Tag Archives: dookoła światła

Ulicznica Kambodża

Za uliczność, bezwstydność, za to, że całe życie rozgrywa na widoku, w kurzu i królewskim słońcu lub w strugach nagłego, dzikiego deszczu, pootwierane na oścież okna i drzwi, nagie dzieci, ludzie funkcjonujący przez cały dzień w kolorowych pidżamach, publiczne pogrzeby, na których ofiarowuje się bogom papierosy, jakby na przetestowanie ich słynnej nieśmiertelności…

czyli za co, mimo wszystko, da się kochać Azję:

Sprzedawczyni smażonych karaluchów drzemiąca przy ulicy w oczekiwaniu na klientów

Czego nie robi się na ulicy? Nie należy dotykać osoby przeciwnej płci, pary nie trzymają się nawet za ręce.

Nie całuje się! Nie tylko publicznie, ale w ogóle! Pocałunek po kmersku to zbliżenie twarzy do policzka ukochanej/ukochanego i lekkie wydmuchnięcie powietrza nosem. Kropka.

Tak, też nie wierzyłam, ale na czas pobytu w Kambodży można zapomnieć o pocałunkach w usta.

Rytuał Lucky Water. Świątynia w okolicy Floating Village niedaleko Siem Reap, mnich oblewa wiernych wiadrami zimnej wody, mrucząc przy tym mantry zsyłające „good luck”

Para młodych Khmerów podczas rytuału oczyszczenia z grzechów

 

Reklamy

Kamienne mona lisy

O czym uśmiecha się Mona Lisa?

Zabawa polega na tym, że właściwie nie wiadomo nawet, czy rzeczywiście się uśmiecha. W każdym razie nie zawsze.

W 2003 roku Margaret Livingstone, neurobiolog z Harvardu przebadała naukowo reakcje wzroku na obraz Leonarda. Mistrz rzuca wyzwanie mózgowi i ludzkiej zdolności postrzegania. Jego rysunek angażuje obie części siatkówki. Cienie rzucane przez kości policzkowe czynią usta znacznie ciemniejszymi od reszty twarzy. Dzięki temu patrząc Mona Lisie prosto w oczy, postrzegamy jej uśmiech przez zewnętrzną część siatkówki, a przez to wydaje się wyraźniejszy. Kiedy przyjrzeć się bezpośrednio wargom, powraca pytanie, czy to aby na pewno uśmiech?

( Badanie zostało opisane na łamach książki Richarda Wisemana „Dziwnologia”.)

Nie ma natomiast wątpliwości, że wyraz jej twarzy coś oznacza. To nie jest zwykła mina na zawołanie na okoliczność bycia portretowaną. Ona ma sekret. Wie o czymś szczególnym.

To dlatego w Angkorze o niej myślę. Słynne tajemnicze twarze też uśmiechają się historiami, których możemy się tylko domyślać, kamienne mona lisy.

 

Wybieram się na słynny show „Smile of Angkor”, w ramach zgłębiania zagadki. Raport z detektywistycznego śledztwa wypada jak następuje:

 

 


Twarze Angkoru

Voy ma 10 lat i sprzedaje origami oraz flety. Ma też absolutny talent artystyczny. Maluje skrzydlate domy, góry i oczy, zamaszystą kreską rozmazuje farbę w cieniu Angkoru. Nie podbiega jak inne dzieci, nie wrzeszczy: one dolar! Buy from me! Give me dolar, lady!  Idzie powoli przez kamienne korytarze i obserwuje. Ma wielkie, jakby antyczne oczy. Spotykamy się w miejscu, gdzie ktoś zostawił niebieski parasol. Wisi na kamiennym murze i wygląda zdecydowanie surrealistycznie na tle kamiennej świątyni. Najpierw ja fotografuję znalezisko, a potem Voy bierze je ostrożnie do ręki, rozkłada, sprawdza, czy działa, przez chwilę bawi się refleksami światła i odkłada na miejsce. Stoimy po dwóch stronach tej samej bramy, a nasze oczy rozmawiają do siebie w nieznanym nam języku. Powinnam się śpieszyć, czekają na mnie, ale jest coś niebywale hipnotycznego w tym małym chłopcu. Wyciągam farby, siadam na progu i zaczynam malować. Przygląda mi się uważnie, ma coś zwierzęcego we wzroku, pewien rodzaj czujności, choć na pewno nie strachu. Podaję mu kolorowe pudełko i pędzelek. Jest szósta rano, nikogo nie ma w okolicy, dopiero się rozjaśnia, a Voy maluje wielkie niebieskie słońce.

