Monthly Archives: Listopad 2011

List dziękczynny. Czynny 24/h.

Na parterze pod moim poddaszem jest kawiarnia, gdzie filipińska para wypala organiczne ziarna pachnącej obłędnie kawy. Ściany PP Coffee wyklejone są pożółkłą gazetą. Nad schodami znajduję wiadomość, którą dedykuję kilku Wyjątkowym:

Dla Piotra za to, że tak po prostu uwierzył i sprawił, że ja uwierzyłam jeszcze bardziej.

For Lara and Kiki of course, coz without you I would not (like to) be here, for mixed karmas and for friendship which can survive total craziness and surrealistic normality.

Dla Pe, która przedziwnym sposobem zawsze ze mną podróżuje, bo jeśli z Tobą to oczy, po manowcach i po snach.

For Wolf, because you did not let me to stop my journey, lovely bastard…

And for this part-dart-being after my accident.

For Theresa since you became part of the light (project)…

For Babe Frida Dina Kahlo and George for neverending tenderness of irony and for action: Izrael. So it goes.

Dla mojej mamy za to, że jest taka dzielna i za to, że jak miłość z psalmu– wszystko znosi.

Dla Agi i Gabi, bo mam nadzieję, że pewnego dnia im pokażę  trochę świata (study your English, girls!)

Dla Marty za promyk dorzucony do mojej podróży!

For greek revolution, for peace fighters, with thanks for beautiful/meaningful time of my life;  follow the light and keep burning. LOVE!

Dla moich kierowców, gospodarzy, tych, co głosowali na moją wyprawę w konkursie Miej Odwagę i  dla każdego, kto współtworzy moją podróż, za poplątane drogi i za to, co powstaje na skrzyżowaniach.


I am so angry

najnowsze znalezisko na wysypisku Internetu

 

– Jestem taka wściekła, że aż zrobiłam znak

– Jestem taki wściekły, że aż poszedłem na demonstrację

– Jestem taka wściekła, że aż napisałam artykuł

– Jestem taki wściekły, że aż o tym głośno mówię

– Jestem taka wściekła, że aż narzekam

– Jestem taki wściekły, że aż podpisałem petycję

 

… Czy naprawdę to wszystko, na co nas stać?


I niech ktoś mi jeszcze powie, że pokojowe rewolucje nie działają

Rewolucja róż – pokojowe protesty, które w listopadzie 2003 doprowadziły w Gruzji do ustąpienia prezydenta Eduarda Szewardnadze i zastąpienia go przez prozachodniego reformatora Michaiła Saakaszwilego. Nazwa wzięła się od kwiatów, które trzymali w dłoniach zwolennicy opozycji, gdy wkraczali do parlamentu, domagając się ustąpienia prezydenta Eduarda Szewardnadzego.

 

• Purpurowa rewolucja – określenie wydarzeń, które miały miejsce w Iraku po obaleniu dyktatury Saddama Husajna. Określenie „purpurowa” pochodzi od koloru tuszu, jaki pozostawał na kciukach Irakijczyków jako dowód iż brali oni udział w pierwszych demokratycznych wyborach parlamentarnych w Iraku w 2005 roku.

Pomarańczowa rewolucja – protesty po wyborach prezydenckich na Ukrainie w 2004 w których w II turze zwyciężył Wiktor Janukowicz. Wyniki wyborów zostały zakwestionowane, zarówno przez zwolenników Wiktora Juszczenki na Ukrainie, jak i przez niezależnych międzynarodowych obserwatorów. W efekcie rewolucji prezydentem został Wiktor Juszczenko, a w nowo powołanym rządzie premierem została Julia Tymoszenko. Nazwa została nadana od pomarańczowego koloru, który był symbolem sztabu wyborczego Wiktora Juszczenki.

 

Cedrowa rewolucja – masowe demonstracje w Libanie (głównie w Bejrucie) po zamachu przeprowadzonym 14 lutego 2005, w którym zamordowano byłego premiera Libanu Rafiqa Hariri. 19 lipca 2005 władzę objął nowy rząd, którego premierem został Fouad Siniora. Liban stał się ponownie, po niemal 30 latach syryjskiej okupacji, w pełni wolnym państwem. Był to pierwszy w świecie arabskim masowy ruch demokratyczny.

