Tag Archives: blog podróżniczy

Król Żółw i wyprawa do świątyni

Rozbiegane, rozskakane, roześmiane fotografie, czyli co się stanie, gdy zamiast utrzymywać dzieci w przekonaniu, że aparat to zabawka tylko dla dorosłych, z duszą na ramieniu i leciutko tylko podretuszowanym uśmiechem powiesz: sure, darling, of course you can use my camera.

Kolejna odsłona sztuki nomadycznej, movement photography:

Podobno włożenie ręki w paszczę lwa przynosi szczęście…
Podobno zęby są wykute z kamienia…
Podobno nie ma się czego bać… A jednak to właśnie one, niezmiennie stoją na straży świątyń, budynków rządowych, mostów i najważniejszych w Królestwie K. miejsc…

momentum. ścigając się z wiatrem

wrota do nibylandii. pouk pagoda.

here comes the sky
już zapomniałam jak to jest nie mieć palm za oknem. zabawne jak z symbolu dalekiej egzotyki zamieniły się po prostu w zielsko, nieco wyższą paprotkę

Zdjęcia autorstwa Nomadycznego Rodzeństwa: Solai, Danyia & Orazi Klaf, lat 7, 11, 9
http://www.thenomadicfamily.com/


Antyoświecenie, czyli wpis niepoprawny politycznie

Uwaga, będzie o religii. 

Wczorajsze uroczystości w świątyni Sisaket w Wientanie. Rytualna kąpiel mnichów, stających się niniejszym mistrzami buddyzmu.

Co ja właściwie robię w świątyni w Laosie? Czyżbym doznała oświecenia? W końcu po to się przecież przyjeżdża do Azji.

 

Poprawność polityczna wyprodukowała piękną formułkę, niewgłębiającą się w szczegóły. Ten wyświechtany frazes o nieświeżym oddechu mówi: wszystkie religie zasługują na identyczny szacunek. Wobec tego druga strona tego samego złotego medalu głosić musi, że wszystkie religie są jednakowo niemoralne.

Rzeczywiście, osławiona spirytualistyka Azji, po którą przybywają tłumnie turyści z całego świata, wpłynęła również na mnie.

Jest jeden Bóg.

Złoto.

Wszechobecne. Portret króla dwa razy większy od posągów boga w Tajlandii; święci mnisi w Malezji odmawiający mi rozmowy, chyba że najpierw kupię pamiątkę; rytuały oparte na pieniądzach – im więcej dasz, tym więcej błogosławieństw ześle na ciebie dobrybóg; dotacje od ubogich dla nieprzyzwoicie bogatych; gigantomania; bijący w oczy biznes.

Nawet jeśli kiedykolwiek istniała, nie ma już religii. Zginęła przygnieciona złotem.

Jak w tej antycznej historii, w której cesarz na swoje urodziny kazał pomalować małych chłopców żywym złotem. Skóra pokryta ciężkim kruszcem nie była w stanie oddychać, w związku z czym chłopcy umarli.

Jaka piękna katastrofa!

(…)

Wierni składający „dary”, czyli żywą gotówkę dla Jaśnie Oświeconych. Procesja, podczas której mnisi depczą pełnymi błogosławieństw stopami po stułach kobiet, a one w zamian za to upychają im grube pliki banknotów do symbolizujących ubóstwo płóciennych toreb. 

A mimo to wpakowałam się dobrowolnie w samo centrum tego zamieszania, wstaję o 4 rano (na „wakacjach” bądź co bądź), żeby przez dwie godziny odprawiać jakieś absurdalne modły w języku, którego nie rozumiem, uczę się na pamięć grzecznościowych formułek, hierarchii, pokłonów i sposobu poruszania się w obecności starszych, przenoszę się z jednej świątyni do drugiej, cierpliwie odpowiadam na te same pytania, żeby dać szansę mnichom poćwiczyć angielski, wykonuję mnóstwo pokornych rytuałów, które są tak niezgodne z moim charakterem jak to tylko możliwe i zagryzam wargi, gdy trafia mnie szlag, dlaczego?