Wiedzieliście, że mityczny Angkor wciąż żyje? Mimo bramy z kasami biletowymi na jedynej drodze, patroli policji i tysięcy zwiedzających dzień w dzień, pomiędzy świątyniami przycupnięte są małe chatki, parę szkół. Życie w cieniu legendy, powielonej na niezliczonej ilości plastikowych magnesów, kiczowatych pocztówek i płóciennych obrazków, wciśniętej w drobniutkie rączki, wyciągnięte do ciebie i wrzeszczące: kup!

Nagie dzieci kąpiące się w świętych wodach i zwisające z drzew jak roześmiane małpki. Pozdrawiające gości, życzliwe  sprzątaczki. Niewidomy folkowy muzyk. Policjant, który podpowiada zwiedzającym, skąd zrobić najlepsze zdjęcie (jak się stanie tutaj, zobacz, plama światła wygląda jak świeca). Mniszki wciskające ci w dłonie kopcące kadzidełka pod pomnikami Buddy. Kobiety z hiszpańskimi wachlarzami na pamiątkę i chińskimi bransoletkami . Tuk tuki, przewodnicy mówiący wszystkimi językami wieży Babel. Fotograf ze staroświeckim, światłoczułym aparatem. Malarze usadowieni w cieniu murów. Uśmiechnięci konserwatorzy zabytków i archeologowie. Ludzie Angkoru. Zagadkowi Khmerowie

 

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*


Monsieur Ramette, je t’adore

Szanowny panie psychoanalityku,

zwracam się do pana w związku z wysoce niepokojącą reakcją mojego organizmu na obejrzaną ostatnią sztukę.

Wybrałam się na wystawę pana Philippe Ramette w Bangkoku (Art and Cultural Centre). Fotografie tego francuskiego artysty są ascetyczne, przejrzyste i dość niewinne w tematyce. Ukazują człowieka (a dokładniej mężczyznę w nienagannym garniturze) wyrwanego z kontekstu, w absurdalnym świecie, gdzie   nie obowiązują reguły fizyki.

Piękna natura stanowi neutralne tło.

A mimo to! Ach, mimo to nie opuszcza mnie drażniące wielce, świdrujące przeświadczenie, że drzemie w tych zdjęciach  głęboko zakorzeniony erotyzm. Jak to możliwe, że nie tak znów przystojny artysta od niechcenia wywołuje dreszcze, białą gorączkę, pożar? To przecież tylko zbiór portretów w niecodziennych sytuacjach. Dlaczego wobec tego pulsują seksapilem? Do szału doprowadza mnie ta wątpliwość w resztki moich własnych zdrowych zmysłów. Dlaczego zamiast powiedzieć „ładne”, wyjść z galerii i zapomnieć jak każdy normalny człowiek, od kilku dni żyję w tym nierealistycznym podwodnym świecie? Może przyczyną jest właśnie woda jako główny motyw fotografii, gdyż zgodnie z prawami natury wywołuje wilgoć? Może to dojmującą samotność bohatera, prowokującą potrzebę wyobrażania sobie, co by było, gdyby w kadr wkroczyła osoba nr 2? Kobieta w czerwonej sukience o długich czarnych włosach na przykład. Do tego świata antygrawitacji gdyby nagle wsączyć kroplę życia. Czegoś nieprzewidzianego, niewłaściwego. Może sprawcą jest zwykła przekora w opozycji do zbytniej, nieludzkiej doskonałości, czystości obrazu. I jeszcze muzyka!

Siedziałam w muzeum ze słuchawkami na uszach i szukałam odpowiedniego podkładu muzycznego dla oglądanych, odczuwanych obrazów. Wreszcie znalazłam: Caetano Veloso & Lila Downs „Burn it blue”.

http://www.youtube.com/watch?v=25-JZp0CqsY

Szanowny panie psychoanalityku, bardzo proszę obejrzeć prace monsieura Ramette i powiedzieć, czy wywołują w panu erotyczne podniecenie. I proszę przetestować tymi fotografiami także swoją małżonkę. W imię medycyny i wiedzy psychologicznej. Oraz mojego spokoju farmakologicznego.

