Monthly Archives: Luty 2012

Monsieur Ramette, je t’adore

Szanowny panie psychoanalityku,

zwracam się do pana w związku z wysoce niepokojącą reakcją mojego organizmu na obejrzaną ostatnią sztukę.

Wybrałam się na wystawę pana Philippe Ramette w Bangkoku (Art and Cultural Centre). Fotografie tego francuskiego artysty są ascetyczne, przejrzyste i dość niewinne w tematyce. Ukazują człowieka (a dokładniej mężczyznę w nienagannym garniturze) wyrwanego z kontekstu, w absurdalnym świecie, gdzie   nie obowiązują reguły fizyki.

Piękna natura stanowi neutralne tło.

A mimo to! Ach, mimo to nie opuszcza mnie drażniące wielce, świdrujące przeświadczenie, że drzemie w tych zdjęciach  głęboko zakorzeniony erotyzm. Jak to możliwe, że nie tak znów przystojny artysta od niechcenia wywołuje dreszcze, białą gorączkę, pożar? To przecież tylko zbiór portretów w niecodziennych sytuacjach. Dlaczego wobec tego pulsują seksapilem? Do szału doprowadza mnie ta wątpliwość w resztki moich własnych zdrowych zmysłów. Dlaczego zamiast powiedzieć „ładne”, wyjść z galerii i zapomnieć jak każdy normalny człowiek, od kilku dni żyję w tym nierealistycznym podwodnym świecie? Może przyczyną jest właśnie woda jako główny motyw fotografii, gdyż zgodnie z prawami natury wywołuje wilgoć? Może to dojmującą samotność bohatera, prowokującą potrzebę wyobrażania sobie, co by było, gdyby w kadr wkroczyła osoba nr 2? Kobieta w czerwonej sukience o długich czarnych włosach na przykład. Do tego świata antygrawitacji gdyby nagle wsączyć kroplę życia. Czegoś nieprzewidzianego, niewłaściwego. Może sprawcą jest zwykła przekora w opozycji do zbytniej, nieludzkiej doskonałości, czystości obrazu. I jeszcze muzyka!

Siedziałam w muzeum ze słuchawkami na uszach i szukałam odpowiedniego podkładu muzycznego dla oglądanych, odczuwanych obrazów. Wreszcie znalazłam: Caetano Veloso & Lila Downs „Burn it blue”.

http://www.youtube.com/watch?v=25-JZp0CqsY

Szanowny panie psychoanalityku, bardzo proszę obejrzeć prace monsieura Ramette i powiedzieć, czy wywołują w panu erotyczne podniecenie. I proszę przetestować tymi fotografiami także swoją małżonkę. W imię medycyny i wiedzy psychologicznej. Oraz mojego spokoju farmakologicznego.

Z wyrazami szacunku,

Oddana Katrina Dybżyńska

No bo proszę tylko spojrzeć:


Magician

Spotykam go w Bangkoku, śpi na krawężniku,  pod głowę podłożył sobie biały worek z całym dobytkiem, stopa owinięta plastikowym workiem – gangrena. Zaczepiam go nieśmiało, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku, bo prawdę mówiąc, wygląda trochę nieżywo. Budzi się natychmiast i otwiera bezzębne usta w szerokim uśmiechu. Hey, how are you, zagaduje radośnie, jakbym to ja leżała na ulicy. Następnie przedstawia się elegancko perfekcyjnym angielskim i nagle zamiast śpieszyć na umówione spotkanie, rozsiadam się wygodnie w tajskim kurzu i prowadzę niepowtarzalną konwersację z mężczyzną – labiryntem. Każde zdanie prowadzi nas w nieprzewidziane zakamarki, moja część rozmowy polega właściwie na otwieraniu coraz szerzej oczu ze zdumienia. Therelat pracował w Arabii Saudyjskiej i Dubaju dla dyplomacji. Podróżował przez wiele lat dookoła świata. Styl życia bezdomnego wybrał w imię wolności. Podrzuca mi kilka pomysłów na biznes, wyrzuca z siebie adresy w Birmie, gdzie można kupić opium i opowiada o działaniu mózgu pod wpływem tego specyfiku, wreszcie zaczyna czegoś szukać w torbie. Wyciąga zniszczoną żółtą talię kart ze słoneczkami na rewersie. Tarot. To też był jeden z licznych biznesów, które prowadził. Pytam, czy postawi mi karty. Robi to zupełnie naturalnie, za darmo, chcę mu dać chociaż paczkę papierosów, ale częstuje się jednym i pali ze smakiem.