Nabieram kontekstu.

Wychodzę poza horyzont.

Daję krok w nieznaną wodę.

A raczej skok na główkę, na głębię przecież.

Ćwiczę perspektywę. Jak w fotografii.

Działa.

Dziś dowiedziałam się, że po pierwsze to jedyny taki przypadek w historii świątyni, żeby nocowała tu kobieta i panuje w związku z tym niemałe poruszenie wśród wszystkich za wyjątkiem „mistrza”, który ze świetlistym uśmiechem zezwolił mi na pobyt tutaj, jak długo zechcę.

Po drugie jednak pokój, który zajmowałam nie jest, jak początkowo sądziłam, wolną, nieużywaną przestrzenią, ale jeden z młodych mnichów musiał się dla mnie przeprowadzić.

Wobec tego z niespodziewanym żalem przerzuciłam swój plecak pod adres zwany Wat Su Pa Luang. Nieco poza miastem, wśród palm i zaniedbanej roślinności, śmieci i –zaskakująco- jesieni, mieszkają mnisi i zakonnice w małych domkach z ogródkami. W „świętej wiosce” jest ziołowe spa, czyli drewniany domek na palach, z którego wydobywa się silnie aromatyczna, zdrowotna para. To jedyne miejsce zamieszkane przez mniszki. W rzeczywistości jednak nie są to dziewice, które poświęciły swoje życie Buddzie, ale niemal co do jednej – wdowy, dożywające na świątynnych dotacjach ostatnich dni (zostaję przedstawiona jednej z nich – ta jest młódka, ma 86 lat. Moja mama, u której będziesz spała, ma 98. 2 lata do setki i co ty na to? Tak, ta tutaj mehao – tytuł oznaczający mniej więcej „Jaśnie mądrzejsza” -jest jeszcze bardzo młoda. Ale moja mama ma prawie 100! Zapamiętaj!). Dzika wersja domu starości. W dodatku mieszkanki ubrane są obowiązkowo w białą powiewną szatę do złudzenia przypominającą pidżamę. Ogolone głowy tuż przy skórze, brak brwi. O świcie jest chłodno, więc krzątają się po zagródkach w białych identycznych czapeczkach, spod których wystają tylko żółwie oczy. Po zsumowaniu wychodzi coś pomiędzy szpitalem psychiatrycznym a miastem duchów.

Mniszki podczas procesji

Witamy w fascynującym Laosie.

PS. Pod słowo „buddyzm” w zależności od szerokości geograficznej proszę sobie podstawić „hinduizm”, „chrześcijaństwo” czy „islam”, bez różnicy. Gdyż, jak wszyscy dobrze wiemy, każda religia zasługuje na takie samo traktowanie.


Gypsy princess

Grecki styl życia jest zaraźliwy, żyję teraz nocami, gdy temperatura na zewnątrz nie napada na mnie jak wściekły zwierz z wyszczerzonymi i co gorsza wysuszonymi kłami. Po zmroku to miasto wciąż ma w sobie coś z dzikiego kundla, ale przynajmniej zarówno on, jak i ja, możemy przełykać ślinę. W ciągu dnia piszę na laptopie w pokoju nad światem ze zbawienną klimatyzacją nad głową. Zwykle jestem przeciwniczką tego urządzenia, ale tu nie zdziwiłabym się, gdyby powstała sekta czcicieli klimatyzacji. Za to wieczorem, gdy mój mózg paruje od nadmiaru informacji/pikseli/słów, idziemy na „spacer”. To znaczy bierzemy wściekle czerwony motor Ioannisa i śmigamy przed siebie. Najpierw nie dbając o kierunek, tylko o prędkość, byle szybciej, byle więcej wiatru we włosach (uwielbiam Grecję za jej niepoważny stosunek do prawa, między innymi do konieczności noszenia kasku). Potem mówię Ioannisowi, żeby mnie zabrał w jakieś interesujące miejsce i to jest zawsze porażka. Niemniej jednak w drodze do tego beznadziejnie turystycznego miejsca, w którym nie ma nic (punkt widokowy, park, plaża) każdorazowo udaje mi się wypatrzeć coś znacznie ciekawszego. Tym sposobem lądujemy w opuszczonej piekarni wojskowej, gdzie wspinamy się przez okno i pijemy moje ulubione wino, siedząc na traktorze. Wszystkie sprzęty jak wielkie skomplikowane labirynty rur, które kiedyś służyły do produkcji chleba, gigantyczne balie wraz z mieszadłami, których nie mogę unieść, pojazdy do użytku na hali… stoją tam nadal jak gdyby nigdy nic. Od wielu lat, nietknięte, tylko mocno zakurzone. Jakby ktoś miał zaraz otworzyć drzwi i zacząć lepić kolejne bułki. Ściemnia się błyskawicznie, szukamy duchów, ale zdaje się, że one pokazują się tylko w czasie pełni księżyca.

