Monthly Archives: Styczeń 2012

Szczęśliwego Nowego Smoka

Jak mnie nie ma, to znaczy że się dzieje. Szalone Brunei Darussalam, gdzie wszystko ma dwie wersje – oficjalną i nieoficjalną, spotkanie z sułtanem, polowanie na krokodyle, nielegalna prywatka w państwie szariatu, gdzie imprezy są surowo karane przez władcę, autostop przez Malezję i Tajlandię, taniec smoka, taniec feniksa i taniec lwa, Festiwal Światła w świątyni Kek Lok Si na wyspie Penang, prowadzenie samochodu w ruchu lewostronnym, ponad 20 godzin w tajskim pociągu jako jedyny obcokrajowiec w najniższej klasie, odwiedziny w domu gubernatora Pattani, wyprawa do miejsca „Nie jedź tam”, czyli w samo serce zamieszek separatystycznych…

Tancerze Long Fei Feng Wu, Penang, Malezja.

 

Czerwony Smok życzy Państwu płomiennego roku.

A ponieważ w 2012 według chińskich prawidłowości woda połączy się z ogniem, bo mamy rok Smoka w żywiole Wody, więc można igrać z ogniem


Śniło mi się niebo

Śnił mi się sąd ostateczny. Nie było żadnej matematyki, rozliczania grzechów, ważenia uczynków, odpytywania z przykazań, różańców modlitw i jałmużn. Tylko okrągłe, krowie oczy boga.

Miał zielony uśmiech Kota z Chesire z wielkimi, mięsistymi wargami, przeżuwającymi trawę.  Między jednym a drugim soczystym kęsem powiedział: cholera, dałem Ci życie jak kalejdoskop do wyczarowywania marzeń, jak doskonały lunapark z karuzelami do wirowania w głowie od słodkiego pędu, jak książki do czytania pod kołdrą przy latarce- zaszyfrowane portale, jak czysty notatnik do tworzenia słów, jak muzykę do tańczenia do utraty tchu.

Dałem ci czas, bo cóż więcej można dać skoro czas to trawa?

A ty zamieniłeś drewniane proce na ciężkie pistolety, miłość w grzech, bogów w strach, powietrze w kłęby dziwnego dymu, który wciąż jeszcze służy do dawania znaków, ale nikt już nie chce ich czytać. Co ty do diabła wyprawiasz??

Zielony sok spływał mu po brodzie.


Pomówmy o czymś innym

Dawno nie było o rewolucji.

Kontrdemokracja, czyli dlaczego hipiska czyta Politykę.

Dziś krótko i nie do końca na temat:

Wybitnym wyrazem kontrdemokracji są dziś rozlewające się po świecie ruchy oburzenia. Zarzucanie im, że nie mają jasnego programu, jest nieporozumieniem. Początkiem końca pierwszego kryzysu demokracji w XIX w. także były naiwne, wydawałoby się, postulaty: chleba i pracy! Jak mawiał ojciec niemieckiej socjaldemokracji Eduard Bernstein, cel jest niczym, ruch jest wszystkim. To właśnie w tym ruchu kontrdemokracji tworzyć się będą nowe instytucje kształtowania polityki i realizacji równościowego roszczenia. Musi ono znaleźć nowy wyraz nie przeciwko demokracji i demokratycznemu kapitalizmowi, lecz po to, by oba te projekty uratować.

Więcej pod adresem http://www.polityka.pl/rynek/ekonomia/1521426,2,rozwarstwienie-ekonomiczne-czyli-tykajaca-bomba.read#ixzz1fimwQAK8

 
No proszę, nawet ekonomiści to wiedzą: cel jest niczym, ruch jest wszystkim. Pierwsza lekcja podróżna.

Że wszystko na chwilę jest, że wszystko zmianą.

Każda fala wie, że w istocie jest morzem, pisze Wojciech Eichelberger. I że zawsze była i będzie morzem. A więc nawet jak znika, to jest. I to jest właśnie nieśmiertelność.


Break Christmas Dance

Święta Bożego Narodzenia w Azji niewiele znaczą, nawet dla chrześcijan. To raczej okazja, by wyskoczyć gdzieś ze znajomymi, napić się, pogadać.

My wybieramy się na Taiwan Occupation i milongę*. Po drodze jednak trafiamy na Break Dance Contest i właśnie tam, pod mostem spędzamy szaloną, niepowtarzalną Wigilię.