Cieszy się jak dziecko, gdy wyciągam Magika. On cię bardzo lubi, mówi. Ma do ciebie wyraźną słabość, więc podąża, gdziekolwiek pójdziesz. Teraz znów zmieniasz miejsce zamieszkania, znajdziesz tam pieniądze i szczęście. Kiedy masz magika, to już nie potrzebujesz nic innego. Jesteś pod ochroną. To karta wielkiej mocy i kreatywnego stwarzania. Indywidualność,  transformacja poprzez siłę woli. Możesz grać z żywiołami, przemieniać trudności w pozytywy z łatwością przeistaczania ognia w wodę.

A, jeszcze jedno: kup sobie plastikowy naszyjnik z Buddą, taki jak ja mam, bo on zapobiega wypadkom samochodowym. To nic, że nie wierzysz, to i tak działa.

Siedzimy w centrum Bangkoku wśród przejeżdżających z fantazją samochodów i skuterów w stylu dowolnym załadowanych trzema osobami i niezliczoną ilością pakunków, w hałasie i brudzie, patrząc z respektem na mocno zużytą kartę i kiwając głowami.


Antyoświecenie, czyli wpis niepoprawny politycznie

Uwaga, będzie o religii. 

Wczorajsze uroczystości w świątyni Sisaket w Wientanie. Rytualna kąpiel mnichów, stających się niniejszym mistrzami buddyzmu.

Co ja właściwie robię w świątyni w Laosie? Czyżbym doznała oświecenia? W końcu po to się przecież przyjeżdża do Azji.

 

Poprawność polityczna wyprodukowała piękną formułkę, niewgłębiającą się w szczegóły. Ten wyświechtany frazes o nieświeżym oddechu mówi: wszystkie religie zasługują na identyczny szacunek. Wobec tego druga strona tego samego złotego medalu głosić musi, że wszystkie religie są jednakowo niemoralne.

Rzeczywiście, osławiona spirytualistyka Azji, po którą przybywają tłumnie turyści z całego świata, wpłynęła również na mnie.

Jest jeden Bóg.

Złoto.

Wszechobecne. Portret króla dwa razy większy od posągów boga w Tajlandii; święci mnisi w Malezji odmawiający mi rozmowy, chyba że najpierw kupię pamiątkę; rytuały oparte na pieniądzach – im więcej dasz, tym więcej błogosławieństw ześle na ciebie dobrybóg; dotacje od ubogich dla nieprzyzwoicie bogatych; gigantomania; bijący w oczy biznes.

Nawet jeśli kiedykolwiek istniała, nie ma już religii. Zginęła przygnieciona złotem.

Jak w tej antycznej historii, w której cesarz na swoje urodziny kazał pomalować małych chłopców żywym złotem. Skóra pokryta ciężkim kruszcem nie była w stanie oddychać, w związku z czym chłopcy umarli.

Jaka piękna katastrofa!

(…)

Wierni składający „dary”, czyli żywą gotówkę dla Jaśnie Oświeconych. Procesja, podczas której mnisi depczą pełnymi błogosławieństw stopami po stułach kobiet, a one w zamian za to upychają im grube pliki banknotów do symbolizujących ubóstwo płóciennych toreb. 

A mimo to wpakowałam się dobrowolnie w samo centrum tego zamieszania, wstaję o 4 rano (na „wakacjach” bądź co bądź), żeby przez dwie godziny odprawiać jakieś absurdalne modły w języku, którego nie rozumiem, uczę się na pamięć grzecznościowych formułek, hierarchii, pokłonów i sposobu poruszania się w obecności starszych, przenoszę się z jednej świątyni do drugiej, cierpliwie odpowiadam na te same pytania, żeby dać szansę mnichom poćwiczyć angielski, wykonuję mnóstwo pokornych rytuałów, które są tak niezgodne z moim charakterem jak to tylko możliwe i zagryzam wargi, gdy trafia mnie szlag, dlaczego?