 

Tulipanowa rewolucja – wydarzenia z marca 2005, które nastąpiły w wyniku protestu kirgiskiej opozycji. Skutkiem było obalenie prezydenta Askara Akajewa. Jego następcą został Kurmanbek Bakijew.

 

Niebieska rewolucja – nazwa przemiany społecznej w Kuwejcie po manifestacji sufrażystek w marcu 2005, które domagały się praw wyborczych. W maju 2005 rząd przystąpił na żądania kobiet. 

 

• Jaśminowa rewolucja – protesty mieszkańców Tunezji na przełomie 2010 i 2011 o charakterze społeczno-politycznym przeciwko złej sytuacji gospodarczej w kraju, bezrobociu, braku swobód obywatelskich i długoletniej władzy prezydenta Zin Al-Abidina Ben Alego. W ich rezultacie prezydent zrzekł się władzy i opuścił kraj.

 

Podziękowania dla Wikipedii

W 2008 r. Maria J. Stephan i Erica Chenoweth wydały analizę podsumowującą skuteczność nieposłuszeństwa obywatelskiego porównując efekty do tych osiągniętych przemocą. Po przejrzeniu ponad 300 przypadków, w latach 1900-2006 okazało się, że pokojowe manifestacje były dwukrotnie bardziej skuteczne niż ich agresywne odpowiedniki.

 

Ps. Znalezione dziś:


pocztówki z Seoulu

Błogosławiony ciężar aparatu w ręce! Zdjęcia z niewiarygodnego Seoul Lantern Festival już wkrótce! Spodziewajcie się imponujących  pawi, ziejących ogniem i machających wachlarzami ogonów; Supertrójcy – Batmana, Supermana i Spidermana w jednym czerwono-niebiesko-czarnym komplecie; tajemniczego pływającego ogrodu i wiele, wiele więcej. A wszystko to zrobione ze światła!

Póki co parę impresji seoulskich, puzzli (pod)różnych, fragmentów świata.

Pocztówka nr 1
Korea nie uderza gorącą falą ekscytacji, gorączką ekstremalnych różnic, nowym światem. To raczej tło industrialne, na pierwszy rzut oka przerażające swoją wielkomiejskością za wszelką cenę, ale po jakimś czasie można nauczyć się podziwiać kalejdoskop świateł, neonowe niebo, które ma tę zaletę, że jesteś w samym jego centrum, a nie daleko w dole.

 
I nagle doznaję olśnienia – Seoul jest Różą! Nie byle jaką różą, ale Różą Saint-Exupery’ego. Próżną i zdystansowaną, ale przecież cała zabawa polega na oswajaniu. Na docieraniu do czerwonych płatków, nawet jeśli trzeba sforsować po drodze trochę kolców. W końcu alternatywne miejsca właśnie dlatego są ALTERNATYWNE, że trzeba je dla siebie odkryć, zdobyć.

 
Pocztówka nr 2
Moje przyjęcie powitalne w Seoulu odbywa się u Moona. To pokrętny pępek wszechświata, wioska znajdująca się właściwie w centrum miasta, z widokiem na księżyc, mrugające z wcale niedaleka blokowiska, dachy domków skleconych z byle czego pod nami, kościół i góry. Lara zaprasza najbardziej pokręconych tubylców, żebym poczuła się jak w domu (…). Co w tym akurat wypadku oznacza jak w Sopocie.

 
Siedzimy całą noc na zewnątrz, w ogrodzie, w którym zamiast kwiatów rosną lustra. Dom Moona to Absolutna Kraina Czarów, porozstawiane wszędzie dziesiątki zwierciadeł łapią słońce i rozpraszają je po barwnych pokojach, gdzie nawet do ścian można się przytulić, bo wszystkie, łącznie z sufitem obite są miękką, wypukłą pianką, która wycisza nawet transową, ustawioną na pełny regulator MUZYKĘ! Czarne, uginające się pod dotykiem ściany to tylko tło dla mnóstwa małych obrazków, pamiątek, plakatów, zdjęć, mandali, transcendentalna galeria nirvany. Taki dom, w którym jest tyle dobrej energii, że choćbyś rozszerzał co sekundę oczy z niepohamowanego zdumienia, natychmiast czujesz się u siebie.

