Monthly Archives: Październik 2011

Żyjemy w globalnej Korei Północnej*

Idziemy na koncert SuriSuri MahaSuri – Lara, Kiki i ja.

Lara mówi tylko: zakochasz się.

Zespół dzikich Koreanek i Marokańczyka to mieszanka wybuchowa trzech silnych indywidualności,  inspiracji szukających w drodze, dźwiękach ulicy i przypadkowych spotkaniach. Iris śpiewa i gra na akordeonie w taki sposób, że pomiędzy dźwiękami, wyczarowywanymi jej wysokim, magnetycznym głosem, słychać tęskne wycie wiatru, zawodzenie wilków, cygańskie noce w rumuńskich górach, łopotanie spódnic i płaszczy i rozdartych, pustych kieszeni; Mina sprawia wrażenie elfa ze swoimi etnicznymi bębnami, piszczałkami, grzechotkami, które szeleszczą, mruczą i tworzą muzykę bicia serca; Omar jest multiinstrumentalistą, czerpie z tradycji arabskiej wokalizy, ale stanowi swój własny gatunek muzyczny.

Wyjątkowo grają nie w jakiejś alternatywnej przestrzeni, ale w… filharmonii; filharmonia to miejsce poważne, trzeba więc słuchać na siedząco.

Wpadamy spóźnieni. Początkowo podziwiam jedynie niezwykłą plastyczność muzyki, grę świateł i kolorów, miękkie ruchy palców po instrumentach, nasycone kolory. Są boso, mimo chłodu i tego, że, jak wyjaśniają, złapali ostatnio jakąś infekcję i nie są w najlepszej formie. Niespodziewanie w tle pojawia się biała postać o kocich ruchach, improwizuje lekki taniec – synestezję, jest ciemno, ale wyczuwam natychmiast: Celine! Francuska tancerka, z którą robimycontact dance jamm sessions. Pojawia się też drobna Koreanka ze świetlistymi pojami, rysuje w powietrzu tajemnicze, rytmiczne hieroglify.

Mina, Iris & Omar

SuriSuri MahaSuri

Zdjęcia są własnością Zespołu

Nagle Omar, jakby czytał mi w myślach, rzuca ze sceny: można się ruszać! Wstaję jako jedyna i tańczę, wtedy cud absorpcji dokonuje się raz jeszcze, czuję ogień, widzę ognisko w środku lasu, tańczę, jak na dzikich pogańskich rytuałach, w samym centrum Seoulu, tańczę, gubię buty, skarpetki, kwiat, który miałam we włosach, tańczę.

Potem podchodzę do Lary: miałaś rację.

Po koncercie Omar mówi, że muzyka ma sens wtedy, gdy rozmawia ze słuchaczami; nie interesuje go granica pt. publiczność-wykonawca; „I am a people man”, śmieje się i mimo że następnego dnia znów występuje, a w domu czeka na niego żona,  jeśli ktoś ma ochotę gdzieś razem wyskoczyć, to zaprasza. Udajemy się więc na wino. Knajpkę pokazuje nam Omar, jest niesamowita, wygląda jak prywatny dom, wchodzi się z balkonu, na dole znaleźć można tylko tabliczkę napisaną kredą, a w środku  telewizor w czerwonych okiennicach, gdzie  czarno-biali aktorzy pracowicie wyczyniają swoje stylowe, bezgłośne akrobacje.

Jest nas sześcioro: Lara, Kiki i ja, Omar, Egipcjanin Mohamed i jego dziewczyna Rosjanka. Oksana rzuca nieopatrznie, że przez 3 lata mieszkała w Korei Północnej. Rozszerzają nam się oczy, otwierają usta. Zasypujemy ją pytaniami o każdy szczegół życia, chcemy wiedzieć wszystko.

Mieszkała w ambasadzie, bo tylko jako dyplomata możesz się tam dostać. Czasem wpuszczają jakiegoś turystę, ale ceny są absolutnie zaporowe. W samym kraju za to bieda hula na całego. Jeśli pracujesz, dostajesz kartkę ze skromnym przydziałem prowiantu. Na tym lista zakupów się kończy. Nie ma sklepów z odzieżą, tylko jakiś krawiec; nie ma prywatnych samochodów, komórek, technologii, zwierząt domowych (20 lat temu podczas wielkiego głodu wszystkie zostały zjedzone…). Nie ma restauracji, prócz  jakiejś dla turystów, płacić można tylko w euro, dolary są niestabilne, a poza tym AMERYKAŃSKIE, co samo w sobie jest już wystarczającym powodem, by odmawiać im jakiejkolwiek wartości. Co najbardziej paradoksalne, Koreańczycy są święcie przekonani, że żyją w najlepiej prosperującym państwie na świecie. I dzięki tej iluzji rzeczywiście są szczęśliwi (?).