Następnym razem wyjeżdżamy tylko na moment, przewietrzyć moją płonącą głowę i zaraz chcę wracać do pracy. Ioannis próbuje mnie zawieźć do kolejnego parczku, ale zauważam przy autostradzie młyńskie koło i mówię mu, żeby skręcał. Okazuje się, że coś, co z perspektywy pędzącej Hondy wyglądało na jakiś zapyziały festyn, jest wielkim parkiem rozrywki z prawdziwego zdarzenia. Ze wszystkimi roller coasterami i tego typu zabawkami do podwyższania ciśnienia. Kupujemy wejściówkę na wszystko i zostajemy aż do zamknięcia.

Załapujemy się też na show akrobatyczny. Doskonałość ciał, odwagi i iskra poczucia humoru, mieszanka wybuchowa. Założyciel i szef High Dive Oliver Favre Bulle jest rekordzistą Guinessa w nurkowaniu do jeziora z 54 m (!!!), rekord nie pobity od 1987 roku aż do dzisiaj. Chłopaki robią pokaz nurkowy, skaczą do małego basenu o średnicy 7 m z coraz większych wysokości i tak aż do 25 m. High dive z saltem, podwójnym saltem, potrójnym… Imponujące. A potem… kiedy wygląda na to że już po wszystkim, chłopcy wbiegają na podium raz jeszcze, tym razem w strojach klaunów i kolorowych perukach. Zabawa zaczyna się od początku, tyle że tym razem popełniają histeryczne „błędy”, które kończą się np. tym, że niby kłócąc się o to, kto teraz skacze, przewracają się z trampoliny wszyscy trzej i ostatecznie salto wykonują jako jedna splątana oślepiająco kolorowa szamocąca kulka. Cudowne. Nawet gdy z basenu tryskają ogromne ilości wody na widzów.

Żeby się wysuszyć, idziemy na karuzelę, popularną na wszystkich jarmarkach „łańcuchową”, tyle że ta jest na wysokości 72 m… Nazywa się Star Flyer i muszę przyznać, że robi wrażenie. Potem jest tylko lepiej. Jedna z bardziej ciarkopędnych, choć niepozornych rzeczy to Shock Tower. Trick polega na torturze psychicznej, wjeżdżasz sobie 40 metrów w górę i… wisisz. Siedzisz tak idiotycznie zawieszony na jakiejś absurdalnej wysokości, zastanawiasz się, co ty tam do cholery robisz i wiesz, że coś się musi zdarzyć, ale właśnie nie dzieje się nic. Więc dla rozrywki zaczynamy się kłócić z Ioannisem na nasz ulubiony temat – tzn. ja mówię, że Ateny są szkaradne, a on że nigdy w życiu. Miejsce jest wymarzone na tego typu spory, bo rozciąga się stamtąd widok na całe miasto – pod nami Carrefour, Media Markt, jakiś inny obskurny supermarket… Wisimy nadal, to czekanie jest chyba jednym z bardziej ekstremalnych sportów, jakie znam. Wisimy i wisimy, mam wrażenie, że jedynie tam na górze czas stoi w miejscu, ale potem oglądam cały proceder jeszcze mnóstwo razy z dołu i za każdym razem mija parę minut nim cokolwiek się zacznie dziać. Wisimy, gdy wreszcie, po całej wieczności – nagle!, znienacka! – blokada puszcza. Spadamy. Z zawrotną prędkością. Siła rozpędu unosi mnie w krześle i uwielbiam to.