 
Następnego dnia wybieramy się z wizytą do buddyjskiej świątyni. Po drodze znajduję walizkę. Jest piękna, jakby z wężowej skóry, z miejscem wyprofilowanym na saksofon. Moon pomaga mi ją nieść, wsiadamy do metra i nagle ugina się pod wyimaginowanym ciężarem, twarz mu tężeje. Z najpoważniejszą, przejętą miną, kładzie sobie delikatnie walizkę na kolanach i pilnuje w skupieniu jakby w środku znajdował się skarb o właściwościach przewrażliwionej bomby. Obserwujemy dyskretnie ludzi, czy zareagują na tę bezczelną prowokację. Gdybym go nie znała, byłabym święcie przekonana, że ten wytatuowany facet planuje lada moment terrorystyczny atak.

 
Nikt jednak nie zwraca na nas uwagi, w Korei nie wypada mieszać się w nieswoje sprawy, nawet jeśli nietwoja sprawa ściska w rękach tykającą twoją śmierć.

 

Świątynia położona jest na wzgórzu, trzeba się wspiąć pod stromą ścianę, na łonie natury postawiono Buddzie pomnik i składa się mu ofiary z otwartych napoi i jedzenia. Mnisi przygotowują Chuseok, są niewiarygodnie zajęci gotowaniem olbrzymich ilości jedzenia, z których podobno większość po spełnieniu roli daniny zostanie wyrzucona. (…)

 
Następnie jedziemy obejrzeć cyrk, a właściwie pokaz akrobatyczny. Moon trzy razy zmienia zdanie co do godziny rozpoczęcia spektaklu i w końcu docieramy, gdy jest już po wszystkim. Tylko ostatnie stoisko z jedzeniem właśnie się sprząta, dostajemy za darmo placek z cukinią.

 
Pod wpływem niekończących się rozmów o szaleństwach i sztuce, zakładamy spontanicznie zespół muzyczny. Właściwie trupę teatralną. Czy też może raczej grupę artystów body paintingu… Projekt wygląda tak: muzycy grają na instrumentach… namalowanych na ciele. Teo ściąga koszulkę, żebyśmy mogli go przerobić na gitarę, jej gryf namalowany jest na twarzy. Moon bierze w ramiona chudziutkiego Teo i rzuca się po „scenie” w dzikim szale, szarpie „struny” zębami, robi ślizgi i sztuczki rodem z koncertów najbardziej szanujących się hardcore’owców. Lara jest pianinem, zdejmuje bluzkę i maluję jej czarno-białe klawisze na plecach. Klęka na czworakach, a ja gram, jakby od tego zależały losy świata.

 
Podczepiamy się pod ulicznego gitarzystę, który ma całkiem niezłą publikę, ale gdy tylko zaczynamy szoł, natychmiast cała grupka przerzuca się na nas. Jako bonus Lara wyciąga poje i podpalamy je, fire show niezmiennie budzi w Azji łatwą sensację.

 
Potem idziemy do nas na dachową imprezę w basenie, między praniem rozwieszamy prześcieradło i wyciągamy na zewnątrz projektor. Otwieramy okno w łazience i próbujemy miską napełnić basen nieco cieplejszą wodą niż ta, która płynie z węża. Marznąc w strojach kąpielowych oglądamy azjatyckie filmy walki, wojownicy fruwają między moimi i Lary sukienkami i stanikami.

 
Pocztówka nr 3
Moja pierwsza miloga w Seoulu. Zaczyna się od czegoś, co nazywamy z przyjaciółmi uśmiechem wszechświata, czy też jego puszczaniem oka. Zgadzamy się, że to „traveler’s mind” sprawia, że świat mruga do ciebie często i figlarnie.