 

Coś jakby wylądować nagle w samej aorcie bijącego rytmicznie, głośno (bardzo głośno!), toczącego krew serca. Absolutne. Totalne.

Wygląda na to, że inicjatywa jest kompletnie oddolna, zawodnicy sami wybrali sędziów – najlepszych tancerzy. Wszystko jest perfekcyjnie zorganizowane, a jednocześnie świeże, bijące niespotykaną energią, pełne respektu, drobnych gestów-rytuałów, by okazać szacunek przegranemu.

Rozbieramy się do koszulek na ramiączkach (grudzień!) i tańczymy bez tchu do ostatniego beatu. Piękna noc wigilijna.

 

I jeszcze dwa zdjęcia z koncertu świątecznego na dworcu głównym, tak dla kontrastu:

Harfa jest kobietą. Proszę zwrócić uwagę na niezwykłe podobieństwo kształtów. 

* milonga znaczy tango. Znaczy dużo tanga!


Wyspa duchów i d(r)eszczy. Tajwan.

Czyli jak niewinny spacer zamienić w ciarkopędną wyprawę. Instrukcja dla znudzonych turystów.

 

Historyjka-bonus w nawiasie. Jeśli jesteś moją mamą, na wszelki wypadek lepiej nie czytaj.

(Idziemy zwiedzać Monkey Mountains. Na podróżniczym blogu czytamy, że trzeba być szalonym (tu było odniesienie do religii, ale zastosujmy wolne tłumaczenie), żeby zgubić drogę. Cóż… ogromny park, gdzie na wolności biegają małpy sąsiaduje bezpośrednio ze strefą militarną… Już wiecie, jak to się skończyło?

Mój huraganizm zsumowany z Tereskową żądzą przygód zaprowadził nas na małą ścieżkę zbaczającą z głównego traktu. Dzięki temu odkryłyśmy niepełnosprawnych bogów z pogubionymi rękami, co bardzo mnie ucieszyło (nawet bogowie nie są doskonali!), ale później leśna dróżka wyprowadziła nas wprost na patrol wojskowy…

Okazało się, że jakimś cudem niezauważenie przekroczyłyśmy niedozwoloną linię i teraz znajdujemy się w strefie operacyjnej, ściśle tajnej. Początkowo żołnierz chce się pozbyć kłopotu i z dwóch dostępnych asfaltowych dróg, wskazuje nam trzecią – dziką ścieżynkę przez niemniej dziki las. Zapada zmierzch, więc odmawiamy. Nie uśmiecha nam się spędzenie nocy w ciemności i chłodzie otoczone przez uzbrojonych szeregowych z pozwoleniem na strzelanie do wszystkiego, co się rusza. Z dwojga złego już lepiej znać twarz kłopotu, w którym się znajdujesz. Zostajemy pod jedyną latarnią. Sytuacja wygląda jak z filmu – nikt nie wie, gdzie jesteśmy, a przez ostatni tydzień przed wyjazdem uczęszczałyśmy codziennie na spotkania organizacji pozarządowych dotyczące nadużyć władzy i gwałtach dokonywanych przez wojskowych na cywilach (…).

W końcu rusza maszyna proceduralna. Czekamy zmarznięte i głodne na policję, która odeskortuje nas na dół. Przedstawiciele kolejnych hierarchii przekazują sobie meldunki, podczas gdy my tkwimy w samym sercu lasu, nie rozumiejąc słowa po chińsku i zastanawiając się, co z nami zrobią. W końcu po około godzinie, po  jakichś stu fałszywych alarmach światła na drodze okazują się być właściwymi. Bardzo miły policjant odwozi nas na parking, gdzie zostawiłyśmy naszego ukochanego rumaka, doradza, że powinnyśmy wymienić go na samochód, bo jest znacznie wygodniejszy i kompletnie nie rozumie naszej reakcji -zgodnego oburzenia (jak to? auto?!?! kochamy ten skuter). Zagaduje po angielsku o to samo co zawsze (where are you from, what are you doing here etc.) i uprzejmie nie wspomina nawet słowem o tym, że dopuściłyśmy się przestępstwa.)

 


Tajwan znaczy seks

Eat, pray, love.

Julie Roberts ze swoim cudownym końskim uśmiechem nie musiała wcale wędrować do aż trzech krajów, by dotrzeć do esencji powyższych trzech stanów. Istota jedzenia, modlitwy i miłości w nieskażonej formie toczy swoje spokojne, niezależne życie na wysepce u podnóży Chin.

