Monthly Archives: Grudzień 2011

Pogrzeb tabu

Ze względów bezpieczeństwa narodowego w Korei Południowej nielegalne jest wypowiadanie jakichkolwiek pozytywnych opinii na temat Korei Północnej.

To rzeczywiście działa, o Korei Północnej nie wspomina się wcale.

Społeczeństwo coraz negatywniej odnosi się do idei zjednoczenia. Biedna część północna zahamowałaby szaleńczy rozwój gospodarczy południa.

Jak każde tabu tak i to ma szczelinę.

Jako idealną platformę reklamową postanowiłyśmy wykorzystać typowy element azjatyckiego ubioru, czyli chirurgiczną maskę, stosowaną tutaj powszechnie do ochrony przed zarazkami, zanieczyszczeniem, wirusami.

Zaczepiałyśmy ludzi w kawiarniach, na ulicy i opowiadałyśmy im, o czym jest projekt. Zdumiewające jak długie i głębokie dyskusje można odbywać używając jedynie dyplomatycznych formuł, zdań neutralnych, sentencji-kluczy, niedopowiedzeń.

Założenia maski odmówiły trzy osoby, dwie bez podania przyczyny, jedna, a właściwie jeden odkupił swoją odmowę historią, jakich wiele na wojnie. Jego rodzina uciekła z Korei Północnej.  On urodził się już jako obywatel Korei Południowej i jako taki zobowiązany był odbyć przymusową, dwuletnią służbę wojskową. Wewnętrzna walka tożsamościowa nabrała nowego wymiaru. 730 dni studiowania nienawiści do twoich przodków z bronią w ręku.

Po odbyciu służby wyjechał do Japonii, nabrać dystansu. Ostatecznie wrócił do Korei Płd., wciąż się zmaga z tym tematem

.

Projekt „I love the North” – pomysł  i wykonanie: Theresa Seraphin,

fotografia i wykonanie: Katrina Dybżyńska


Straszne rzeczy jeszcze straszniejsze


Jak ma się zamknięte oczy, straszne rzeczy wydają się jeszcze straszniejsze.

Ryjek, zaraz po powrocie z wyprawy do Obserwatorium.

Kometa nad Doliną Muminków”  Tove Jannson

 

Straszne rzeczy:

Fenomen, którego naukowcom nie udało się dotąd wyjaśnić:

Uwaga! Obserwuje się ostatnio rozprzestrzeniającą się w zastraszającym tempie epidemię tajemniczej choroby. Nikt nie jest bezpieczny.

Osoby dotknięte tym wirusem funkcjonują w stanie nieświadomości. Oczy mają otwarte, więc możliwe jest omijanie przeszkód, jednak reakcje mogą być powolne, albo może nie być ich wcale. Cierpiący na tę niezbadaną przypadłość najczęściej nie zdają sobie z niej sprawy. 

Zaburzenie wiąże się z niedojrzałością centralnego układu nerwowego. Dosyć często występuje u dzieci i w takiej formie uznawane jest za niegroźne. Występujące regularnie u dorosłych jest już chorobą. Chorzy mogą wyrządzić sobie wiele szkód, a także zagrozić innym ludziom, jednak nie mogą w związku z tym być pociągnięci do odpowiedzialności karnej.

Naukowcy badający zjawisko w ostatnich latach sądzą, że rozwój zaburzenia jest związany ze specyficzną zmianą określonych genów. Aktywizowanie się zmodyfikowanych genów może paraliżować działanie centralnego układu nerwowego, co nie pozwala organizmowi na pełne przebudzenie. Charakterystyczną cechą u zainfekowanych są hiperaktywne fale delta, a to oznacza sen nadmiernie, patologicznie wręcz głęboki. Skuteczną metodą opanowywania epizodów zaburzenia jest spłycanie snu. Sam mechanizm, który powoduje, że śpiący ludzie wychodzą z łóżek, nie jest jeszcze niestety znany.