Ostatnia z moich małych przyjemności, które muszę opisać to 6G. Takie trochę bungee tyle że na siedząco – http://www.allou.gr/Games/Adrenaline/6G.aspx . Absolutna totalność fruwania, podniebnych fikołków, wystrzeliwania się z katapulty i niemożności złapania tchu z radochy pomieszanej ze strachem. W którymś momencie tych szaleńczych wybryków spada mi bransoletka z pacyfkami, którą dostałam od podróżniczki Lalli (http://yakooseska.blox.pl/html) na szczęśliwą podróż. Siła wyrzutu sprawia, że nawet nie chce mi się myśleć o obszarze do poszukiwań. Szkoda, bo zawsze gubię biżuterię po kilku dniach, a tę mam już dwa miesiące i rzecz jasna, zawieruszałam ją setki razy, ale zawsze znajdowała się w najdziwniejszych okolicznościach. A kiedyś prawie zostałam przez nią pobita… Pracownik Parku pomaga mi wysiąść, podaje mi rękę, ma na niej coś kolorowego, patrzę z niedowierzaniem, a on śmieje się: podoba Ci się? I mruga do mnie i mówi, że mogę sobie wziąć. Moja bransoletka! Upadła mu pod nogi…

*
I teraz ciekawostka: to uczucie szybowania, zastrzyk adrenaliny w otwarte żyły, eksplozja jednoczesnego lęku i satysfakcji to jest to samo uczucie, które tak dobrze znam z zamieszek na Syntagmie. Wesołe miasteczko rewolucji…


wojna po raz trzeci

Zabawne, jak można się przyzwyczaić nawet do strachu.

28. czerwca 2011, Syntagma square:

c.d.n.


łatwopalność w krwiobiegu

Jakby w żyłach wciąż jeszcze krążyły resztki substancji drażniących. W powietrzu alarmowa łatwopalność, wystarczy najdrobniejsza iskra, by wybuchł kataklizm. Ludzie kłócą się wszędzie i zawsze. W kolejce po lunch, w toalecie, na głównym placu, w informacji… Plaga. Krążą plotki jakoby dwa samochody transmisyjne z wielkimi antenami, nie należały wcale do tv, ale do rządu. Podobno emitują podprogowe dźwięki mieszające ludziom w głowach. Że niby jesteśmy sterowani,  zaprogramowani na agresję.
Uciekam więc na typowo grecką tradycyjną imprezę. Imieniny na 30 osób w ciasnym, przytulnym mieszkanku, takim do życia, a nie do pokazywania, z ręcznie robionymi przez rodziców Zaka maskami na ścianach, z pozowanymi przy różnych okazjach fotografiami, dokumentującymi życie rodziny, z wielkim, brzydkim i kochanym psem. Z pełną lodówką, otwartymi drzwiami, całą familią mieszkającą w najbliższym sąsiedztwie. Goście witają się, jakby nie widzieli się sto lat, komentują każdą zmianę, nowa fryzura Zaka zostaje nazwana „pink Bob Marley”, ale i tak wygrywa tatuaż jego kuzynki. Rysunek znajduje się na karku, ona podnosi włosy do góry i pokazuje klucz wiolinowy z kilkoma nutami wokół. Przyglądamy się, ładne, ale okazuje się, że to nie wszystko. Każdy z dźwięków odpowiada jakiejś sylabie, a ta z kolei rozpoczyna imię i symbolizuje konkretną kobietę w rodzinie. Seniorka rodu spontanicznie całuje nutkę, która ją oznacza, ma wzruszenie w oczach, potem tata Zaka robi to samo, wszyscy się cieszą, są dumni z pomysłu i wykonania.