 
Milonga odbywa się w dzielnicy, która stanowi esencję mojego europejskiego myślenia o Seoulu – przechodnie w nieskazitelnie odprasowanych garniturach (mimo że jest godz. 22) i wszystko neonowe, krzykliwe, nachalnie wielkomiejskie. Gubię się oczywiście. Wreszcie zaczepiam jakąś elegancką, śliczną kobietę i pytam o El Tango. Wybucha radosnym, brzęczącym śmiechem, bierze mnie pod rękę i objęte jak para z długoletnim stażem idziemy dalej razem. Rozmawiamy o tańcu, wymieniamy fascynacje, inspiracje, w końcu pytam, dlaczego tak ją rozbawiło moje pytanie. Och, widzisz, jestem właścicielką, odpowiada z tym swoim słodkim uśmiechem.

 

Milongi są codziennie, w dodatku posegregowane tematycznie na style, jest nawet „dzień seniora”, większość stron i informacji dostępna po angielsku.
Tango pochodzi z Argentyny, więc zasadniczo nie powinno różnic się za bardzo w Europie czy w Azji. A jednak. Tę słynną koreańską grzeczność można też doskonale odczuć w stylu prowadzenia. Przyzwyczajona do charakternych partnerów, którzy miotają kobietą po parkiecie, początkowo czuję się kompletnie zagubiona w miękkiej, ledwo wyczuwalnej wersji prowadzenia Seoulczyków. Ich komunikacja w parze jest niewiele bardziej wyraźna niż oddech, tak subtelna jakby chcieli porozumiewać się jedynie za pomocą myśli, bez dotyku.

 
Pod koniec milongi wypatruję nareszcie kogoś, kto tańczy nuevo. Rzucam mu spojrzenie i po chwili już obejmujemy się na parkiecie. Mam aż ciarki na plecach z radości, bo łapiemy w mig kontakt i wywijamy jak szaleńcy, gramy w tangowe klasy, prowokujemy nagłe zmiany akcji, nieoczekiwane, jakby filmowe spowolnienia, przyspieszenia powodujące o zawrót głowy. O to chodzi w tangu. O zapomnienie o bożym świecie, o godzinie, o ostatnim metrze…

 
Co takiego?? Ostatnie metro?! Właścicielka El tango podskakuje przejęta jak mała dziewczynka, klaszcze w szczupłe rączki i krzyczy: run, Katrina, run!! Wrzucam szybko szpilki do torby i biegnę, biegnę, a nogi niechcący wystukują jeszcze rytm ostatniego tanga.

 
Pocztówka nr 4

Pościągałam do domu (do domu w Seoulu, choć wciąż łapię się na nagłych przypływach zdziwienia, zatrzymaniach w pół kroku na przejściu dla pieszych i wybuchaniu niepohamowanym śmiechem – „mieszkam” w Seoulu, dobre sobie!) wielkie lustra znalezione na ulicy. Maluję teraz na nich ażurowe obrazy, w których można się przejrzeć, dosłownie. Eksperymentu sztuki nomadycznej ciąg dalszy – szyba nie wchłania kolorów, można przemalowywać, ścierać i zaczynać od nowa w nieskończoność. Co więcej, każdy kto znajdzie się w okolicy, ląduje w kadrze i staje się chcąc nie chcąc częścią obrazu. Malując, patrzę sobie prosto w oczy, jakbym rzucała wyzwanie, jakbym skakała w przepaść.

 
*
Czytam o sztuce ulicznej, pośród spektakularnych graffiti, wielkich instalacji i zjawiskowych flash mobów trafiam na niepozorną karteczkę o niewiarygodnej sile przekazu:

 
http://www.google.pl/imgres?q=love+street+art&um=1&hl=pl&sa=N&biw=1024&bih=475&tbm=isch&tbnid=dZUzJyAEPmlZ3M:&imgrefurl=http://www.streetartutopia.com/%3Fp%3D1184&docid=Ko_34EAZxfhZjM&imgurl=http://www.streetartutopia.com/wp-content/uploads/2011/02/street_art_9_love.jpeg&w=650&h=405&ei=J6K1TveuDIWeiAeewazlAQ&zoom=1&iact=rc&dur=499&sig=104413949638814696085&page=4&tbnh=109&tbnw=146&start=34&ndsp=12&ved=1t:429,r:11,s:34&tx=47&ty=45

 

 