Z wyrazami szacunku,

Oddana Katrina Dybżyńska

No bo proszę tylko spojrzeć:


Magician

Spotykam go w Bangkoku, śpi na krawężniku,  pod głowę podłożył sobie biały worek z całym dobytkiem, stopa owinięta plastikowym workiem – gangrena. Zaczepiam go nieśmiało, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku, bo prawdę mówiąc, wygląda trochę nieżywo. Budzi się natychmiast i otwiera bezzębne usta w szerokim uśmiechu. Hey, how are you, zagaduje radośnie, jakbym to ja leżała na ulicy. Następnie przedstawia się elegancko perfekcyjnym angielskim i nagle zamiast śpieszyć na umówione spotkanie, rozsiadam się wygodnie w tajskim kurzu i prowadzę niepowtarzalną konwersację z mężczyzną – labiryntem. Każde zdanie prowadzi nas w nieprzewidziane zakamarki, moja część rozmowy polega właściwie na otwieraniu coraz szerzej oczu ze zdumienia. Therelat pracował w Arabii Saudyjskiej i Dubaju dla dyplomacji. Podróżował przez wiele lat dookoła świata. Styl życia bezdomnego wybrał w imię wolności. Podrzuca mi kilka pomysłów na biznes, wyrzuca z siebie adresy w Birmie, gdzie można kupić opium i opowiada o działaniu mózgu pod wpływem tego specyfiku, wreszcie zaczyna czegoś szukać w torbie. Wyciąga zniszczoną żółtą talię kart ze słoneczkami na rewersie. Tarot. To też był jeden z licznych biznesów, które prowadził. Pytam, czy postawi mi karty. Robi to zupełnie naturalnie, za darmo, chcę mu dać chociaż paczkę papierosów, ale częstuje się jednym i pali ze smakiem.

Cieszy się jak dziecko, gdy wyciągam Magika. On cię bardzo lubi, mówi. Ma do ciebie wyraźną słabość, więc podąża, gdziekolwiek pójdziesz. Teraz znów zmieniasz miejsce zamieszkania, znajdziesz tam pieniądze i szczęście. Kiedy masz magika, to już nie potrzebujesz nic innego. Jesteś pod ochroną. To karta wielkiej mocy i kreatywnego stwarzania. Indywidualność,  transformacja poprzez siłę woli. Możesz grać z żywiołami, przemieniać trudności w pozytywy z łatwością przeistaczania ognia w wodę.

A, jeszcze jedno: kup sobie plastikowy naszyjnik z Buddą, taki jak ja mam, bo on zapobiega wypadkom samochodowym. To nic, że nie wierzysz, to i tak działa.

Siedzimy w centrum Bangkoku wśród przejeżdżających z fantazją samochodów i skuterów w stylu dowolnym załadowanych trzema osobami i niezliczoną ilością pakunków, w hałasie i brudzie, patrząc z respektem na mocno zużytą kartę i kiwając głowami.


Antyoświecenie, czyli wpis niepoprawny politycznie

Uwaga, będzie o religii. 

Wczorajsze uroczystości w świątyni Sisaket w Wientanie. Rytualna kąpiel mnichów, stających się niniejszym mistrzami buddyzmu.

Co ja właściwie robię w świątyni w Laosie? Czyżbym doznała oświecenia? W końcu po to się przecież przyjeżdża do Azji.

 

Poprawność polityczna wyprodukowała piękną formułkę, niewgłębiającą się w szczegóły. Ten wyświechtany frazes o nieświeżym oddechu mówi: wszystkie religie zasługują na identyczny szacunek. Wobec tego druga strona tego samego złotego medalu głosić musi, że wszystkie religie są jednakowo niemoralne.

Rzeczywiście, osławiona spirytualistyka Azji, po którą przybywają tłumnie turyści z całego świata, wpłynęła również na mnie.

Jest jeden Bóg.

Złoto.

Wszechobecne. Portret króla dwa razy większy od posągów boga w Tajlandii; święci mnisi w Malezji odmawiający mi rozmowy, chyba że najpierw kupię pamiątkę; rytuały oparte na pieniądzach – im więcej dasz, tym więcej błogosławieństw ześle na ciebie dobrybóg; dotacje od ubogich dla nieprzyzwoicie bogatych; gigantomania; bijący w oczy biznes.

Nawet jeśli kiedykolwiek istniała, nie ma już religii. Zginęła przygnieciona złotem.

Jak w tej antycznej historii, w której cesarz na swoje urodziny kazał pomalować małych chłopców żywym złotem. Skóra pokryta ciężkim kruszcem nie była w stanie oddychać, w związku z czym chłopcy umarli.

Jaka piękna katastrofa!