 

(na podstawie Wikipedii i http://hotnews.pl/artnauka-334.html)

 

Czy nie jest lekko niepokojące, gdy tej samej deskrypcji można użyć do opisu somnambulizmu i kondycji współczesnego społeczeństwa?

Dobranoc.


Być jak komar

Czy nikt jej nie powiedział, że wojny nie są dla dziewczynek?

 

Jeden z najbardziej przerażających symboli Korei Północnej, pojawiający się w każdym dokumencie nakręconym ukrytą kamerą, to nie warunki wjazdu do „Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej” dla turystów, recytowane na granicy przez uśmiechniętego przewodnika-stróża, który nie spuści cię z oczu ani na sekundę, gdzie najwyższą zbrodnią jest rozmowa z tubylcami; nie propagandowa historia w muzeum, gdzie za zadanie pytania ląduje się na wielogodzinnym przesłuchaniu polegającym na profilaktycznych groźbach (jeśli będziemy mieć taki kaprys, możemy cię stąd po prostu nie wypuścić, Korea to samotna wyspa na oceanie obojętności, oddzielonym na dodatek siedmiometrowym murem); nie obowiązkowy ukłon przed „wodzem”; ale kobieta kierująca ruchem.

Stoi pośrodku gigantycznego skrzyżowania na sześciopasmowej  autostradzie, betonowej pustyni, gdzie nie przejeżdża żaden samochód i obraca się rytmicznie, wymachując bez przerwy, monotonnie, jednostajnie rękami. Wygląda zupełnie jak baletnica ze starych pozytywek, kręci się w kółko i ma tak samo porcelanową twarz, z do złudzenia przypominającymi namalowane, pustymi oczami.

 

http://www.ekino.tv/film,Wakacje-w-Korei-Polnocnej-Mes-vacances-en-Cor%C3%A9e-du-Nord-2010-Lektor-PL,25360.html

*

Ale ta śmieszna dziewczynka, czy rzeczywiście łudzi się, że jest w stanie zrobić cokolwiek przeciwko takiemu gigantowi, jakim jest zło? Tylko popatrz, nawet „zło” brzmi tak doskonale naiwnie, do bólu dziecinnie.

Nie pójdzie na wojnę w swojej czerwonej, krótkiej sukieneczce i z aparatem fotograficznym zamiast karabinu (którego pewnie nie byłaby nawet w stanie utrzymać). Ma tylko słowa, żadnych cięższych pocisków. Dlatego postanowiła być jak komar. Jak komar, którego można zgnieść bez trudu jednym palcem, który ma tylko dwa małe denerwujące skrzydełka do obrony przed całym nielubiącym go światem?

Komarem, który bzyczy nad uchem i nie pozwala spać.


Bądź realistą, domagaj się niemożliwego. *

A petition is a poem and a poem is a petiton…
The Dreamers

Dzisiaj będziemy zmieniać świat, oznajmiam dzieciakom, wchodząc rano do klasy. Patrzą na mnie z zainteresowaniem, ich wzrok wyraża coś w rodzaju: aha, teacher is again getting crazy. Wyciągam foldery Amnesty International i tłumaczę, co to znaczy maraton pisania listów, więźniowie sumienia oraz gwałt (zastygają w niemym szoku, gdy najnaturalniej w świecie pada z moich ust  słowo: sex, tak jakby przez całe życie używali wyłącznie określeń typu sam-wiesz-co czy też: poznali-się-w-sensie-biblijnym; aczkolwiek nie użyłabym tego wyrażenia w odniesieniu do gwałtu).