*

Wyprawa pod znakiem dreszczy: tych rozkosznych, rozlewających się po ciele jak wiatr, gdy pędzisz skuterem pustą drogą w tropikalnym lesie 100 km/h. Oraz tych strachu,  zachłannie zagarniających skórę jak nieujarzmiony ocean wschodnie wybrzeże – w końcu to wyspa duchów, wszechobecnych.

Tajwan oznacza szaleństwo zmysłów. Nawet świątynie są seksowne. W Kaohsiung z czerwonych ścian jednej z największych świątyń wyrastają dziesiątki złotych piersi.

Tajwan to właściwie jedna droga wzdłuż linii brzegowej. Dokładnie to mam na myśli: pruje się skuterem na wyciągnięcie jednej ręki mając niekończącą się bujną zieloność, drugiej – nieustannie wzburzone, dzikie fale. Jeśli z zachodniego wybrzeża (tego wymienianego we wszystkich przewodnikach) chce się dostać na wschód (tu nie rozwinął się przemysł turystyczny ze względu na niezwykle częste i ostre tajfuny) i tak trzeba objechać całą wyspę; pośrodku są góry i nie biegnie tamtędy żadna szosa.

Zdjęcie zrobione z paralotni.

*

Kolorowe wioski lokalnej ludności wyglądające jak osady Indian, rozległe parki krajobrazowe, idealne miejsce do latania na paralotni, rafting… Mapa usiana jest tak gęsto drobnymi hieroglifami, że właściwie ciężko wskazać punkt, który NIE BYŁBY zabytkiem narodowym, centrum kultury, wyjątkowym gejzerem, popularnym wzgórzem widokowym itd.

Tydzień to zdecydowanie krótko na tę małą przecież wyspę. W związku z tym decydujemy, że podążanie za jakimkolwiek planem nie ma najmniejszego sensu.  Wynajmujemy skuter co szybko okazuje się być najdoskonalszym sposobem na podróżowanie po Tajwanie. Drogi są kręte, lecz wschodnie wybrzeże świeci pustkami –idealna szkoła jazdy*. Cena tej przyjemności – mniej więcej 10 US dolarów za dzień. Paliwo jest śmiesznie tanie, ale zbiornik malutki, a stacje benzynowe zaskakująco rzadko, więc często w panice dojeżdżamy na ostatnich kroplach.

 

JEDZ

Mleko z papai lub kokosa, sok z asparagusa, przedziwne owoce o szalonych barwach, kształtach i smakach, także  suszone w przyprawach, które dosłownie eksplodują w ustach, pieczone słodkie ziemniaki, ryż z krwią, tofu na dziesiątki sposobów w tym słynne stinky tofu, czyli marynowane w moczu końskim… niekończąca się lista niesamowitych potraw, a czegokolwiek nie spróbuję,  natychmiast staje się moje ulubione. Nawet najprostszy posiłek którym zostajemy poczęstowane w jakiejś mijanej wiosce przez ubogich i niesamowicie życzliwych ludzi, zwala z nóg. To właściwie tylko ryż, bambus i parę korzeni, ale tak aromatycznych, że smak pozostaje w pamięci na długo.

Większości można spróbować za darmo, każdy szanujący się sprzedawca na rynku ma wystawioną specjalną miseczkę do poczęstowania klientów i wykałaczki (nie wolno dotykać palcami), nalega, byś skosztował wszystkich dostępnych produktów, uśmiecha się życzliwie i zagaduje.

A skoro o jedzeniu mowa… Któregoś ranka trafiamy do portu, rybacy właśnie wrócili z połowów i rozłożyli dumnie swoje zdobycze, jest tu właściwie wszystko- ryby znane mi dotąd tylko z kolorowych albumów: młot, gigantyczne płaszczki, całe mnóstwo mieniących się tęczowo wielkich, imponujących stworzeń o niezidentyfikowanych nazwach. Nadchodzi czas oprawiania, mężczyźni zakasują rękawy i chwytają  spracowanymi dłońmi duże, ostre noże. Wiedzą dokładnie, gdzie ciąć. Sprawnymi, precyzyjnymi ruchami oddzielają wnętrzności od serca, wypruwają flaki, wrzucają do oddzielnego wiadra żołądek… Krew leje się strumieniami,  zatacza kręgi wokół. Nikt nie zwraca najmniejszej uwagi na czerwoną falę pod stopami. W przedziwny, prymitywny sposób jest to niezaprzeczalnie piękne.