Pomysł zachwyca mnie na tyle, że postanawiam podzielić się nim z Seoulczykami. Rozplakatowuję zielone karteczki z napisem: love. Take as much as you need. W miejscu, gdzie odrywa się zwykle nr telefonu, tym razem widnieje po prostu: love. Mężczyzna na stacji metra podchodzi i podejrzliwie zagląda pod spód każdej z małych karteczek, szukając podstępu, numeru kontaktowego, strony www, czegokolwiek znajomego, logicznego. Chyba jest lekko rozczarowany, gdy odchodzi. Następnego ranka po kartce nie ma śladu, miłość została skrupulatnie posprzątana przez obowiązkowe służby porządkowe dworca Hapjeong.

 
Pocztówka nr 5

Zasypiamy z Larą po szalonym, intensywnym dniu, kiedy Kiki puszcza nagle na rzutniku nad naszym materacem filmik z hipnotyczną muzyką i wizualizacją wszechświata. W jednej chwili otaczają nas gwiazdy, planety, koronkowe wzory konstelacji, cały pokój przemienia się w bijące rytmicznie serce kosmosu, fruwamy ponad wszystkimi rewolucjami świata, śnimy ponad matriksami.

 

Kołysanka na świetliste sny:

(w drodze wyjątku, później już będą tylko wake-up calls)

http://www.youtube.com/watch?v=WMTfT5GC2oQ&feature=autoshare

(koniecznie wyobraź sobie tę animację w skali sufitu, pokoju, horyzontu)


Muminek robi rewolucję, czyli jak pokonać Bukę

Ostatnio ten blog przypomina raczej „dookoła rewolucji” niż „dookoła światła”, ale projekt (patrz: Nomadka) nie zniknął ani na moment z mojej listy priorytetów. Teraz może nawet ma jeszcze większe znaczenie. Dziś w Seoulu zaczyna się festiwal latarni, odbieram też pierwszą wypłatę za swoją działalność wywrotową w szkole chrześcijańskiej, więc będę mogła kupić nowy obiektyw.

 
Wtedy – zobaczyli Bukę. Zobaczyli ją wszyscy. Siedziała nieruchoma przed schodami na piaszczystej ścieżce i patrzyła na nich okrągłymi oczami bez wyrazu.
Nie była szczególnie duża i nie wyglądała groźnie. Czuło się jednak, że jest ogromnie złośliwa i że potrafi tak siedzieć i czekać w nieskończoność. I to było straszne.

 
pierwsze spotkanie z Buką
W dolinie Muminków” Tove Jansson

 
Żeby zwyciężyć Bukę, Muminek co wieczór wynosił na brzeg morza małą lampkę naftową. Buka była o wiele większa od muminkowego rozmiaru i straszna, ale miała smutne oczy, a noce były już takie zimne!

 
Podczas ostatniej demonstracji pod City Hall, zaproszono nas na scenę, byśmy powiedzieli parę słów otuchy do protestujących Seoulczyków. Wyszliśmy związani sznurem, 10 osób, oślepiający reflektor, mikrofon z zaskoczenia lądujący w moich spętanych dłoniach. Rozglądam się dookoła, nie widzę twarzy tylko morze małych latarenek i zaczynam mówić swoją ledwo słyszalną chrypką (zapalenie gardła to choroba tego miasta): Dobry wieczór Seoul. Przyjechaliśmy z różnych miejsc świata, wspieramy dziś Wall Street Occupation, ale tak naprawdę wspieramy wszelkie objawy pokojowej rewolucji, gdziekolwiek by się nie odbywały. Są wśród nas ludzie z hiszpańskiego Puerta del Sol, Niemka, Argentyńczyk, Brazylijczyk, Kanadyjczyk, Amerykanie, ja jestem z Polski, ale przez parę miesięcy mieszkałam w greckim obozie demonstrantów, miasteczku namiotowym przed parlamentem. Teraz jesteśmy tutaj, by pokazać, że to sprawa globalna. Dziękuję za te świeczki, które przynieśliście, bo z nich właśnie możemy zaprószyć i rozdmuchać wielki ogień.