Nabieram kontekstu.

Wychodzę poza horyzont.

Daję krok w nieznaną wodę.

A raczej skok na główkę, na głębię przecież.

Ćwiczę perspektywę. Jak w fotografii.

Działa.

Dziś dowiedziałam się, że po pierwsze to jedyny taki przypadek w historii świątyni, żeby nocowała tu kobieta i panuje w związku z tym niemałe poruszenie wśród wszystkich za wyjątkiem „mistrza”, który ze świetlistym uśmiechem zezwolił mi na pobyt tutaj, jak długo zechcę.

Po drugie jednak pokój, który zajmowałam nie jest, jak początkowo sądziłam, wolną, nieużywaną przestrzenią, ale jeden z młodych mnichów musiał się dla mnie przeprowadzić.

Wobec tego z niespodziewanym żalem przerzuciłam swój plecak pod adres zwany Wat Su Pa Luang. Nieco poza miastem, wśród palm i zaniedbanej roślinności, śmieci i –zaskakująco- jesieni, mieszkają mnisi i zakonnice w małych domkach z ogródkami. W „świętej wiosce” jest ziołowe spa, czyli drewniany domek na palach, z którego wydobywa się silnie aromatyczna, zdrowotna para. To jedyne miejsce zamieszkane przez mniszki. W rzeczywistości jednak nie są to dziewice, które poświęciły swoje życie Buddzie, ale niemal co do jednej – wdowy, dożywające na świątynnych dotacjach ostatnich dni (zostaję przedstawiona jednej z nich – ta jest młódka, ma 86 lat. Moja mama, u której będziesz spała, ma 98. 2 lata do setki i co ty na to? Tak, ta tutaj mehao – tytuł oznaczający mniej więcej „Jaśnie mądrzejsza” -jest jeszcze bardzo młoda. Ale moja mama ma prawie 100! Zapamiętaj!). Dzika wersja domu starości. W dodatku mieszkanki ubrane są obowiązkowo w białą powiewną szatę do złudzenia przypominającą pidżamę. Ogolone głowy tuż przy skórze, brak brwi. O świcie jest chłodno, więc krzątają się po zagródkach w białych identycznych czapeczkach, spod których wystają tylko żółwie oczy. Po zsumowaniu wychodzi coś pomiędzy szpitalem psychiatrycznym a miastem duchów.

Mniszki podczas procesji

Witamy w fascynującym Laosie.

PS. Pod słowo „buddyzm” w zależności od szerokości geograficznej proszę sobie podstawić „hinduizm”, „chrześcijaństwo” czy „islam”, bez różnicy. Gdyż, jak wszyscy dobrze wiemy, każda religia zasługuje na takie samo traktowanie.


Pomarańczowe Milczenie w Krainie Długich Cieni

Rzecz jasna nie rozmawialiśmy o tym.

Już szybciej mogłabym powiedzieć, że rozmawialiśmy o wszystkim, tylko nie o tym. A zatem dyskutowaliśmy o buddyzmie i o pogodzie,  o Laosie i o konstelacjach, ale jego oczy pytały tylko o jedno.

Staliśmy tam długo, w przyświątynnym ogrodzie, komary gryzły nas jak opętane, chłód wieczorny ogarniał nasze odsłonięte ramiona, mnisi niecierpliwili się już i spoglądali na nas z niepokojem. Lun sprawiał wrażenie, jakby o to zupełnie nie dbał. Opowiadał o koncercie, na który nie mógł dziś pójść i o marzeniu, by zostać nauczycielem angielskiego.

Byliśmy osaczeni. Czujne oczy zerkały na nas z każdej strony. Wreszcie podjęłam decyzję: Lun, powinieneś już iść. Pokiwał głową, ale nie poruszył się nawet o centymetr. Odruchowo chciałam go uściskać, albo chociaż podać rękę, ale tego pod żadnym pozorem nie powinnam była robić. Wobec tego to ja się odwróciłam i odeszłam. W końcu mi wolno.

Jak jest tam, daleko stąd? Jak wygląda życie? Wolność?