 
Podchodzą do tematu entuzjastycznie, chcą napisać do Obamy i do koreańskiego parlamentu, żeby politycy przestali się wreszcie kłócić. Esther rysuje serduszka na swojej kartce i wypisuje cytaty z Biblii, Joanne próbuje nawrócić niewinnego więźnia na chrześcijaństwo, bo wtedy Panbóg mu pomoże, Nadanniel przyrzeka się modlić, aż do czasu rozwiązania sprawy, tylko Jason jak zwykle jest śpiący i pyta, czy jeden list wystarczy, bo jemu jest ciężko pisać po angielsku. Z najniewinniejszym na świecie, słodkim uśmiechem mówię, że oczywiście, choć czy zdaje sobie sprawę jak to interesująco brzmi, że jemu jest ciężko (!) napisać parę zdań w porównaniu ze spędzeniem pod jakimś absurdalnym pretekstem kilku miesięcy lub lat w więzieniu przy poniżającym traktowaniu i szeregu wyrafinowanych represji? Ja mogę o tych torturach coś więcej opowiedzieć… Jego wiecznie półprzymknięte azjatyckie oczy rozszerzają się błyskawicznie:

Can you pass me the next sheet of paper, teacher?

No dobra, jestem terrorystką.
Ale o czym to ja chciałam napisać… Aha! Jakby komuś nie było zbyt ciężko to tu jest link do strony z adresami, pod które można wysyłać listy:

http://maraton.amnesty.org.pl/

 

Serduszka też można rysować, no bo co w końcu, doprawdy.

 

*hasło rewolucji francuskiej’68.


Szeherezada. Baśnie krótkich, nieprzespanych nocy

Jeszcze chwilę temu nie miałyśmy pojęcia, że takie państwo istnieje. Teraz jednak okazuje się, że po prostu MUSIMY tam pojechać. Zagubione Królestwo woła nas z nieodpartą siłą, coś tu fascynująco nie pasuje (i my, rzecz jasna, dowiemy się, co) – łatwy dostęp, tanie bilety, zapierająca dech w piersiach przyroda i brak zdjęć, relacji, poradników turystycznych? Podejrzane, czyż nie? Czujemy się jak pionierzy, odkrywcy nowych ziem i niezbadanych planet. Gorączkowo poszukujemy jakichkolwiek informacji, zaczepiam ludzi, wyszperanych na couchsurfingu, pracujących tam jako nauczyciele angielskiego. Rzekomo jedyną przyczyną braku popularności tego kraju jest… jego przeraźliwa nuda. Podobno po trzech dniach można zwariować, bo tam po prostu nic nie ma. Czyżby?

Czytamy gdzieś, że trzeba osobiście ubiegać się o wizę w ambasadzie w Malezji  na podstawie świadectwa urodzenia i specjalnego dokumentu potwierdzającego narodowość, a i tak  pozwolenie na wjazd zależy od kaprysu sułtana. Po wnikliwych badaniach okazuje się jednak, że to bzdury (choć Izraelczycy z jakiegoś powodu nie mają wstępu do Brunei).

Obywatele większości krajów UE do 15 – 30 dni, w zależności od narodowości, mogą swobodnie (choć co oznacza „swobodnie” w państwie szariatu*?) przebywać na terenie  Brunei Darussalam w celach turystycznych.

Dobra, wiemy już, że najprawdopodobniej damy radę wjechać do tego tajemniczego królestwa, można bookować! I tu pojawia się problem, bo przy biletach, które jeszcze kilkanaście minut temu kosztowały 60 euro, teraz pojawia się absurdalna cyfra 500. Wpadamy w panikę.

Wreszcie udaje nam się kupić je po starej cenie, ale nie w terminie świątecznym, a w połowie stycznia, kiedy to miałyśmy wędrować po Malezji. Któż jednak dba o Malezję, gdy do odkrycia jest sułtański pałac w zamieszkanym przez dzikusów lesie deszczowym?

Tym sposobem w ciągu moich dwóch tygodni wakacji zwiedzamy: Brunei, potem szybko malezyjskim lądem do Tajlandii, spotkanie z Hiszpanami, świątynia zbudowana z tysięcy zrecyklingowanych butelek, tygrysy, słonie i lot z Bangkoku z powrotem do Seoulu, prosto z lotniska do szkoły. Zabawa z kupowaniem lotów i czytaniem wszystkiego, co się da o Brunei (po niemiecku, polsku i angielsku), zajmuje nam całą noc. Śpię jakieś 2 godziny, spóźniam się do szkoły po raz kolejny w tym tygodniu i co chwilę wybucham śmiechem.