Od tego małego płomienia, który Muminek zapalał dla Buki, udało się stopić lód jej serca i przestała wreszcie zamrażać wszystko, co stanęło na jej drodze. Wielka Buka, postrach całej Doliny Muminków i wszystkich dzieci, została pokonana jednym małym światełkiem i odwagą Muminka.

Bajki są super.


Postscriptum do Matriksa. Czerwona pigułka.

 

Co to znaczy: „prawdziwe”? Jak możesz zdefiniować „rzeczywistość”? Jeśli mówisz o tym, co możesz poczuć, co możesz powąchać, spróbować lub zobaczyć, to rzeczywistość jest tylko elektrycznymi impulsami interpretowanymi przez twój mózg.

 

O 7 rano ze stacji metra wylewa się czarna armia. Zastępy gotowych do pracy w nieśmiertelnych uniformach garniturów Koreańczyków. Szkliste, niewidzące oczy i, rzecz jasna, pośpiech. Mam ochotę wywiesić transparent: WITAMY W MATRIKSIE, TWOJA KORPORACJA DZIĘKUJE, ŻE RÓWNIEŻ  DZISIAJ ZDECYDOWAŁEŚ SIĘ SPRZEDAĆ NAM SWOJĄ DUSZĘ (…)

 

How deep the rabbit hole goes

Jak się robi pranie mózgu?

Pracuję teraz w szkole chrześcijańskiej, początkowo miałam być nauczycielką angielskiego, później wiedzy o społeczeństwie, ostatecznie przedziwny zbieg okoliczności sprawił, że uczę… historii, w dodatku opartej na Biblii. Każdy, kto mnie zna, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że to mistrzostwo paradoksu. Postanowiłam więc zostać wewnętrzną rewolucjonistką.

W każdym podręczniku co kilka stron widnieje przypomnienie o tym, że najwyższą cnotą jest „being obey”, czyli posłuszeństwo. Z przyjemnością  zamazałabym markerem wszystkie te ideologiczne fragmenty, zamiast tego jednak opowiadam dzieciakom o Buddzie, armii Gandhiego, puszczam Marzyciela i Pippi Pończoszankę, każę biegać po ławkach w poszukiwaniu nowych punktów widzenia, śledzić Wall Street Occupation jako pracę domową, rozdaję mandale.

Ostatnio dyrektorka mojej szkoły znalazła jedną na podłodze i wezwała mnie do siebie na „rozmowę”. Okrągłe naklejki z kwiatem pośrodku to wizytówka etno zespołu SuriSuri MahaSuri (patrz: Żyjemy w globalnej Korei Północnej), wykorzystałam je na lekcji jako punkty w jakiejś grze. Mandala jest transcendentalnym symbolem przemijania, popularnym w buddyzmie, hinduizmie, ale znacznie bardziej filozoficznym niż religijnym. Okazuje się, że „takich rzeczy” nie wolno pokazywać małym chrześcijanom. Na moje pytanie o tolerancję (ja też chodziłam do katolickiej szkoły, ale mieliśmy lekcje o podstawach islamu, hinduizmu, buddyzmu. Trudno udawać, że wielkie religie, funkcjonujące na całym świecie po prostu nie istnieją) słyszę, że tak, oczywiście, oni ROZUMIEJĄ tolerancję, ale nie w naszej szkole. Na prośbę o nieafiszowanie się z tego rodzaju symbolami, kiwam głową ze zgrozą i zbieram swoje zabawki z biurka, na wierzchu sterty książek leży laptop (serdeczne pozdrowienia dla Piotra!), dokładnie na wysokości twarzy mojej szefowej, dopiero po wyjściu z biura zauważam, że na samym środku widnieje przedmiot sporu, zapomniałam, że nakleiłam mandalę także tutaj…

Chyba punkt dla mnie, zataczam się ze śmiechu, gdy wchodzę do pokoju nauczycielskiego i trochę w ramach prowokacji na pytanie co się stało odpowiadam zgodnie z prawdą. Próbuję wydobyć z chłopaków jakąkolwiek opinię na ten temat, ale wykręcają się, że nie wiedzą, co mandala symbolizuje. Jak możecie nie wiedzieć, jesteście z Indii i studiujecie na czwartym roku teologii?!, wściekam się.

