Tag Archives: blog azja

Król Żółw i wyprawa do świątyni

Rozbiegane, rozskakane, roześmiane fotografie, czyli co się stanie, gdy zamiast utrzymywać dzieci w przekonaniu, że aparat to zabawka tylko dla dorosłych, z duszą na ramieniu i leciutko tylko podretuszowanym uśmiechem powiesz: sure, darling, of course you can use my camera.

Kolejna odsłona sztuki nomadycznej, movement photography:

Podobno włożenie ręki w paszczę lwa przynosi szczęście…
Podobno zęby są wykute z kamienia…
Podobno nie ma się czego bać… A jednak to właśnie one, niezmiennie stoją na straży świątyń, budynków rządowych, mostów i najważniejszych w Królestwie K. miejsc…

momentum. ścigając się z wiatrem

wrota do nibylandii. pouk pagoda.

here comes the sky
już zapomniałam jak to jest nie mieć palm za oknem. zabawne jak z symbolu dalekiej egzotyki zamieniły się po prostu w zielsko, nieco wyższą paprotkę

Zdjęcia autorstwa Nomadycznego Rodzeństwa: Solai, Danyia & Orazi Klaf, lat 7, 11, 9
http://www.thenomadicfamily.com/

Reklamy

Antyoświecenie, czyli wpis niepoprawny politycznie

Uwaga, będzie o religii. 

Wczorajsze uroczystości w świątyni Sisaket w Wientanie. Rytualna kąpiel mnichów, stających się niniejszym mistrzami buddyzmu.

Co ja właściwie robię w świątyni w Laosie? Czyżbym doznała oświecenia? W końcu po to się przecież przyjeżdża do Azji.

 

Poprawność polityczna wyprodukowała piękną formułkę, niewgłębiającą się w szczegóły. Ten wyświechtany frazes o nieświeżym oddechu mówi: wszystkie religie zasługują na identyczny szacunek. Wobec tego druga strona tego samego złotego medalu głosić musi, że wszystkie religie są jednakowo niemoralne.

Rzeczywiście, osławiona spirytualistyka Azji, po którą przybywają tłumnie turyści z całego świata, wpłynęła również na mnie.

Jest jeden Bóg.

Złoto.

Wszechobecne. Portret króla dwa razy większy od posągów boga w Tajlandii; święci mnisi w Malezji odmawiający mi rozmowy, chyba że najpierw kupię pamiątkę; rytuały oparte na pieniądzach – im więcej dasz, tym więcej błogosławieństw ześle na ciebie dobrybóg; dotacje od ubogich dla nieprzyzwoicie bogatych; gigantomania; bijący w oczy biznes.

Nawet jeśli kiedykolwiek istniała, nie ma już religii. Zginęła przygnieciona złotem.

Jak w tej antycznej historii, w której cesarz na swoje urodziny kazał pomalować małych chłopców żywym złotem. Skóra pokryta ciężkim kruszcem nie była w stanie oddychać, w związku z czym chłopcy umarli.

Jaka piękna katastrofa!

(…)

Wierni składający „dary”, czyli żywą gotówkę dla Jaśnie Oświeconych. Procesja, podczas której mnisi depczą pełnymi błogosławieństw stopami po stułach kobiet, a one w zamian za to upychają im grube pliki banknotów do symbolizujących ubóstwo płóciennych toreb. 

A mimo to wpakowałam się dobrowolnie w samo centrum tego zamieszania, wstaję o 4 rano (na „wakacjach” bądź co bądź), żeby przez dwie godziny odprawiać jakieś absurdalne modły w języku, którego nie rozumiem, uczę się na pamięć grzecznościowych formułek, hierarchii, pokłonów i sposobu poruszania się w obecności starszych, przenoszę się z jednej świątyni do drugiej, cierpliwie odpowiadam na te same pytania, żeby dać szansę mnichom poćwiczyć angielski, wykonuję mnóstwo pokornych rytuałów, które są tak niezgodne z moim charakterem jak to tylko możliwe i zagryzam wargi, gdy trafia mnie szlag, dlaczego?

Nabieram kontekstu.

Wychodzę poza horyzont.

Daję krok w nieznaną wodę.

A raczej skok na główkę, na głębię przecież.

Ćwiczę perspektywę. Jak w fotografii.

Działa.

Dziś dowiedziałam się, że po pierwsze to jedyny taki przypadek w historii świątyni, żeby nocowała tu kobieta i panuje w związku z tym niemałe poruszenie wśród wszystkich za wyjątkiem „mistrza”, który ze świetlistym uśmiechem zezwolił mi na pobyt tutaj, jak długo zechcę.

Po drugie jednak pokój, który zajmowałam nie jest, jak początkowo sądziłam, wolną, nieużywaną przestrzenią, ale jeden z młodych mnichów musiał się dla mnie przeprowadzić.

Wobec tego z niespodziewanym żalem przerzuciłam swój plecak pod adres zwany Wat Su Pa Luang. Nieco poza miastem, wśród palm i zaniedbanej roślinności, śmieci i –zaskakująco- jesieni, mieszkają mnisi i zakonnice w małych domkach z ogródkami. W „świętej wiosce” jest ziołowe spa, czyli drewniany domek na palach, z którego wydobywa się silnie aromatyczna, zdrowotna para. To jedyne miejsce zamieszkane przez mniszki. W rzeczywistości jednak nie są to dziewice, które poświęciły swoje życie Buddzie, ale niemal co do jednej – wdowy, dożywające na świątynnych dotacjach ostatnich dni (zostaję przedstawiona jednej z nich – ta jest młódka, ma 86 lat. Moja mama, u której będziesz spała, ma 98. 2 lata do setki i co ty na to? Tak, ta tutaj mehao – tytuł oznaczający mniej więcej „Jaśnie mądrzejsza” -jest jeszcze bardzo młoda. Ale moja mama ma prawie 100! Zapamiętaj!). Dzika wersja domu starości. W dodatku mieszkanki ubrane są obowiązkowo w białą powiewną szatę do złudzenia przypominającą pidżamę. Ogolone głowy tuż przy skórze, brak brwi. O świcie jest chłodno, więc krzątają się po zagródkach w białych identycznych czapeczkach, spod których wystają tylko żółwie oczy. Po zsumowaniu wychodzi coś pomiędzy szpitalem psychiatrycznym a miastem duchów.

Mniszki podczas procesji

Witamy w fascynującym Laosie.

PS. Pod słowo „buddyzm” w zależności od szerokości geograficznej proszę sobie podstawić „hinduizm”, „chrześcijaństwo” czy „islam”, bez różnicy. Gdyż, jak wszyscy dobrze wiemy, każda religia zasługuje na takie samo traktowanie.