W pokoju, który dostałam w świątyni obok, znalazłam kartkę z wydrukowanym projektem tatuażu.  Następny chłopięcy sen, którego oni nie są w stanie zrealizować. Ale może gdyby tak ktoś w ich imieniu…

***

Mgliste poranki w Laosie sprawiają wrażenie, jak gdyby światło musiało się przedzierać przez boską skórę. Jest jednocześnie silne i miękko rozproszone, lekko nonszalancki uśmiech zwycięzcy po walce.

I bez względu na porę dnia tworzy długie cienie.

Laos jako była kolonia francuska posiada petonkę (gra niemal każdy, a kto nie ma profesjonalnych kul, używa butelek, kamyków, własnych butów…) i bagietki.

Jest cisza na rzece Mekong.

Luang Prabang, czyli francuski Kazimierz Dolny w sercu Azji.

Mieszkam tam w informacji turystycznej z tajnym wyjściem do galerii sztuki (na wypadek, gdyby w środku nocy nagle ogarnęła cię nieodparta potrzeba kultury wyższej) w gościnie u Laotańczyka, który się boi duchów. Od zjaw obawia się bardziej tylko komarów.

Rozdział na pracę i dom tutaj po prostu nie istnieje. Najnaturalniej w świecie ludzie otwierają biura, restauracje, sklepy w swoich mieszkaniach, jednocześnie gotując dla gości i dla rodziny, zajmując się dziećmi i klientami, susząc włosy i robiąc pranie podczas rozmawiania o interesach. Domy pozostają otwarte przez cały dzień, a pojęcie prywatności zdaje się być obce serdecznym tubylcom.

A potem krętą i wyboistą drogą trafiam do Wientiane. Porywam się na coś w rodzaju samobójstwa – samotny autostop po górskich szalonych drogach, których się nie da mierzyć w żadnych innych jednostkach długości jak tylko godzinach, co wychodzi jakieś 2-3 razy dłużej niż by wynikało z kilometrów. Jeden rozklekotany samochód na godzinę, nieznajomość zjawiska autostopu i upał jak jasna… Plus niezasłużona dawka dzikiego farta. Półtorej dnia później jestem w stolicy, gdzie za sprawą niewytłumaczalnych zbiegów okoliczności zamieszkałam z mnichami. Idę na lekcję laotańskiego.

 


Nowy Wybór

Właśnie dlatego nie wierzę w drogowskazy. Pai, północna Tajlandia.

 

Znacie tę grę „Nowy wybór”?

Zabawa polega na tym, żeby znaleźć alternatywę dla tego, co się właśnie robi. I następną. I jeszcze. I w kółko. Bardzo praktyczne, można bawić się w nieskończoność.

Już nie Korea; chwilowo Laos, niespodziewanie. Pomiędzy Tajlandią a (iz)realem.

Kolejny skok na głęboką wodę.

Mała Tajka (lat około 7) żonglująca nożami. Festiwal kwiatów, Chiang Mai.

*

Zagubiona gdzieś w Azji nie wspomniałam nic o konkursie.

http://www.alpinus-miejodwage.pl/

Mój projekt jest pod nr 417.

Powtórka z roz(g)rywki. Zainspirowana ostatnimi zdarzeniami chciałam zgłosić wyprawę pt.” Jak dotrzeć do  najniebezpieczniejszych miejsc na Ziemi i przeżyć”, ale już za późno. Wobec tego światło, podejście drugie, bo nie wierzę w powroty, ale w „Lot nad kukułczym gniazdem”.

Więcej w zakładce „Nomadka” i w postach z okolic lutego 2011. A wkrótce reportaż z festiwalu światła w Malezji na wyspie Penang.

Głosować można za darmo. Dziękuję i pozdrawiam znad rzeki Mekong.


Nie jedź tam

Tajlandia. Marzenie turystów, chcących uczestniczyć w słynnych Full Moon Parties, czyli pseudo hipisowskich festiwalach; pragnących przez moment poczuć się królami życia, bo wszystko jest tak tanie, że stać cię na luksus; marzących o nurkowaniu w ciepłej, lazurowej wodzie; tropiących Leonardo di Caprio na niebiańskiej plaży… Całkiem niezłych powodów, by się tu wybrać, jest mnóstwo.
Pattani.  Prowincja,  do której nie przyjeżdża nikt, bo od sześciu lat fanatyczni separatyści strzelają do policji, armii, rządu  i nauczycieli. Czasem giną też przypadkowi przechodnie. Niemal każdy z mieszkańców  widział wybuchające przed sklepem motocykle, strzelaninę lub spadającą bombę.