Chwileczkę, jestem wegetarianką od siedmiu lat, mdli mnie na widok kiełbasy, ale ta krwawa jatka nie wzbudza we mnie najmniejszego obrzydzenia? Dokładnie tak, szczerze mówiąc jestem absolutnie zafascynowana. Hasta la vista, baby. Wyobraź sobie mężczyzn codziennie o świcie odcumowujących łódki i wypływających w morze. Spędzają tam parę godzin w ciszy, żując beatle nuts**, nie myśląc za wiele, może tocząc jakąś leniwą rozmowę. Proste. Pierwotne. I w kontraście do tego całego teatru gierek rządowych, PR, wyszlifowanych błyszczykiem uśmiechów, lukrowanych kampanii reklamowych i/lub politycznych – cudownie, kojąco prawdziwe.

Taki moment, kiedy czujesz życie.

Napis na klapkach mówi sam za siebie.

Impresjonizm, pocztówka. Biel, zieleń i czerwień niemal czarna – czy to nie sztuka?

Wyraz twarzy (x3).

 

MÓDL SIĘ

To samo uczucie, co na rybnym markecie pojawia się w tutejszych bajecznych świątyniach.

Nad jezioro Lotus w Kaohsiung trafiamy przypadkiem (jak zawsze), ale to jedno z najbardziej fascynujących miejsc na południu Tajwanu. Świątynie rozlokowane co parę kroków na nawodnych platformach przybierają surrealistyczne kształty: do jednej wchodzi się przez paszczę smoka, do innej – tygrysa.  Pomieszanie stylistyk, ogromne przestrzenie, załadowane co do milimetra figurkami, złoceniami, arabeskami, małymi i wielkimi posągami przypominają do złudzenia lunapark. Wszystko w idealnym stanie, jak nowe, choć jednocześnie uderzające dziwnie monumentalną, wielowiekową mądrością. I radością życia. Seksem.

Tutejsza tradycja pozwala na rozmowę z bogami za pomocą dwóch księżyców. Drewniane, przeważnie czerwone klocki rzuca się, by poznać odpowiedź na wybrane pytanie. Jeśli upadną tą samą stroną – niedobrze; jeśli widoczna jest jednocześnie wypukła i płaska strona – wszechświat mówi „tak!”. Żadne pytanie nie jest zbyt głupie lub małe, by zawracać boską głowę. Bo i bóstwa Tajwańczycy mają od wszystkiego. W świątyniach, gdzie nie da się oddychać od wielobarwnej, bogato zdobionej wielowszystkości znajdzie się miejsce dla każdego. Wygląda to tak, jak gdyby po prostu przygarniali każdego co bardziej intrygującego boga. Gościnna religia, w końcu złożyć ofiarę (najlepiej ciastka!) nie zaszkodzi…

Co więcej, większość świątyń należy do więcej niż jednego wyznania. Najszerzej rozpowszechniony jest buddyzm i taoizm, ale z powodzeniem funkcjonuje również całe mnóstwo pomniejszych wierzeń. Tajwan jest doskonałym przykładem koegzystencji konfesyjnej. Wyznawców różnych religii charakteryzuje nie wrogość, ale ciekawość, a nawet ciekawskość.  W praktyce wygląda to tak, że większość osób jest powiedzmy buddystami, ale przed egzaminami chodzą do świątyni konfucjańskiej, a przy różnych innych okazjach jeszcze w parę innych miejsc. Im więcej bogów ci sprzyja, tym lepiej!

Na dachu świątyni, ponad bogami. Podglądając z góry życie niebios.

*

Jacy są ludzie wychowywani w tych radosnych sceneriach bez podziału na sacrum i profanum?

Dokładnie tacy, jak ich religijność: życzliwi i ciekawscy. Gościnni. Uśmiechnięci. Przesądni.

 

Czerwony to kolor szczęścia. A czasem także umierania. Zaskakujące połączenie, ponieważ o śmierci tutaj nie wolno wspominać, nawet cyfra 4 wywołuje przerażenie. Używa się w zastępstwie litery F, ponieważ oryginalne „si” brzmi tak samo dla śmierci jak i dla czwórki. W hotelach lub w szpitalach niejednokrotnie  nie ma czwartego piętra (tzn. w windzie nie ma takiego guzika i/lub piętro jest wyłączone z użytku, stanowiąc zwykle magazyn).

