemy dołączyć.

Załapujemy się więc na VIP trip, informacje prosto z pierwszej ręki. Trzeba przyznać, że Dr Sam potrafi opowiadać. Od pierwszego słowa czuć w nim pasjonata, zna wszystkich wolontariuszy, pracujących przy projekcie, jest z nimi po imieniu, mijając ich, dziękuje za wykonywaną robotę, tłumaczy nam, kto skąd przyjechał i czym się zajmuje. Sposób opowiadania pasowałby równie dobrze do historii miłosnej, jak i książki z dreszczykiem. Słowem, lądujemy w samym centrum świata wg Indiana Jonesa.

W jednej z komnat trafiamy na medytujących ludzi, właściwości energetyczne miejsca prowokują organizm do samo uzdrawiania.  Tunele były budowane na zasadzie sinusoidy, wspinały się w górę i opadały na dół, aby utrzymać cyrkulację powietrza i energii.  Dzięki megalitom energia zostaje przetransformowana w pozytywne pole magnetyczne, zdolne wywierać realny wpływ na organizm ludzki, fenomen nie do wyjaśnienia. Zdaje się, że konstruktorzy podziemnej siatki budowali opierając się na wiedzy o planetarnych, kosmicznych zależnościach. Każdy megalit ma swoją funkcję, najdrobniejsza zmiana może mieć ogromny wpływ na kształt całości.

Badania satelitarne wahań temperatury wzgórz Visočica i Križ potwierdziły szybsze wychładzanie się tych obiektów, co może dowodzić istnienia zlokalizowanych pod ich powierzchnią pustych przestrzeni. Podobne wnioski wyciągnięto na podstawie badań geologicznych, geodezyjnych, analizy georadarowej i termograficznej.

Wiek budowli jest oceniany na około 14 000 lat. Oznaczałoby to, że są to najstarsze tego typu konstrukcje odkryte na naszej planecie. Na jednym z głazów znaleziono coś co przypomina runiczne symbole.

Jedna z wczesnych teorii podejrzewała, że labirynt został zbudowany w średniowieczu dla bośniackich królów i – królowej Katariny.

Visocica ma, licząc od podstawy wzgórza, 220 metrów wysokości, co oznacza, że jeśli jest w niej piramida, to może być znacznie wyższa od egipskiej piramidy Cheopsa (146,6 m).

Wokół sprawy jest wiele kontrowersji, oscylujących przede wszystkim dookoła osoby samego odkrywcy. Im bardziej skomplikowana, tajemnicza sprawa, tym ciekawsza. Co do tego, że miejsce skrywa jakiś niewiarygodny sekret nie mam najmniejszych wątpliwości.

Jak mówi Indiana Jones: archeologia jest poszukiwaniem faktów, nie prawdy.

*

„Walter Donovan : Jak pan widzi, panie Doktorze Jones, jesteśmy o krok od zakończenia poszukiwań, które zaczęły się dwa tysiące lat temu.

Indiana Jones: I to jest zwykle właśnie ten moment, gdy ziemia usuwa ci się spod stóp…”


a życie może być proste

Wczoraj był dzień couchsurfingowy, taki z gatunku „jakie życie może być proste!”.
Spotykam się z Anastasią i spędzamy cały dzień na poznawaniu innych podróżników i dyskusjach na coraz bardziej szalone tematy. Jedziemy do Svetiego Stefana, czyli na wysepkę zamienioną w jeden wielki kompleks hoteli. Miejsce zostało wykupione przez singapurską korporację, mają dokonać renowacji, póki co wstęp na most prowadzący ku wyspie mają tylko goście luksusowych apartamentów, podobno 600 euro za noc. Leżaki są po 50 euro za dzień, ale woda, cudowna, za zupełne darmo. Reszta wieczoru upływa nam na pływaniu w różowej wodzie zachodzącego słońca, mamy nawet ratownika, znów zaprzyjaźnił się ze mną jakiś pies włóczęga, przyszedł za nami całą drogę od miasteczka, siedzi na brzegu i szczeka, gdy tylko któraś z nas odpłynie trochę dalej. Kolację jemy na wzgórzu nad miastem, skąd widać tylko pływające światła, jedno z tych miejsc, do którego prowadzi szalenie kręta i stroma droga, za wąska choćby dla jednego samochodu i nieoświetlona, co nie przeszkadza jej być głównym traktem, funkcjonującym w obu kierunkach, gdzie zamiast znaków używa się klaksonu (jasne, Bałkany!). Koło kamienistego tarasu na którym robimy piknik, jest źródełko z tryskającą górską wodą, a pod nami niewidoczny cmentarz. Żeby nie myśleć o duchach, opowiadamy sobie o naszych pierwszych miłościach. Bezapelacyjnie wygrywa Nastia, przebija nawet moją filmową wenecką historię. Dostałam oficjalną zgodę na umieszczenie jej zwierzeń na blogu, ku inspiracji… Anastazja miała 18 lat, była łysa i miała pooperacyjne szramy na głowie, kiedy zakochała się po raz pierwszy.  On był młodym doktorem i nie zauważał, że jest „brzydka”. Po raz pierwszy uciekli ze szpitala do domu jej przyjaciółki. Kiedy nie mogli wagarować, zakradali się do służbowego pomieszczenia, fotografowali wszystko w pamięci, ułożenie medycznych narzędzi, odległość między łóżkiem a ścianą co do centymetra itp. po czym gasili światło i juhuuu!  Terapia okazała się skuteczna, Nastia wyzdrowiała.

Następnego ranka jemy śniadanie na plaży (naleśniki, rozpusta), później obowiązkowa kąpiel w przejrzystej wodzie i burza.

A potem siedzę sobie grzecznie na skałach na nabrzeżu, czytam poezję po angielsku i próbuję wpaść na jakiś genialny pomysł. W momencie kiedy już prawie odzyskuję przytomność umysłu, podjeżdża skuter wodny, Jivan krzyczy, żebym wskakiwała. Jak powszechnie wiadomo, nie należę do dziewcząt, które pytają „dlaczego”, raczej „dlaczego nie”, więc po chwili mój plecak odpływa pontonem do mariny, a ja pruję przez fale do Włoch. Tak przynajmniej mówi Jivan, jak się pośpieszymy to na kolację będziemy w Mediolanie. Trafia mi się wariat, rzecz jasna, wpakowuje nas w największe fale, uprawia jakąś płynną akrobatykę, skaczemy jak roztańczone delfiny, prysznica już dziś szukać nie muszę. Wodny autostop zaliczony.