Nie jedź tam, mówią mi napotkani po drodze Tajowie.

To niebezpieczne.

Chcesz jechać autostopem?! Chyba zwariowałaś!

Przeklinając samą siebie, przepraszając w duchu moją mamę i odprawiając jakąś surrealistyczną, pogańską modlitwę, staję na poboczu zaraz za malezyjską granicą i zatrzymuję pierwszy samochód.

 

Pattani??
Nie jedź tam, mówi rodzina z małym chłopcem uzbrojonym w wielki świecący miecz. Zgadzają się jednak podrzucić mnie w lepsze miejsce. Odwożą mnie (oczywiście!) na stację autobusową, ale szczęśliwie w mieście oddalonym o jakąś godzinę jazdy, więc nie najgorszy start.
Kolejne kilkanaście zaczepionych osób nie mówi nic, bo na dźwięk angielskiego wybuchają śmiechem i kręcą przecząco głowami. W końcu to ja zostaję zaczepiona.

Nie jedź tam, mówi mężczyzna w luksusowym jeepie. Upieram się mimo rosnących wątpliwości, w końcu proponuje, że przynajmniej zabierze mnie na wylotówkę. Pracuje przy konstrukcjach budowlanych, standardowo próbuję się dowiedzieć, czy to lubi, jasne, stwierdza głosem, w którym słychać tylko zmęczenie.  Pytam o  zamieszki.

– Teraz już jest spokojniej.
– Tak? Kiedy była ostatnia strzelanina?
– Wczoraj.

Nie wie, ilu zabitych, bo go to nie obchodzi.  To znaczy rząd nie chwali się specjalnie sytuacją w rejonie, ukrywając  przed mediami niektóre informacje, poprawia się.

Ile kosztuje życie
Jeśli nie ma tam jakiegoś bardzo opłacalnego kontraktu, po prostu unika tamtych stron. Dziewczyna, która z nim pracuje, dzwoni do znajomego, pracownika w C.S. Pattani hotelu, podobno jednego z nielicznych w miarę bezpiecznych miejsc w mieście. Złudzenie spokoju rzecz jasna kosztuje –900 THB (ok. 90 zł) za noc.

Zawożą mnie na stację benzynową w strategicznym punkcie i zaczepiają po tajsku sąsiadujący samochód. Kobieta w szczelnym kostiumie w kolorowe kwiaty i chuście musi zapytać o zgodę brata. Nie mówią po angielsku, więc mam dużo szczęścia, że zdobyłam autostopowego managera.

Nie jedź tam, pokazuje na migi muzułmańska rodzina, która zabiera mnie na odkrytą pakę wielkiego nowiutkiego pick upa. Wszyscy tu mają takie auto.

Pędzimy tak szybko, że papieros gaśnie co chwilę.

Problemy w piekle


Osławione piekło na pierwszy rzut oka ma sielski, małomiasteczkowy klimat.

W poszukiwaniu kogokolwiek, z kim byłabym w stanie porozmawiać, wchodzę do małej szkoły z wielkim napisem: THE QUICKEST WAY TO LEARN ENGLISH. Odpowiadają mi zakłopotane uśmiechy. Wobec tego pytam, kiedy przyjdzie nauczyciel, ale pokazują mi program komputerowy o tej samej nazwie, co na szyldzie. Aha.

W hotelu za wiele się nie dowiem, idę więc do kościoła. Trafiam na pięć osób czytających Biblię. Spotykają się zawsze w środy, dziś jest piątek i mają niespodziewane, wyjątkowe zebranie, więc zgodnie z religijną, mistyczną logiką z miejsca uznają mnie za anioła zesłanego przez Boga. Od założyciela dostaję tajskie imię: Złote Serce. Wygląda na to, że znalazłam jedynych ludzi w miasteczku komunikujących się w obcych językach, proboszcz dostał misję od Boga głoszenia Nowiny, więc ćwiczył przed lustrem: ja byłem mister A, ten w lustrze – mister B.
W kościele nie mogę sama zostać, bo nie wiem, jak się zachowywać w razie „problemów” (znaczy ataku zbrojnego). Każdy z nich chce mnie wziąć do siebie, ostatecznie decydują, że będę spać u Tang (bo ma największy dom), a Nong pójdzie z nami. Dziewczyny są nauczycielkami angielskiego, więc już pierwszej nocy pod pretekstem przyjęcia (po jednym kieliszku słodkiego, lekkiego  wina – tylko nie mów proboszczowi!), mogę zadać swoje pytania.

