Monthly Archives: Wrzesień 2011

List z podróży

Moja droga Pe,
kiedy przyjedziesz do Japonii, pójdź koniecznie do sklepu z kimonami. Przymierz jedno, bo dopiero gdy stoisz przed lustrem i pozwalasz, żeby miła ekspedientka zawiązywała na Tobie niezliczoną ilość tasiemek, sznureczków, paseczków i potem, mając już na sobie ten piękny, egzotyczny, utrudniający chodzenie kostium, czujesz, że –to jakieś szaleństwo! – jesteś w Japonii. TEJ Japonii. Tej z odległych filmów, nierzeczywistych zdjęć, książek pachnących kwitnącą wiśnią. W jednej chwili zdajesz sobie sprawę z całej drogi, którą przebyłaś, żeby tutaj dotrzeć i trochę nie dowierzasz, ale na fotografii jesteś rzeczywiście Ty. Bez prysznica i z zaczerwienionymi oczami, ale bez wątpienia Ty (choć może pod innym nazwiskiem, ja na przykład zostałam Martyną Katarzyńską, bo Dybżyńska po prostu przerosła sprzedawcę biletów). Kochana, kiedy już tu będziesz, w Japonii, w tym małym sklepiku z charakterystycznym ogródkiem w stylu zen, usiądź na poduszce na podłodze i wypij doskonałą, zieloną herbatę. I poczuj się gejszą – mistrzynią życia, choć przez sekundę. A potem się ukłoń, do jakiegokolwiek boga, może do wszechświata i niech Cię ta święta wdzięczność wypełni od bosych stóp aż po czubki rudych włosów. Później wyjdź na ulicę, na której z głośników sączy się muzyka czarno-białego Nowego Orleanu w najlepszym bohemowym wydaniu. Jak na starych zadymionych jazzem (wiedziałaś, że nazwa „jazz” wzięła się najprawdopodobniej od slangowego określenia seksu?) filmach. I niech Cię to przyjemnie zdziwi i może pójdziesz na lody o smaku herbacianym, albo na obiad do lokalnej tradycyjnej knajpki, gdzie kucharz spanikuje na słowo „vegetarian”, ale po chwili wyciągnie z lodówki warzywa i pokażesz mu palcem, które lubisz, a on przygotuje na Twoich oczach specjalny ciepły posiłek. Z tofu i dziwnym różowym warzywem. Jeśli będziesz mieć szczęście, dostaniesz może Danamu, czyli oranżadkę ze szklaną kulką w butelce. Musisz wbić plastikowy gwoździk w korek i uderzyć mocno. Wtedy wytryskuje w górę musująca fontanna i łapiesz ją bezpośrednio do ust. Szybko! Danamu jest wstrętnie słodkie i absolutnie cudowne. To tradycyjny napój podczas festiwali i świąt.

~
W autobusach płaci się przy wysiadaniu. Dostajesz numerek zamiast biletu, a nad głową kierowcy (który siedzi po prawej stronie) wyświetla się tablica ze stawką dla każdego z numerów w zależności od tego, jak wiele stref pokonałaś. Wrzuca się pieniądze do plastikowej skrzynki-skarbonki, a jeśli nie masz drobnych, rozmieniasz pod spodem w automacie. Wkładasz banknot 1000 yen a maszyna wypluwa monety z dziurką pośrodku – 5 i 50 yenów.

~
Nie przegap oceanu. Wiem, to po prostu więcej wody, ale jednak niesamowicie jest pomyśleć, że oto masz pod stopami tak potężną część Ziemi. Przestrzeń rozciągająca się dalej niż horyzont, bo od kiedy wynaleziono samolot i inne podfruwajki, sky is not a limit anymore ( a śmierć nie jest nim od kiedy wymyślono religie, więc właściwie nigdy nim nie była).

~
Wiesz, że po koreańsku „moon” znaczy „drzwi”? Księżyc jest pewny, pamiętaj.

Katrina gdzieś na oceanie

Reklamy

Pagan Light Tree

Dzisiaj  świętujemy równonoc.

Równonoc świętujemy spędzając całą noc w drodze, autostopem do portu, gdzie czekać będzie  na nas łódka do Japonii.

Jak podają magiczne portale astrologiczne, Święto Równonocy Jesiennej zwane również Mabon lub Alban Elved, Świętem Winobrania to czas równowagi między Światłem a Ciemnością (!). Dzień i noc zrównują się ze sobą, przypominając o tym, że wszystko ma swój początek i koniec, ma swoją przeciwwagę. Dokonuje się zrównoważenie aspektów energii męskiej i żeńskiej, Boga i Bogini, życia i śmierci.

To stop-klatka, moment refleksji i kreowania przyszłości, czas zbiorów i wdzięczności dla Matki Natury za jej dary dla nas. Święto Równonocy Jesiennej jest podsumowaniem roku i oceną naszych osiągnięć oraz zastanowieniem nad tym, co nas spotkało, co przeżyliśmy, czego chcemy , a co jest dla nas ciężarem i czego chcemy się z życia pozbyć. Walończycy tej nocy wypuszczali światełka do nieba w darze swoim najbliższym – tym patrzącym z dołu, jak i tym, którzy już zerkają zawsze z góry…

Jedna z moich kilku nowych fascynacji muzycznych. W temacie światło (oczywiście!), więc enjoy!