Przynajmniej o tyle, o ile można to stwierdzić, rozmawiając tylko z tymi, których „podsunie ci” rząd. Ulice świecą pustkami, trzeba być albo w fabryce albo w domu; jeśli spróbujesz spaceru, podchodzi do ciebie niezwłocznie straż miejska, dowiedzieć się, co się takiego stało, że aż musiałeś wyjść. Właśnie, bez człowieka – cienia się nie ruszysz; jeśli jesteś na tyle bogaty, by dostać się do tego kraju jako turysta, zobaczysz i tak tylko tyle, ile ci pozwolą. Ale skoro tam mieszkałaś przez 3 lata to chyba nie miałaś przez cały czas strażnika?, pyta Lara. Jasne, że miałam, stwierdza po prostu Oksana, a nam się to nie mieści w głowach, próbuję sobie wyobrazić, że przez parę lat bez przerwy mnie ktoś obserwuje, podąża za mną krok w krok, ale nie potrafię. Na sekundę zapada grobowa cisza.

Zaraz jednak sypią się kolejne pełne niedowierzania pytania.

Wieczorem włącza się obywatelom elektryczność na godzinę, żeby zaserwować im kolejną dawkę narkotycznej wizji świata. W telewizji są dwa kanały, oba rzecz jasna należą do rządu. Oksana wyznaje, że ona też oglądała „wiadomości” z ogromną przyjemnością, bo choć zdawała sobie sprawę z tego, że to wszystko bzdury, tak kojąco działa, gdy  ktoś ci powtarza, że wszystko jest dobrze. Nie jest rzecz jasna, ale przynajmniej ktokolwiek się o ciebie troszczy na tyle, by co wieczór opowiedzieć ci bajkę na dobranoc. Zasypiasz więc spokojnie w czarnym od sadzy mieszkanku (gotuje się na palenisku bez żadnej rury odprowadzającej dym), śniąc wspólny sen wybrańców. Otóż Koreańczycy wierzą  w to, że żyją w raju. Kłamstwo wielokrotnie powtarzane staje się prawdą? Media sprzedają wersję świata, w której w Stanach jest niebezpiecznie, ludzie umierają z głodu, protestują, organizują antyrządowe demonstracje, w Europie panuje śmiertelna bieda, a o reszcie kontynentów nie mają pojęcia. Skąd mieliby je mieć skoro podróżowanie nie tylko za granicę, ale i z miasta do miasta jest zakazane? Pozwolenie na wyjazd do innej miejscowości można uzyskać tylko w uzasadnionych przypadkach, takich jak śmierć krewnego. Zresztą nawet wtedy nie masz jak się tam dostać, bo w całym kraju jest kilka samochodów, a transport publiczny po prostu nie istnieje.

To, co piszę, jest nielegalne, bo obcokrajowców obowiązuje zakaz opowiadania o realiach kraju.

W rzeczywistości Korea Północna jest zaledwie metaforą.

A teraz wierz w co chcesz, w obiegowe opinie, prawdy potwierdzone (?!) – naukowo, doświadczalnie, masowo; w doniesienia medialne; we własne zdolności do rozróżniania fikcji od „rzeczywistości”.

A teraz ośmiel się nie wstawiać cudzysłowu do każdego słowa wychodzącego z twoich ust, każdej myśli, która rodzi się w twojej (?) głowie.

A teraz udawaj, jak chcą media, że nic nie dzieje się na Wall Street, w Hiszpanii, Grecji, Egipcie, Izraelu, Tunezji i dziesiątkach innych miejsc, zamknij oczy i nie słysz ruchu oburzonych, bo jak można walczyć z niewidzialnym przeciwnikiem?

Ale czy w ogóle da się myśleć samodzielnie? Przecież na czymś musimy opierać nasz światopogląd. I czy rzeczywiście bezwarunkowa  wolność to jest to, czego chcemy? Czy wolność w swej ekstremalnej formie nie oznacza szaleństwa? Czy jesteś pewien, że gdyby „uratować” Koreańczyków, chcieliby świata, jaki jest na zewnątrz? Czy nie tęskniliby za swoim bezpiecznym, małym, prywatnym wszechświatem, tak jak pokolenie moich dziadków wzdycha do komunizmu jak do ciasnej, ale osłoniętej od wiatru zatoki? Czy jesteś pewien, że kochasz sztormy bardziej od ciepłej herbaty w porcie, gdzie w radio sączy się piosenka o wolności i gdy o tym rozmawiasz, błyszczą ci oczy i to jest optymalny poziom ekscytacji?