Kolację jemy na kolanach, część krzeseł trzeba wystawić na balkon, bo się nie mieszczą, ale nikomu to nie przeszkadza. Tańce, w tym małym pokoiku, trwały do 3.30 nad ranem. Najzacieklej tańczyli starsi – dziadkowie, wujostwo, nie ważne kto z kim, babcia z chłopakiem swojej wnuczki, dwaj mężczyźni razem, trzy kobiety, czyste odczuwanie muzyki. Pilnują mnie, żebym nie przestawała robić zdjęć, wyczyniają swoje najbardziej popisowe figury przed obiektywem, śmieją się: Grecy to wariaci, co? To nie jest jakieś tam nieśmiałe podrygiwanie, ale podskoki, wymachy,szalone obroty, trzęsienie czym się da, ruchy kocie, wężowe, presleyowe, taniec z papierosem… Próbują mnie nauczyć paru kroków i mimo tego, że chyba nie jestem najzdolniejszą uczennicą, przyjmują do rodziny, wycałowują serdecznie w oba policzki. Amfitriti, siostra Zaka robi mi makijaż, jego mama daje nam na drogę wielką butlę pysznego różowego wina ręcznej roboty i zmrożoną wodę.

Następnego dnia gdy wychodzimy na przystanek, otwierają się drzwi piętro niżej i wychyla się babcia Zaka z  zimnym tajemniczym dużym pudełkiem, w środku są lody: różowe, kremowe, czekoladowe, dwukolorowe, uśmiecha się figlarnie i każe nam sobie wybrać te, na które mamy ochotę; na schodach wpadamy jeszcze na jakiś kuzynów, z którymi musimy się rzecz jasna wycałować i pogadać chwilę ściśnięci w ciasnym korytarzu między piętrami; a w domu naprzeciwko pozostała część rodziny wychodzi na balkon, żeby krzycząc przez szerokość całej ulicy, dowiedzieć się, czy nauczyłam się tańczyć…


Kind of into the wild. Rumunia.

W Grabówce wita mnie Vedder, głośniki są ustawione w drzwiach i to najlepszy z możliwych znaków na drogę. Znów mogę pana słuchać, panie Eddie, znów jestem w podróży, choćby przez chwilę. Jak gdyby nigdy nic, jakby nie było Sopotu, jakbym nie zastanawiała się, czy jeszcze pamiętam, „jak to się robi.” Szczęśliwie, sprawdzają się moje podejrzenia: z włóczeniem jest jak z jazdą na rowerze – jak się raz złapie o co chodzi, już się nie zapomina. Prawdę mówiąc, nie da się zapomnieć, choćby się bardzo starało. Nie bez powodu nałóg wędrówki jest jednym z dwóch, do których się przyznaję… Co więcej, wchodzę w nowy wymiar podróżowania, następny etap wtajemniczenia; jest jeszcze intensywniej niż było ostatnim razem, zadziwiające, że to w ogóle możliwe.

*
Pod wpływem muzyki zaczynamy rozmawiać o „Into the wild”. Dochodzimy wspólnie do wniosku, że McCandless był „troszeczkę idiotą”, bo, u diabła, nie chodzi o to, by się obrazić na cały świat za to, że nie jest idealny i uciec do lasu. Rzecz rozbija się jak zwykle o tworzenie (tym razem nie o definicje…). Oglądałam ostatnio „Podaj dalej”, który odwraca pytanie: co świat ma mi do zaoferowania? na: co ja mam światu do zaoferowania? …

*
To jeszcze tak z rozpędu o tym, co to znaczy układanie sobie życia:

Roman: Siedziałam ostatnio na Rynku w Krakowie i puszczałam bańki mydlane. Gdybym dostawała złotówkę za każde zdjęcie, które mi zrobili turyści, byłabym bogata. Ależ bym sobie ułożyła życie!