Wczoraj szukając festiwalu sztuk ulicznych, znalazłyśmy z Larą (http://larainaction.blogspot.com/ – w przygotowaniu nowy portal) Drzewo Światła. Pogańskie kręgi mocy, teepee i drzewa w środku. Mój aparat wciąż jeszcze zabawia się z Love Paradoxem, więc zdjęcia są dość przypadkowe, ale w końcu podróż to w pewnym sensie religia przypadkowości, czyż nie?

 


Happy New Day To You

Więcej światła. Bo przecież światło to tylko metafora.


Where is my culture shock?!

Lotnisko, czyli ostatnia wiadomość z Polski.

Może i Koreańczycy mają  trzy zupełnie różne czasowniki, by wyrazić tę samą czynność  w zależności od stopnia wymaganej grzeczności (very polite – wersja absolutnie podstawowa, super polite i super super polite – coś jak poziom boski); może i jest tu jak w ogromnym, nowoczesnym szpitalu – bezosobowo i sterylnie do bólu, z doskonałą organizacją i obsługą tak miłą i opiekuńczą, że zaczynasz podejrzewać jakiś podstęp, powoli nabierasz pewności, że najnowsze wyniki badań musiały pójść niewiarygodnie źle i właściwie jest tak przyjemnie, że pewnie umierasz; może i Koreańczycy jedzą słodkie drożdżówki z fasolą czerwoną, groszkiem zielonym lub -uwaga! uzależnia! – czarnym ryżem i czarnym sezamem, chleb nadziewany bitą śmietaną, bagietkę czosnkową posypaną cukrem, ryżowe wino smakujące głównie fermentacją, suszone glony i słodsze od cukru wynalazki (a przy tym wypatrzyłam tylko trzech grubasów); może i ciężko odróżnić kościoły od burdeli, bo wszystko jest  neonowe i  krzykliwie kolorowe, nawet krzyże tutaj są czerwone i świecące; ale Seoul to po prostu wielkie miasto i jak każde inne miasto świata w czasie deszczu pachnie mokrym asfaltem…

Zielone drzwi - kościół, czerwone - burdel.

A potem okazuje się, że po prostu Korea polega na niuansach, gra na półtonach, jakby tańczyła tango de salon, a nie zamaszyste nuevo. I z każdym dniem wciąga i fascynuje coraz bardziej. Spojrzenie się wyostrza, duże europejskie oczy zwężają się teleskopowo do azjatyckiego rozmiaru skupienia i uczą się, gdzie i jak patrzeć.  To miasto jest po prostu jak jego mieszkańcy – grzeczne i nienachalne, nie narzuca się ze swoją odmiennością. Kłania się w uprzejmym przywitaniu, zastyga w pozycji pełnej respektu i czeka.

Są miłości od pierwszego wejrzenia, miejsca, które łaszą się do nóg jak spragniony pieszczot pies, są miejsca jak wilki – dzikie i niebezpieczne, a jednocześnie w jakiś mroczny sposób pociągające. I są miejsca – koty, nie wchodzące w głębsze relacje, niezależne w swoich labiryntach niezliczonych ulic.

*

Na razie tylko parę zdjęć, ponieważ mój aparat miał bardzo bliskie spotkanie z  Love Paradox, czyli bajecznie słodkim drinkiem na bazie wina.

Harmony Market. Jedzenie uliczne nr 1.

Jedzenie uliczne nr 2, czyli Seoul w pigułce: jogging, jedno z niezliczonych centrów biznesowych i panowie w garniturkach na aromatycznym lunchu.

W następny weekend wyskakuję na chwilę do Japonii,  jak mówi Lara – azjatyckich Włoch. Co oznacza ni mniej ni więcej mistrzostwo szczegółu i oszałamiające jedzenie.


Miłość ma prędkość światła

Światło, niekończąca się historia. Znacie ten film o chłopcu podróżującym na skrzydlatym smoku? Opowieść nigdy się nie kończy, bo masz na nią wpływ, możesz wymyślać kolejne wersje zdarzeń, dopisywać rozdziały, eksperymentować,  improwizować, twoja wyobraźnia jest bramą do innego świata, jedyne ograniczenie to ty sam, jeśli na to pozwolisz.

„Jeśli założyć, że piękno jest taką dystrybucją światła, która najbardziej odpowiada naszej siatkówce, łza jest formą przyznania się do niemożności zatrzymania przez siatkówkę – a także przez sama łzę – tego piękna na stałe. Miłość, żeby to tak podsumować, ma prędkość światła; rozstanie – prędkość dźwięku”
Josif Brodski „Znak wodny”.

A potem jadę Dalej, tym razem serio. Do Ameryki Południowej przez Azję. Nowy Świat wita, na imię ma Seul.