Jeszcze trochę i, cholera, zacznę medytować.~

Przesadzam? Nie warto dopatrywać się w drobiazgach śladów większej ideologii? Z szczegółów tworzyć jak puzzle obraz świata?

Niewiedza to błogosławieństwo.

Weź niebieską pigułkę, a historia się skończy, obudzisz się we własnym łóżku i uwierzysz we wszystko, w co zechcesz. Weź czerwoną pigułkę, a zostaniesz w krainie czarów i pokażę ci, dokąd prowadzi królicza nora.

Nawet ten cały Matrix jest grą przecież i jeśli podrygujesz do sobie tylko znanego rytmu, przeskakując po trzy stopnie, masz szansę się wymknąć, może nie uciec definitywnie, ale zwagarować na jakiś czas, zaczerpnąć świeżego powietrza i niepokornie wrócić na moment, rozegrać partię raz jeszcze, od początku, na przeobrażających się z zawrotną prędkością zasadach.

Czasem mam wrażenie, że wystarczyłoby zmienić tylko kasetę, przestawić stację w radio, by muzyką wyzwolić tych, którzy nie wiedzą nawet, że są niewolnikami.

Jeśli nie masz pojęcia, o czym ja tu do cholery piszę, mają cię.

Wake up, Neo.

Koreańczycy zasypiają zawsze i wszędzie. Wiecznie przemęczeni, letargiczni.

Minęła połowa semestru, muszę wypisać opinie o uczniach, dostałam od dyrektorki ściągę, przykłady raportów z poprzednich lat. Niemal przy każdym uczniu znajduje się adnotacja: permanentnie śpiący, zmęczony, apatyczny.

 Bogowie, te dzieciaki mają kilkanaście lat, powinny tryskać energią, życiem, psocić, broić i rozrabiać. Tymczasem „sukces wychowawczy” (sic!) polega na tym, że czytają Biblię, śpiewają religijne pioseneczki i oglądają reality show (wcale nie chrześcijańskie). Zasługą Naszego Wspaniałego Systemu, dzieci są grzeczne i POSŁUSZNE, idealnie przystosowane, zindoktrynowane. Alleluja, amen.
Welcome to the real world.

W „rzeczywistości” Korea w całej tej historii jest tylko scenografią bez znaczenia, Matrix jest wszechobecny, w każdym jego nosicielu i nie ma ucieczki, tu to po prostu trochę lepiej widać.

Nie pozwól sobie zrobić z siebie niewolnika. Właśnie tak, nie: nie pozwól IM zrobić z ciebie niewolnika, ale nie pozwól sobie na moment nieuwagi, zmęczenia, gdy zgadzasz się na cokolwiek, byle tylko mieć spokój.

Co komu po telefonie, skoro nie może mówić?

Pozwolą ci pozostać „niezależnym”, jeśli robisz coś kompletnie nieznaczącego, albo: jeśli oni nie zdają sobie sprawy jak ważne jest to, co robisz.

W drodze do szkoły mijam osobę kierującą ruchem, stoi w przebraniu w stylu anime, kolorowe wdzianko, krótkie ogrodniczki i kontrastujące rajstopy, mały azjatycki tułów i wielka, nieproporcjonalna pluszowa głowa z charakterystycznymi kółkami wiecznie zdziwionych oczek i kreską umownych ust.

Praca, która co dzień wygląda podobnie i nie ma w sobie za wielkiego potencjału. Jest wczesny ranek, ja jeszcze sączę swoją kawę orzechową, ale ona (po nogach można sądzić, że to kobieta, orzeka autorytarnie mój znajomy, żonaty, więc może się zna) za każdym razem, gdy ją widzę, tryska optymizmem i energią. To, co wyprawia na swoim skrzyżowaniu, to bez wątpienia taniec, podryguje, podskakuje, macha radośnie małymi rączkami, schowana za poduszkową twarzą odprawia rytualną choreografię nowego dnia (i czy to przypadek, że tradycyjny taniec koreański Talchum też jest tańczony zawsze w maskach?).

Follow the white rabbit.

 

 

Śródtytuły pochodzą z Matrixa.