Ja: Układanie sobie życia jest mocno przereklamowane…

Roman: No, ale tylko pomyśl: ociepliłabym dach!

*
A potem jadę dalej.
a potem jadę dalej
Sekundę po przekroczeniu granicy już zmieniam zdanie.

Pierwszy samochód, na który macham, jedzie na Rumunię. Daję się skusić i bez chwili wahania rezygnuję z pierwotnego „planu” najkrótszej drogi – przez Węgry i Serbię. Rumunia należy do listy moich „miejsc naprawdę”. W przeciwieństwie do Słowacji, która jest jak domek dla lalek – wszystko jest miniaturowe, pastelowe, czyściutkie, milutkie i równiutkie, nawet język składa się głównie ze zdrobnień; albo Belgii, która jest szklana, co chwilę napotyka się na niewidzialne ściany, a zwłaszcza między ludźmi; lub Niemczech, które nie dość, że wycięte z szablonu, to jeszcze poprawione od linijki; więc w przeciwieństwie do nich Rumunia jest prawdziwa, pełnokrwista.

Mam jeszcze jedną szaloną teorię. Zastanawia mnie, dlaczego tutaj policyjne samochody na bokach mają napisy, które czyta się od lewej do prawej, a na masce – na odwrót, czyli AITILOP. I nie zdziwiłabym się wcale, gdyby to było po to, żeby utrudnić przestępcom identyfikację wroga, gdy go podjeżdżają od frontu. Przysięgam, to bardzo rumuńska logika.

Niestety, mój kierowca rozbija tę piękną tezę i wyjaśnia, że chodzi o ułatwienie odcyfrowania komunikatu w lusterku wstecznym.

Namawiam go, żeby wypił sobie kawkę i korzystając z przystanku, uciekam na błyskawiczne doświadczanie miejsca. Jesteśmy w Comuna Boita, zakradam się do kościoła, żeby nieśmiało z kącika zrobić parę zdjęć. W środku są dwie staruszki w tradycyjnych chustach i chłopaczek lat około 10, huśtający się na krześle. Jedna z babć się modli, a druga śmieje się ze mnie pięknym niemal bezzębnym uśmiechem. Właśnie tak, nie do mnie, a ze mnie, ale robi to tak serdecznie, że natychmiast ją lubię. Woła do mnie coś zachęcającego i pokazuje, że mam się nie wygłupiać. Wyciągam więc nieco śmielej aparat przed siebie, ale wciąż nie wiem, czy pozwolenie dotyczy tylko świątyni czy także ludzi. Fotografuję więc różne osobliwości jak ministranckie skarpetki i kaszkiet schowane za czymś w rodzaju ołtarza, a ułożone starannie na świętych księgach czy też wielki złoty zegarek, który chyba ma przypominać o upływającym czasie, choć w kraju, gdzie mało kto przejmuje się czymś tak abstrakcyjnym jak pojęcie czasu, chyba tylko bóg patrzy na zegarek. Chłopiec, który przed chwilą wyczyniał karkołomne akrobacje na drewnianym, niezbyt solidnie wyglądającym krześle, teraz wspina się nienajczystszymi butami po ścianie z freskami, żeby wisząc na parapecie zamknąć okno. Babuszka kończy modlitwę, aby zawołać innego, nieco starszego chłopaka i każe mu zapalić światła, bo chyba zwariowałam, że robię zdjęcia w takim półmroku. Chłopiec zapala wszystko, co tylko da się zapalić, potem prowadzi mnie do innej części kościoła i próbuje przekazać, puchnąc z dumy, że tylko on może tam wchodzić, bo jest ministrantem, ale ustawia mnie w progu i przykazuje sfotografować sufit . Koniecznie sufit, nie tylko w zakrystii, ale wszędzie. Sufit jest najfajniejszy. Wierni drepczą za mną i pokazują palcami, gdzie są najlepsze kawałki malowideł i co jeszcze muszę udokumentować. Podchodzi do mnie jeszcze jedna staruszka i wciska garść święconego chleba owiniętego w gazetę. Wszyscy coś opowiadają i nikomu absolutnie nie przeszkadza, że ja ledwo co rozumiem. Rumuński jest nieco podobny do włoskiego, więc bazuję na tym, co mi wychodzi w tym języku najlepiej: intonacji i gestykulacji. Gadam bez ładu i składu, wzdycham, wymachuję rękami i aparatem, a oni się cieszą i chcą, żebym została na mszy. Leniwie biją dzwony, nawet dźwięk rozchodzi się w powietrzu jakby wolniej, ludzie już się schodzą, najpierw same staruszki, później pani z okolicznego sklepiku, wciąż w fartuchu, następnie cała wielopokoleniowa rodzina, wszyscy w eleganckich, świeżo uprasowanych koszulach, a senior rodu także w tradycyjnym kapeluszu. Na ławeczce siedzą dwie starowinki, pytam, czy mogę zrobić zdjęcie, jedna się nie zgadza, ale druga zaraz szturcha ją i macha ręką, że mam robić i się nie przejmować.