(…)

Wierni składający „dary”, czyli żywą gotówkę dla Jaśnie Oświeconych. Procesja, podczas której mnisi depczą pełnymi błogosławieństw stopami po stułach kobiet, a one w zamian za to upychają im grube pliki banknotów do symbolizujących ubóstwo płóciennych toreb. 

A mimo to wpakowałam się dobrowolnie w samo centrum tego zamieszania, wstaję o 4 rano (na „wakacjach” bądź co bądź), żeby przez dwie godziny odprawiać jakieś absurdalne modły w języku, którego nie rozumiem, uczę się na pamięć grzecznościowych formułek, hierarchii, pokłonów i sposobu poruszania się w obecności starszych, przenoszę się z jednej świątyni do drugiej, cierpliwie odpowiadam na te same pytania, żeby dać szansę mnichom poćwiczyć angielski, wykonuję mnóstwo pokornych rytuałów, które są tak niezgodne z moim charakterem jak to tylko możliwe i zagryzam wargi, gdy trafia mnie szlag, dlaczego?

Nabieram kontekstu.

Wychodzę poza horyzont.

Daję krok w nieznaną wodę.

A raczej skok na główkę, na głębię przecież.

Ćwiczę perspektywę. Jak w fotografii.

Działa.

Dziś dowiedziałam się, że po pierwsze to jedyny taki przypadek w historii świątyni, żeby nocowała tu kobieta i panuje w związku z tym niemałe poruszenie wśród wszystkich za wyjątkiem „mistrza”, który ze świetlistym uśmiechem zezwolił mi na pobyt tutaj, jak długo zechcę.

Po drugie jednak pokój, który zajmowałam nie jest, jak początkowo sądziłam, wolną, nieużywaną przestrzenią, ale jeden z młodych mnichów musiał się dla mnie przeprowadzić.

Wobec tego z niespodziewanym żalem przerzuciłam swój plecak pod adres zwany Wat Su Pa Luang. Nieco poza miastem, wśród palm i zaniedbanej roślinności, śmieci i –zaskakująco- jesieni, mieszkają mnisi i zakonnice w małych domkach z ogródkami. W „świętej wiosce” jest ziołowe spa, czyli drewniany domek na palach, z którego wydobywa się silnie aromatyczna, zdrowotna para. To jedyne miejsce zamieszkane przez mniszki. W rzeczywistości jednak nie są to dziewice, które poświęciły swoje życie Buddzie, ale niemal co do jednej – wdowy, dożywające na świątynnych dotacjach ostatnich dni (zostaję przedstawiona jednej z nich – ta jest młódka, ma 86 lat. Moja mama, u której będziesz spała, ma 98. 2 lata do setki i co ty na to? Tak, ta tutaj mehao – tytuł oznaczający mniej więcej „Jaśnie mądrzejsza” -jest jeszcze bardzo młoda. Ale moja mama ma prawie 100! Zapamiętaj!). Dzika wersja domu starości. W dodatku mieszkanki ubrane są obowiązkowo w białą powiewną szatę do złudzenia przypominającą pidżamę. Ogolone głowy tuż przy skórze, brak brwi. O świcie jest chłodno, więc krzątają się po zagródkach w białych identycznych czapeczkach, spod których wystają tylko żółwie oczy. Po zsumowaniu wychodzi coś pomiędzy szpitalem psychiatrycznym a miastem duchów.

Mniszki podczas procesji

Witamy w fascynującym Laosie.

PS. Pod słowo „buddyzm” w zależności od szerokości geograficznej proszę sobie podstawić „hinduizm”, „chrześcijaństwo” czy „islam”, bez różnicy. Gdyż, jak wszyscy dobrze wiemy, każda religia zasługuje na takie samo traktowanie.


Nowy Wybór

Właśnie dlatego nie wierzę w drogowskazy. Pai, północna Tajlandia.

 

Znacie tę grę „Nowy wybór”?

Zabawa polega na tym, żeby znaleźć alternatywę dla tego, co się właśnie robi. I następną. I jeszcze. I w kółko. Bardzo praktyczne, można bawić się w nieskończoność.

Już nie Korea; chwilowo Laos, niespodziewanie. Pomiędzy Tajlandią a (iz)realem.

Kolejny skok na głęboką wodę.

Mała Tajka (lat około 7) żonglująca nożami. Festiwal kwiatów, Chiang Mai.

*

Zagubiona gdzieś w Azji nie wspomniałam nic o konkursie.

http://www.alpinus-miejodwage.pl/

Mój projekt jest pod nr 417.

