Monthly Archives: Marzec 2012

Cyrk, proszę państwa, cyrk

W drodze na śniadanie spotykam magika.

Na chodniku, na ulicy barowej ustawił metalową, lekką konstrukcję, podpalił, skoncentrował się. Stanął w odpowiedniej odległości. Wpił wzrok w cel. Wziął rozbieg. Cofnął się. Dwa kroki w przód. Dwa w tył. Maksymalna koncentracja. Drobne, umięśnione, spięte do granic wytrzymałości ciało. Oczy rozszerzone, dzikie. Skupienie fakira. Pełna powaga. Krok w przód. Krok w tył. Wahadło. Rytmicznie. Do przodu, do tyłu. Próba rozbiegu. Wyczuć najodpowiedniejszy moment. Układanie się z grawitacją i rzecz jasna, z własnym ciałem. Bieg w przód. Bieg w tył. Bieg w przód. Bieg w tył. Bieg w przód.

Skok.

Ciało gładko przepływa przez obręcz i ląduje fikołkiem na miękkim worku po drugiej stronie.

Akrobata wstaje zwinnie, gasi pochodnie specjalnym kapturem i z pokerową twarzą wytrawnego gracza do tego samego kaptura zbiera od widzów datki. Gapie z aparatami fotograficznymi błyskawicznie się rozchodzą. Mężczyzna zarzuca stelaż na plecy jakby to była kurtka na wypadek deszczu i jak gdyby nigdy nic znika w tłumie.

 

PS. Zdjęcia pochodzą ze spektaklu „Smile of Angkor”, Siem Reap.


Trzy portrety

trzy kolory Kambodży, trzy odcienie tańca

yellow portrait

pink portrait

blue portrait

taniec jak podróż i podróż jak taniec, aż się kręci w głowie, kalejdoskopowe wirowanie, szaleństwo dźwięków i przestrzeni, migają tęczowe światła, muzyka huczy w uszach, pod skórą, rozproszona sensualność, przelotny dotyk, rytm, ruch, pomieszanie zmysłów, stopy bolą, ale dalej, dalej

dalej, jeszcze jedna piosenka, jeszcze jeden kraj, jeszcze jedna historia, jeszcze jeden krok, jeszcze, jeszcze.


Kamienne mona lisy

O czym uśmiecha się Mona Lisa?

Zabawa polega na tym, że właściwie nie wiadomo nawet, czy rzeczywiście się uśmiecha. W każdym razie nie zawsze.

W 2003 roku Margaret Livingstone, neurobiolog z Harvardu przebadała naukowo reakcje wzroku na obraz Leonarda. Mistrz rzuca wyzwanie mózgowi i ludzkiej zdolności postrzegania. Jego rysunek angażuje obie części siatkówki. Cienie rzucane przez kości policzkowe czynią usta znacznie ciemniejszymi od reszty twarzy. Dzięki temu patrząc Mona Lisie prosto w oczy, postrzegamy jej uśmiech przez zewnętrzną część siatkówki, a przez to wydaje się wyraźniejszy. Kiedy przyjrzeć się bezpośrednio wargom, powraca pytanie, czy to aby na pewno uśmiech?

( Badanie zostało opisane na łamach książki Richarda Wisemana „Dziwnologia”.)

Nie ma natomiast wątpliwości, że wyraz jej twarzy coś oznacza. To nie jest zwykła mina na zawołanie na okoliczność bycia portretowaną. Ona ma sekret. Wie o czymś szczególnym.

To dlatego w Angkorze o niej myślę. Słynne tajemnicze twarze też uśmiechają się historiami, których możemy się tylko domyślać, kamienne mona lisy.

 

Wybieram się na słynny show „Smile of Angkor”, w ramach zgłębiania zagadki. Raport z detektywistycznego śledztwa wypada jak następuje:

 

 


Twarze Angkoru

Voy ma 10 lat i sprzedaje origami oraz flety. Ma też absolutny talent artystyczny. Maluje skrzydlate domy, góry i oczy, zamaszystą kreską rozmazuje farbę w cieniu Angkoru. Nie podbiega jak inne dzieci, nie wrzeszczy: one dolar! Buy from me! Give me dolar, lady!  Idzie powoli przez kamienne korytarze i obserwuje. Ma wielkie, jakby antyczne oczy. Spotykamy się w miejscu, gdzie ktoś zostawił niebieski parasol. Wisi na kamiennym murze i wygląda zdecydowanie surrealistycznie na tle kamiennej świątyni. Najpierw ja fotografuję znalezisko, a potem Voy bierze je ostrożnie do ręki, rozkłada, sprawdza, czy działa, przez chwilę bawi się refleksami światła i odkłada na miejsce. Stoimy po dwóch stronach tej samej bramy, a nasze oczy rozmawiają do siebie w nieznanym nam języku. Powinnam się śpieszyć, czekają na mnie, ale jest coś niebywale hipnotycznego w tym małym chłopcu. Wyciągam farby, siadam na progu i zaczynam malować. Przygląda mi się uważnie, ma coś zwierzęcego we wzroku, pewien rodzaj czujności, choć na pewno nie strachu. Podaję mu kolorowe pudełko i pędzelek. Jest szósta rano, nikogo nie ma w okolicy, dopiero się rozjaśnia, a Voy maluje wielkie niebieskie słońce.

Wiedzieliście, że mityczny Angkor wciąż żyje? Mimo bramy z kasami biletowymi na jedynej drodze, patroli policji i tysięcy zwiedzających dzień w dzień, pomiędzy świątyniami przycupnięte są małe chatki, parę szkół. Życie w cieniu legendy, powielonej na niezliczonej ilości plastikowych magnesów, kiczowatych pocztówek i płóciennych obrazków, wciśniętej w drobniutkie rączki, wyciągnięte do ciebie i wrzeszczące: kup!

Nagie dzieci kąpiące się w świętych wodach i zwisające z drzew jak roześmiane małpki. Pozdrawiające gości, życzliwe  sprzątaczki. Niewidomy folkowy muzyk. Policjant, który podpowiada zwiedzającym, skąd zrobić najlepsze zdjęcie (jak się stanie tutaj, zobacz, plama światła wygląda jak świeca). Mniszki wciskające ci w dłonie kopcące kadzidełka pod pomnikami Buddy. Kobiety z hiszpańskimi wachlarzami na pamiątkę i chińskimi bransoletkami . Tuk tuki, przewodnicy mówiący wszystkimi językami wieży Babel. Fotograf ze staroświeckim, światłoczułym aparatem. Malarze usadowieni w cieniu murów. Uśmiechnięci konserwatorzy zabytków i archeologowie. Ludzie Angkoru. Zagadkowi Khmerowie

 

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*