bujanie w kościele

święty chleb, mam w plecaku całą garść, więc nic złego nie może mi się stać...

światło i akrobata

trzy świętości - flaga, ikona i babcia

święty Czas

sufit jest najfajniejszy

na wypadek chłodnej mszy - skarpetki zakamuflowane wśród biblii i kaszkietówka

trolle z przydrożnego sklepiku o dumnej nazwie: non stop

Mówiłam już, że uwielbiam Rumunię?


kolaż dworcowy

popatrz na mnie

widzę twoją twarz

czas do góry nogami

czas robi fikołki, zawisa do góry wskazówkami, bawi się ze mną, kręci (się), buja (się)... czas gra w podróż.

dworzec balonowy

Michael does believe in faires. Do u believe in faires? Do u believe in Michael?

jeszcze zdążymy

nie jest za późno. jeszcze zdążymy. wojna to będzie straszna, gdyż czas nas będzie chciał zniszczyć, lecz nam się uda zachwycić go. sdm.

zawsze możesz wysiąść

zawsze można wysiąść

zawsze możesz wysiąść

alternatywny rozkład jazdy


o językach obcych

uczę się hiszpańskiego. dzisiaj metodą na tango. wiem już niemal wszystko o miłości dramatycznej (el amor dramatica), nieujarzmionej zazdrości (celos salvajes), porywach namiętności (rafaga de pasion)… tylko jakoś nigdzie nic nie ma o kupowaniu biletu lub sałaty… chyba muszę znależć piosenkę o romantycznych spojrzeniach (mirada romantica) między kolejarzem a  ekspedientką w warzywniaku…

na swoje usprawiedliwienie mam słówka typu gorączka (fiebre), która, czy to miłosna, czy tropikalna, brzmi tak samo. a to już jest dość praktyczna wiedza, choć mam nadzieję nie mieć okazji do jej  używania, zwłaszcza w znaczeniu nr 2…

Aprende, si tenías vivir perennemente. Vive, si tenías morir mañana.

(Ucz się, jakbyś miał żyć wiecznie. Żyj, jakbyś miał umrzeć jutro.)


wybierz sobie piekło

Moja młodsza siostra przypomniała mi mój ulubiony niegdyś dowcip:
Do piekła trafia grzesznik. W progu wita go uśmiechnięty diabeł i pyta:
– Od czego życzy pan  sobie zacząć swoją przygodę w piekle? Wino, kobiety, śpiew? A może rejs w nieznane własnym luksusowym jachtem?