 

* Szariat (arab. شريعة – szari’a(t) – droga prowadząca do wodopoju) – prawo kierujące życiem wyznawców islamu. Islam nie uznaje rozdziału życia świeckiego i religijnego, dlatego reguluje zarówno zwyczaje religijne, organizację władzy jak i codzienne życie muzułmanina.

 

Zyskujemy nowe słowo na określenie surrealizmu. Od czasu do czasu patrzymy na siebie i wykrzykujemy ze zdumieniem: Brunei! To nasze nowe powitanie, pożegnanie, przecinek, uniwersalny zastępnik tego, co do tej pory było po prostu „crazy”.


Mind the gap

Dziwna rzecz z tymi rzekami i drogami – rozmyślał Ryjek. – Widzi się je, jak pędzą w nieznane, i nagle nabiera się strasznej ochoty, żeby samemu też się znaleźć gdzie indziej, żeby pobiec za nimi i zobaczyć, gdzie się kończą.

Kometa nad Doliną Muminków

Dlaczego wybieram miejsca, których nie rozumiem?
Mieszkałam w Belgii, Grecji (dwukrotnie), teraz w Azji. Do tej pory nie umiem porozumiewać się po niderlandzku, po grecku bardzo chaotycznie, a zamiast koreańskiego uczę się hiszpańskiego (następna planowana destynacja: Buenos Aires, czyli kontynuacja reguły)…

Dlaczego prócz różnic kulturowych dokładam sobie jeszcze barierę językową, czyli niemożność: zaczepiania ludzi na ulicach, podsłuchiwania rozmów w publicznym transporcie (doprawdy, mało co bywa tak inspirujące), kontaktu ze starszymi ludźmi, uczestniczenia aktywnie w kulturze, załatwienia samodzielnie najprostszych urzędowych spraw…?

Dlaczego nie próbuję dotrzeć do Stanów, Australii, Afryki Południowej, Szkocji,  Irlandii (gdzie mam rodzinę), wreszcie dlaczego uciekłam z Anglii po dwóch tygodniach?

Czy to po prostu lekko perwersyjna potrzeba utrudniania sobie życia, „żeby coś się działo”? Pasja pakowania się w skomplikowane sytuacje, interesujące tarapaty, stawiania przed sobą wyzwań? Albo po prostu kontynuacja nomadyzmu, żeby być ciągle w ruchu, żeby dalej, przed siebie i w nieoczekiwane (miejsca, historie, zawieruchy)? Może właśnie po to, żeby nie rozumieć, żeby pozostać pytaniem, naiwnością, żeby nie dorosnąć? Żeby nie traktować słów tak śmiertelnie poważnie, żeby być ciągłym eksperymentem, szkicem, projekcją własnego wyobrażenia o wolności? Żeby się nie bać na myśl, że świat zwariował, że wkrótce święta cierpliwość Ziemi się skończy i mruknie: radźcie sobie sami?

*

A najlepsza zabawa jest wtedy, gdy cel podróży stanowi zielony znak zapytania. Na święta lecę do Tajwanu, właśnie dlatego, że mam o nim bardzo blade pojęcie. Żadnych skojarzeń, filmów, zdjęć, must-see, oczekiwań.

Potem Malezja, Tajlandia, a na końcu niespodzianka, która zdaje się być zapomnianym, zagubionym rajem. W nocy zabookowałam bilety do zupełnym przypadkiem odkrytego miejsca.

Wiedzieliście, że istnieje kraj, w którym nie płaci się podatków, który jest jedną  z czterech monarchii absolutnych na świecie, będąc jednocześnie jednym z dwóch najmniejszych państw naszej kochanej planety?

Prócz tego las deszczowy zamieszkany przez  dzikie plemię,  sułtan, pałac jak z Disneya i -uwaga- brak konieczności posiadania wizy! Atrakcje turystyczne? Tak, trzy: wspomniany pałac, meczet i jezioro. 14 km linii kolejowej. Ktoś słyszał o Brunei?