Może pewnego dnia dojrzejemy do wolności, ale póki co jesteśmy wiernymi czcicielami konformizmu, póki co rządzą nami tchórze, a kto wybiera tchórzy na swoich przywódców?…

*Autorką tytułu jest Lara: http://larainaction.blogspot.com/

Reklamy

Jakby tu nie o podróż chodziło

Kiedy opuszcza szlabany
wokół tarczy zegarka, zamykając granice
kolejnych państw, przez które przejeżdżamy tranzytem,
stawia ciemne pieczątki. Stuk metodycznie wbijanych

w ciało wiz wyjazdowych potrafi zabrzmieć czasami,
jakby tu nie o podróż chodziło, lecz o muzykę (…)

Maciej Woźniak

Absorpcja, klucz do podróży. Zdolność wchłaniania. W ciało wdziera się rozbuchany świat, napiera sensualnymi bodźcami na pory skóry, atakuje synestezjami…

Muzyka może nas uratować (pamiętasz?), to jasne.

Rano odpalam Veddera i zapominam. Zapominam, że zimno, że cholernie wczesna pora, że niewyspana, że Ameryka Południowa, że jeszcze cztery dni do weekendu. Zaczynam tańczyć w metrze i życie znów nabiera swego cudownie kruchego sensu.

Dobra muzyka jest jak kawa, jak zimny prysznic, jak narkotyk. Porusza, niepokoi, a przynajmniej wzbudza uśmiech. Po co się słucha muzyki, która nie wywołuje w tobie najmniejszych emocji? W seoulskim metrze o 7 rano niemal każdy ma słuchawki w uszach, malutkie, nowoczesne, cieniutkie kabelki podłączone do głowy. Ale czy kiwają się do jakiegoś rytmu, czy nucą cichutko, czy budzą się chociaż, czy z wyrazu ich twarzy można odgadnąć jakiego rodzaju muzyki słuchają? Nigdy. Czasami mam podejrzenie, że to nie muzyka sączy się im do uszu, ale jakieś odgórne rozkazy, cicha propaganda, rozkład dnia recytowany monotonnie jak mantra. Albo specjalne oprogramowanie dla robotów, które zachowały jeszcze fizjologię: wdech – wydech, wdech – wydech, wdech…

Przypomina mi się Wilk, który gdzieś tam, tysiące kilometrów stąd, nie mam pojęcia, co robi, ale mogę się założyć, że wariacka muzyka odpalona na pełny regulator bucha z rozgrzanych do czerwoności głośników, wylewa się skwierczącymi płomieniami i że on sam buja się do niej rytmicznie. Odchyla głowę do tyłu, śmieje się obłąkańczo,  śpiewa i tańczy konwulsyjnie, spazmatycznie.

I w tym jednym jego tańcu jest więcej życia niż w całym społeczeństwie koreańskim. Amen.

W istocie podróż jest absorpcją, procesem chemicznym, jak śmierć, jak miłość.

http://www.youtube.com/watch?v=Pj32yHdHtO4


Wszechświat jest szalony

Żyję w Seoulu,

mieszkam z Polką,

przygotowuję rewolucyjne akcje sztuk ulicznych z Hiszpanami,

oglądam on line zamieszki w Grecji, gdzie jeszcze niedawno też nosiłam maskę ochronną,

przyjaźnię się z Niemką,

tańczę tango argentyńskie,

pracuję z Amerykanami, Kanadyjką, Hindusami,

uczę po angielsku,

(nie wspominając już o państwie pochodzenia tych wszystkich produktów, które kupuję na co dzień;

potraw, które gotuję;

moich ubrań;

gazet, które czytam w Internecie

i ludzi, z którymi utrzymuję kontakt),

wszechświat jest szalony w swoim poczuciu humoru.


15.10. Viva la revolucion!

IF YOU DO NOT LET US DREAM,
WE WON’T LET YOU SLEEP

Wyjechałam z obozu rewolucji, ale karuzela obraca się nadal, coraz szybciej, coraz bardziej kręci się w głowie, coraz szersze kręgi zataczają metalowe łańcuchy.

15 października, dzień światowej mobilizacji oburzonych. Protesty odbyły się jednocześnie w 80 krajach, w 1000 miastach.

Seoul pod budynkiem City Hall demonstrował poparcie dla Wall Street Occupation i dezaprobatę dla fałszywej demokracji.