Ze zbliżonego powodu Azjaci w czasie posiłku przenigdy nie wsuną pałeczek sztorcem w miseczkę ryżu. Miska ze sterczącymi pałeczkami przypomina wyglądem czarę ofiarną, wypełnioną popiołem z kadzidełek używanych by uczcić duchy bądź przodków.

Przesądy lingwistyczne są wielce istotne przy dawaniu prezentów. Tajwańczyk nigdy nie podaruje komuś zegara. Jest tak, ponieważ „songzhong” może oznaczać również „oddać cześć zmarłemu”.

Nie wolno też sprezentować parasolki. San oznacza „rozstać się” . W najlepszym wypadku kolejne  spotkanie nie nastąpi, w gorszym – odbędzie się w formie pogrzebu…

Dokładnie ta sama sytuacja jest w przypadku niewinnej gruszki. Gruszka ma tę samą wymowę co „li” (opuszczać) w słowie „fenli”, po chińsku: „rozstawać się” .

Osobie, która spodziewa się dziecka, daje się podobne do liczi owoce longan oraz nasiona lotosu (lianzi). Krzyżówka tych nazw brzmi identycznie jak „wspaniały i drogocenny syn”. Dający prezent życzy w ten sposób, aby niemowlę było płci męskiej (…).

Świątynny strażnik ognia. Mężczyzna, który przez cały dzień usuwa stare świeczki i odpala na nowo te zdmuchnięte przez wiatr.

Mimo uwielbienia dla zabobonów, społeczeństwo pędzi naprzód. Znakiem czasu są szalenie popularne operacje plastyczne, nie stanowiące absolutnie tematu tabu. Zdarzało mi się poznać w pociągu kogoś, kto zaczynał pogawędkę od informacji, że jedzie właśnie na korektę nosa.  Do tej pory nie mam pojęcia, jak się nazywała ta uprzejma dama, ale wiem, co i ile razy zamierza sobie poprawić.

Chodzi o to, by wyglądać bardziej kaukasko – duże oczy, większy nos, wypukłe usta gwiazd filmowych.

 

 

 

KOCHAJ

 

Ale miłość to już zupełnie inna historia.

(Cortazar: ale miłość, takie słowo.)

Szczęśliwego Nowego.

 

*Ostatnio jeździłam na motorze i kompletnie nie mogę się przestawić na skuter. Ruszam z całym impetem, mijając o centymetr drugi pojazd. Właściciele wypożyczalni rzucają się za nami w pościg. Tłumaczą, że jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie, ale śmiejemy się, że wszystko pod kontrolą, że dawno nie siedziałam za kółkiem, ale robiłam to milion razy. To niezupełnie prawda, jednak w końcu pozwalają nam jechać. Zabawa się dopiero zaczyna, owszem, prowadziłam kiedyś skuter, ale w komfortowych warunkach – prosta droga i pomocna, męska dłoń w razie czego. Tu to zupełnie inna, ekstremalna bajka. Deszcz zacina jak obłąkany, droga jest wąska i przypomina raczej tor rollercoastera niż główny szlak komunikacyjny. Początkowo nie możemy uruchomić świateł, więc jedziemy po krętej, skalistej drodze w kompletnych ciemnościach.

Jednak już następnego dnia stajemy się najlepszymi przyjaciółmi. Skuter musiał być zaprojektowany przez geniusza – zdaje się reagować na najmniejszą myśl, najlżejszy dotyk. Pędzimy jak wiatr i nie wyobrażamy sobie, jak można NIE jeździć skuterem.

**Beatle nuts to coś jak papierosy do żucia. Biały orzech posmarowany czymś, co wygląda jak klej do tapet, mimo usiłowań, nie udało nam się dowiedzieć, co to właściwie jest. Całość zawija się w liść, tak przygotowaną substancję należy rozgryźć, splunąć, a następnie żuć przez jakieś 10 minut. Daje uczucie niezwykłego ciepła, uderzającego znienacka w klatkę piersiową i rozchodzącego się przyjemną falą po ciele – błogość. Daje też niezłego kopa, jakby jednocześnie paliło się papierosa i piło mistrzowskie włoskie espresso.