Umiesz strzelać?
Kraj nie może sobie pozwolić na utrzymanie tak dużej liczby wojska jak liczba wszystkich młodych mężczyzn, więc wynaleźli nietypowy sposób. Wojsko jest obowiązkowe tylko dla tych, którzy… wyciągną czerwoną wstążkę. Kiedy chłopcy mają 20 lat, muszą się stawić w punkcie poboru i wylosować tasiemkę. Jeśli jest czarna – jesteś wolny, jeśli czerwona – cóż, 2 lata z głowy. Jeżeli jednak zgłosisz się jako wolontariusz, służbę odbywasz tylko przez rok. Dawniej rodziny modliły się (lub dawały łapówkę), by wypadło na kolor czarny. Teraz rząd hojnie dotuje niebezpieczny zawód, więc większość chłopców  chce się zaciągnąć.

Do pokoju wchodzi ojciec mojej gospodyni i najspokojniej w świecie wyjmuje spod przeznaczonej dla mnie poduszki strzelbę owiniętą w prześcieradło. Na dole mamy jeszcze jedną, oznajmiają i pytają, czy umiem strzelać, takim tonem jakby chodziło o pływanie.

– Tang, czy ktoś z Twojej rodziny jej kiedyś użył?
– O tak, mama zastrzeliła kobrę, która pojawiła się nad łóżkiem mojej siostry. Jedną kulką w łeb. Tata ćwiczył na kokosach, chyba nikogo nie zabił.

Niemal każdy ma pistolet, o pozwolenie łatwo pod warunkiem, że trzyma się go w domu, obowiązuje zakaz posiadania broni  w miejscach publicznych. Czasem jednak brat Nong udaje się w niebezpieczne rejony i wkłada pistolet zawinięty w papier do siatki na zakupy pomiędzy mango a jabłka.

 Środki bezpieczeństwa


Jak zwykle okazuje się, że strach i/lub ignorancja mają wielkie ślepia. Na miejscu życie toczy się swoim trybem, ludzie nie czują zagrożenia (mówią, że jeśli nie jesteś oficjelem, nie jesteś ich targetem). Najlepiej wmieszać się w muzułmanów, radzą.  Próbuj poruszać się pomiędzy ludźmi w hidżabach, „Oni” starają się nie trafiać w swoich. Możesz nawet przejść koło policji, stacji wojskowej itp., ale raczej nie stój tam za długo.
Cóż, tu się urodziliśmy, tu umrzemy, mówią jak w filmie. Można się przyzwyczaić.

Nie wiadomo, która bomba jest czyja, bo od sześciu lat rząd centralny przeznacza ogromne sumy dla Pattani, więc czasem lokalne władze strzelają same do siebie.

Nong pyta, czy chcę się spotkać z jej studentkami, muzułmankami. Może one wiedzą coś więcej.

To, Czego Imienia Nie Wolno Wymawiać
Na spotkanie zamiast jednej osoby przychodzą trzy i co chwilę dołączają kolejne. Prócz kilku arabskich nauczycieli jestem jedynym obcokrajowcem, więc stanowię nie lada atrakcję.

Dziewczęta są bardzo otwarte. Pokazują mi meczet, uczą jak się modlić, a potem pytają: chcesz teraz  pójść  do chińskiej świątyni?

Zamiast tego zaglądam do paszczy smoka, czyli na posterunek policji. Jest sobota, oficer dowodzący ma wolne, a pozostali nie posiadają pozwolenia na rozmowę ze mną. Nawet prywatnie, po pracy i anonimowo boją się rozmawiać. Grozi za to kara, przyznają. Próbuję zadzwonić do zwierzchnictwa, ale na dźwięk angielskiego odkładają słuchawkę.