Powtórka z roz(g)rywki. Zainspirowana ostatnimi zdarzeniami chciałam zgłosić wyprawę pt.” Jak dotrzeć do  najniebezpieczniejszych miejsc na Ziemi i przeżyć”, ale już za późno. Wobec tego światło, podejście drugie, bo nie wierzę w powroty, ale w „Lot nad kukułczym gniazdem”.

Więcej w zakładce „Nomadka” i w postach z okolic lutego 2011. A wkrótce reportaż z festiwalu światła w Malezji na wyspie Penang.

Głosować można za darmo. Dziękuję i pozdrawiam znad rzeki Mekong.


Szczęśliwego Nowego Smoka

Jak mnie nie ma, to znaczy że się dzieje. Szalone Brunei Darussalam, gdzie wszystko ma dwie wersje – oficjalną i nieoficjalną, spotkanie z sułtanem, polowanie na krokodyle, nielegalna prywatka w państwie szariatu, gdzie imprezy są surowo karane przez władcę, autostop przez Malezję i Tajlandię, taniec smoka, taniec feniksa i taniec lwa, Festiwal Światła w świątyni Kek Lok Si na wyspie Penang, prowadzenie samochodu w ruchu lewostronnym, ponad 20 godzin w tajskim pociągu jako jedyny obcokrajowiec w najniższej klasie, odwiedziny w domu gubernatora Pattani, wyprawa do miejsca „Nie jedź tam”, czyli w samo serce zamieszek separatystycznych…

Tancerze Long Fei Feng Wu, Penang, Malezja.

 

Czerwony Smok życzy Państwu płomiennego roku.

A ponieważ w 2012 według chińskich prawidłowości woda połączy się z ogniem, bo mamy rok Smoka w żywiole Wody, więc można igrać z ogniem


Śniło mi się niebo

Śnił mi się sąd ostateczny. Nie było żadnej matematyki, rozliczania grzechów, ważenia uczynków, odpytywania z przykazań, różańców modlitw i jałmużn. Tylko okrągłe, krowie oczy boga.

Miał zielony uśmiech Kota z Chesire z wielkimi, mięsistymi wargami, przeżuwającymi trawę.  Między jednym a drugim soczystym kęsem powiedział: cholera, dałem Ci życie jak kalejdoskop do wyczarowywania marzeń, jak doskonały lunapark z karuzelami do wirowania w głowie od słodkiego pędu, jak książki do czytania pod kołdrą przy latarce- zaszyfrowane portale, jak czysty notatnik do tworzenia słów, jak muzykę do tańczenia do utraty tchu.

Dałem ci czas, bo cóż więcej można dać skoro czas to trawa?

A ty zamieniłeś drewniane proce na ciężkie pistolety, miłość w grzech, bogów w strach, powietrze w kłęby dziwnego dymu, który wciąż jeszcze służy do dawania znaków, ale nikt już nie chce ich czytać. Co ty do diabła wyprawiasz??

Zielony sok spływał mu po brodzie.


Pomówmy o czymś innym

Dawno nie było o rewolucji.

Kontrdemokracja, czyli dlaczego hipiska czyta Politykę.

Dziś krótko i nie do końca na temat:

Wybitnym wyrazem kontrdemokracji są dziś rozlewające się po świecie ruchy oburzenia. Zarzucanie im, że nie mają jasnego programu, jest nieporozumieniem. Początkiem końca pierwszego kryzysu demokracji w XIX w. także były naiwne, wydawałoby się, postulaty: chleba i pracy! Jak mawiał ojciec niemieckiej socjaldemokracji Eduard Bernstein, cel jest niczym, ruch jest wszystkim. To właśnie w tym ruchu kontrdemokracji tworzyć się będą nowe instytucje kształtowania polityki i realizacji równościowego roszczenia. Musi ono znaleźć nowy wyraz nie przeciwko demokracji i demokratycznemu kapitalizmowi, lecz po to, by oba te projekty uratować.

Więcej pod adresem http://www.polityka.pl/rynek/ekonomia/1521426,2,rozwarstwienie-ekonomiczne-czyli-tykajaca-bomba.read#ixzz1fimwQAK8

 
No proszę, nawet ekonomiści to wiedzą: cel jest niczym, ruch jest wszystkim. Pierwsza lekcja podróżna.

Że wszystko na chwilę jest, że wszystko zmianą.

Każda fala wie, że w istocie jest morzem, pisze Wojciech Eichelberger. I że zawsze była i będzie morzem. A więc nawet jak znika, to jest. I to jest właśnie nieśmiertelność.