Ledwo wysiadam z metra, widzę niekończące się szpalery policjantów w żółtych odblaskowych kurtkach i to wystarczy, by w krwiobiegu, systemie nerwowym zaczęły tańczyć znajome dreszcze, wędrują do żołądka i tam urządzają własną, radosną rewolucję. Jestem tu znowu, w tym samym centrum zamieszania, choć tysiące kilometrów od Syntagmy. Szerokość geograficzna nie ma jednak najmniejszego znaczenia, wysyłam pozdrowienia dla greckiego obozu za pomocą mediów, docierają błyskawicznie, rewolucje zostają zjednoczone.

Lara i ja stajemy się ogólną sensacją, w jednej chwili oblepiają nas reporterzy, błyskają fleszami jak chmara świetlików, z każdej strony, już wiem, jak to jest być gwiazdą. Cóż, Lara ma blond dready i gdzie się nie pojawi, wzbudza zamęt, a ja jestem Fridą Kahlo. Co więcej, mamy bannery, jesteśmy „białe” i pełne zapału. Nasze zmarznięte ramiona zdobi ideologiczny body painting a my cierpliwie udzielamy wywiadów i pozujemy do zdjęć.

Dookoła aktywiści, sporo dziennikarzy, około 500 oburzonych. Wypatruję jakichś freaków, anarchistów, charakterystycznych squatersów, ale nic z tego. Gdy już jesteśmy przemoknięci i przemarznięci, na pakę ciężarówki z nagłośnieniem, spełniającą rolę sceny wdrapuje się grupka ludzi z wielkim żółtym bannerem SPANISH REVOLUTION. Nareszcie coś po angielsku! Jeden z chłopaków trzyma banner, w którym zakochuję się od razu:
IF YOU DO NOT LET US DREAM,
WE WON’T LET YOU SLEEP.

W ciągu paru minut plakat przechodzi na moją własność.

Główną przemowę wygłasza Argentyńczyk, cytuje Gandhiego (BE THE CHANGE YOU WANT TO SEE IN THE WORLD!). Miał przygotowaną mowę, ale w ostatniej chwili okazuje się, że może być na scenie tylko minutę, więc po prostu daje się ponieść emocjom.

http://www.youtube.com/watch?NR=1&v=pDggxCm6WGo

Pogoda jest w szatańskim humorze, deszcz leje jak szalony, początkowo ludzie chowają siebie i lampiony, które przynieśli, pod parasolkami, ale w końcu dają za wygraną i rozchodzą się do domów.

Martina, Pablo, Carlos, Emilio, Kyke są w Korei studentami i nie mogą się już doczekać, kiedy sprawdzą najświeższe wydarzenia z Puente del Sol.

Do południowej, gorącokrwistej ekipy dołącza Theresa z Niemiec, Daniel z Wielkiej Brytanii, Eric z Kanady, S.H.Kang z Korei i wszyscy razem idziemy na kolację.

Dyskutujemy o rewolucji do 7 nad ranem (co daje jakieś 11 godzin…).

Najpierw w barze, gdzie wypijamy ocean piwa i co chwilę wznosimy toast, wrzeszcząc na całe rozgorączkowane gardła: Viva la revolucion!; potem w metrze, gdzie dajemy obłąkańczy koncert i każdy po kolei gra na skrzypcach; następnie na placu zabaw, na dachu publicznej toalety, w podziemnej jaskini z transową muzyką… Tańczymy jak wariaci, zdejmuję buty jak zawsze wtedy, gdy muzyka staje się ze mną jednością na krótki i szczęśliwy moment. Po chwili wszyscy są boso.

Ustawiamy buty na schodkach pod konsolą DJa, Kyke wypisuje dla każdej pary tabliczkę ze sloganami rewolucji. Jest idealnie, a z każdą chwilą coraz lepiej. To się właśnie nazywa słoneczna krew, szalenie gorący temperament południa, esencja spontaniczności i celebracji codzienności, cóż za kontrast dla przemiłych, przesłodkich i kompletnie pozbawionych żaru Koreańczyków.

Gon Choi's photo.

W dodatku hiszpański brzmi niemal jak włoski i – pal licho logikę – czuję się jak w domu.

Przed świtem, gdy już padamy ze zmęczenia, przenosimy się do naszego, czyli  Lary, Kikiego i mojego mieszkanka. Mamy zamiar po prostu rzucić się na materac i oglądać z rzutnika film, ale zamiast tego kontynuujemy ogniste ideologiczne rozmowy nad miską zaimprowizowanego na szybko ryżu z serem i świeżą bazylią (od kiedy lodówka stojąca na tarasie zaczęła strzelać fajerwerkami, prawie nie miewamy w domu nic do jedzenia).

Za tydzień powtórka z rozrywki, przygotowujemy specjalną akcję protestacyjną.

Zdjęcia są tu: http://www.danbinews.com/news/articleView.html?idxno=1310