Historia powtarza się z wojskiem i siedzibą rządu. Wreszcie jeden ze strażników nieoficjalnie radzi złożyć wizytę w domu gubernatora. Thaksin Chinnawat ma spotkanie, ale proponuję, że zaczekam. Body guard częstuje nas arbuzem: w Polsce nie macie takich słodkich, co? – uśmiecha się. Po dwóch godzinach lądujemy przy stole gubernatora. Trafiamy na porę stretchingu, więc ma na sobie tylko szorty i biały bezrękawnik. Prosi, żebym jako ilustrację do artykułu zrobiła zdjęcie plakatu przed domem, na którym pozuje dumnie w garniturze z odznaczeniami. Nie chce rozmawiać po angielsku, choć najwyraźniej dokładnie rozumie. Zgadza się tylko na jedno pytanie. Wobec tego muszę się ujawnić i przestaję udawać, że piszę przewodnik turystyczny o południowej Tajlandii. Konstruuję kilometrowe pytanie. Nie oponuje, jednakże odpowiedzi są niejasne i nie na temat. Nie powinienem z tobą w ogóle rozmawiać, ale doceniam, że przyjechałaś aż tutaj zobaczyć na własne oczy, co się dzieje.
Przedstawia mi swój specjalny projekt:

 Pięć kroków przywrócenia pokoju w Pattani
1.    Zmniejszyć strach i zbudować strukturę turystyczną. Pokazać ludziom, że już nie jest tak niebezpiecznie jak sześć lat temu i że Pattani jest niezwykle ciekawą destynacją ze starym pałacem, kościołami i świątyniami.
2.    Odrodzić tradycje sprzed wieków, czyli wskrzesić koegzystencję religijną.
3.    Stworzyć nowe szanse dla młodych, żeby nie wyjeżdżali. Wsparcie dla pracujących nastolatków. Już powstało wiele nowych miejsc zatrudnienia dla studentów – w fabrykach.
4.    Zaprowadzić sprawiedliwość – złapać winowajców i osądzić.
5.    Edukacyjna akcja społeczna przeciwko Jihadowi (święta wojna) – nauczać o Allahu, który chce byśmy byli dobrymi muzułmanami i nawracali niewiernych poprzez przykład i rozmowę, a nie przemoc.
Thaksin Chinnawat jest muzułmaninem jak większość osób na stanowiskach (znacząca zmiana w porównaniu z sytuacją sprzed sześciu lat). Cały kłopot z separatystami polega na tym, iż radykalny odłam islamu głosi, jakoby zabijanie „przeciwników islamu”, czyli innowierców gwarantowało miejsce w niebie jako obrońcy Allaha, wyjaśnia.
Mam wrażenie, że recytuje doskonale przygotowaną, wielokrotnie powtarzaną mowę, zawsze w pogotowiu niezależnie od zadanego pytania. Pod pozorem oszczędności czasu nie wyraża zgody na bieżące tłumaczenie, zaprzyjaźnione studentki notują i nagrywają jego przemowę, a ja muszę kierować rozmową w ciemno.

Zdradzę ci sekret

Ale jest jeszcze jedna wersja, o której nie wolno wspominać.

Risma zaczyna zachowywać się nieco dziwnie. Daje mi konspiracyjne znaki i proponuje, żebyśmy teraz pojechały do jej pokoju przetłumaczyć w spokoju zdobyte informacje. Okazuje się jednak, że podjęła decyzję, żeby mi coś ujawnić.

W ostatniej chwili przed pożegnaniem Risma szepcze: to jest tutaj nielegalne i pokazuje mi filmik na youtube. W 2004 roku miała miejsce masakra w Tak Bai, górskiej wiosce nieopodal. Wtedy właśnie miał się narodzić ruch terrorystyczny pod hasłem separatystycznym, sponsorowany przez Al Kaidę – Ber sa tu. Jednak według ściśle tajnego tabu to nie muzułmańscy fanatycy zabili ofiary Tak Bai. Podobno rozkaz wydał król, ponieważ ludność tej wioski sprzeciwiała się jego władzy absolutnej, doszło rzekomo nawet do protestów ulicznych.

 

Wierzysz w to, Risma?

Risma mówi: jeśli coś wiem, zamykam usta. Jeśli coś widzę, zamykam oczy. Wszyscy tutaj tak robią.