Grzesznik zastanawia się, gdy nagle słyszy straszne wrzaski dobiegające jakby zza ściany.
– Co tam się dzieje? – pyta przerażony.
– A, nic takiego – macha lekceważąco ręką diabeł. – To tylko katolicy smażą się w smole.
– Jak to, katolicy, dlaczego?
– Cóż, każdy ma takie piekło, jakie sobie wymyślił…

Dlaczego opowiadam o tym na podróżnym przecież blogu? Bo nie tylko piekło mamy takie, jakie sobie wymyślimy. Ale i niebo, i ewentualny czyściec i drogę. I o drogę właśnie chodzi. O to, że każda podróż jest odzwierciedleniem tego, co mamy wewnątrz.

Moja włóczęga to sól oceanu w potarganych włosach; ten cudowny rodzaj zmęczenia po całym dniu wędrówki z plecakiem; tango w portowej dzielnicy ze starym maestro, który ma tyle zmarszczek na twarzy co iskier w oczach i przetańczonych piosenek; porozumienie w pół spojrzenia ze spotkanymi po drodze backpackersami; lekko fałszująca melodia harmonijki ustnej kołysząca do snu pod bezwstydnym niebem; celebracja – słońca, ognia, księżyca, każdej chwili… Czego tu się lękać?

Rzecz jasna, zdaję sobie sprawę z tego, że czasami jest brudno, zimno, albo wręcz przeciwnie – tak gorąco, że każdy najmniejszy ruch jest wyzwaniem, karaluchy spadają na głowę, a tropikalne owady przenoszą nie mniej tropikalne choroby. Na szczęście na przekór wszystkim tarapatom mam jeszcze tajną broń – błogosławioną, roztańczoną improwizację. Zwykle działa.

Przy okazji odpowiadam na odwieczne pytanie: nie boi się pani?! (…tak sama, tak daleko, w takie niebezpieczne miejsca…) Jasne, czasami się boję, ale odwaga nie polega na nieodczuwaniu strachu, tylko na działaniu pomimo niego! Lęk jest terrorystą, przykłada lodowatą lufę do skroni i paraliżuje. A trzeba po prostu robić swoje. Jak gdyby nigdy nic.

Bo „być może odważni nie żyją długo, ale bojaźliwi nie żyją wcale.”


każda podróż jest śmiercią

tym razem nie nagłą, nie tragiczną, ale powolną i planowaną. ważę w dłoniach każdą jedną  rzecz, biorę do rąk po kolei każdą książkę i zastanawiam się nad jej wagą, dosłowną i metaforyczną, po raz kolejny liczę, ile swetrów potrzebuje do życia człowiek, raz jeszcze sprawdzam, jak dużo znaczeń można zmieścić w jednym małym plecaku… robię rachunek posiadania, remanent nomadyzmu.

podobno przed śmiercią człowiekowi przelatuje przed oczami całe życie.

kiedyś na Ukrainie spadałam ze skały do rwącego górskiego potoku. właśnie wtedy, koziołkując w dół, przypomniałam sobie:  o, teraz powinnam zobaczyć film ze swojego życia, ciekawe… bardzo wyraźna myśl, pełen spokój, oczekiwanie. i nic, filmu nie było.

za to teraz znajduję mnóstwo surrealistycznych listów, numerów telefonów nabazgranych na wymiętej kartce, złamany obcas, rozmazaną fotografię, autostopową tekturkę z napisem w wielu językach: dokądkolwiek, kolczyk, którego zgubienie sprowokowało niegdyś zatarcie granic między jawą a snem… i widzę cały kalejdoskop sopockich chwil.

może nie przed, a po śmierci można usiąść w czerwonym, kinowym wygodnym fotelu i zobaczyć pokaz premierowy.

a testament?

„…najwyższą wolą
moją jest niepewność. (…)
Dachom trójkątnym, łagodnym i płaskim
powierzam moje stopy lunatyka. Czasy są takie
niepewne. A na dachy nikt nie rzuca skórek
od bananów. ”

Edward Stachura „Wielki Testament”