Tag Archives: dybżyńska

Król Żółw i wyprawa do świątyni

Rozbiegane, rozskakane, roześmiane fotografie, czyli co się stanie, gdy zamiast utrzymywać dzieci w przekonaniu, że aparat to zabawka tylko dla dorosłych, z duszą na ramieniu i leciutko tylko podretuszowanym uśmiechem powiesz: sure, darling, of course you can use my camera.

Kolejna odsłona sztuki nomadycznej, movement photography:

Podobno włożenie ręki w paszczę lwa przynosi szczęście…
Podobno zęby są wykute z kamienia…
Podobno nie ma się czego bać… A jednak to właśnie one, niezmiennie stoją na straży świątyń, budynków rządowych, mostów i najważniejszych w Królestwie K. miejsc…

momentum. ścigając się z wiatrem

wrota do nibylandii. pouk pagoda.

here comes the sky
już zapomniałam jak to jest nie mieć palm za oknem. zabawne jak z symbolu dalekiej egzotyki zamieniły się po prostu w zielsko, nieco wyższą paprotkę

Zdjęcia autorstwa Nomadycznego Rodzeństwa: Solai, Danyia & Orazi Klaf, lat 7, 11, 9
http://www.thenomadicfamily.com/

Reklamy

Miłość ma prędkość światła

Światło, niekończąca się historia. Znacie ten film o chłopcu podróżującym na skrzydlatym smoku? Opowieść nigdy się nie kończy, bo masz na nią wpływ, możesz wymyślać kolejne wersje zdarzeń, dopisywać rozdziały, eksperymentować,  improwizować, twoja wyobraźnia jest bramą do innego świata, jedyne ograniczenie to ty sam, jeśli na to pozwolisz.

„Jeśli założyć, że piękno jest taką dystrybucją światła, która najbardziej odpowiada naszej siatkówce, łza jest formą przyznania się do niemożności zatrzymania przez siatkówkę – a także przez sama łzę – tego piękna na stałe. Miłość, żeby to tak podsumować, ma prędkość światła; rozstanie – prędkość dźwięku”
Josif Brodski „Znak wodny”.

A potem jadę Dalej, tym razem serio. Do Ameryki Południowej przez Azję. Nowy Świat wita, na imię ma Seul.


Kolaż z podróży i snów

A potem rzecz jasna jadę dalej – Sarajewo, gdzie śpimy w zbombardowanym budynku i palimy jabłkową sziszę między meczetami; Mostar z głazami „Don’t forget ‘92”, powojennymi ruinami, w których czas się zatrzymał, spaceruje się po półmetrowej warstwie nikomu niepotrzebnych dokumentów; Livno, gdzie przez trzy dni zajmujemy się produkcją humusu i jakimś takim prostym szczęściem; Chorwacja w mgnienie oka, z niespodziewanym i niezapomnianym noclegiem koło Zagrzebia w magicznej chatce zagubionej między wioskami o tajemniczej nazwie Oblazak (…) a dżunglą, aż wreszcie, nagle, Włochy.
Poznaję fascynujących ludzi, m.in. europejską Fridę Kahlo i jej romańskiego ukochanego, który ma karmę zgodną ze wszechświatem, Amerykanina z bułgarskiego Peace Corpu, który staje się legendą Mostaru ze względu na żarówiasty pomarańczowy kombinezon, włożony na niego przez przyjaciół w prezencie-niespodziance, malarkę Petrę, która maluje wróżki, bajki i kosmos i sama tym właśnie jest, Hitscha, który z kolei jest człowiekiem gór i w najnaturalniejszy pod słońcem sposób robi to, co trzeba, czyli po prostu dobro, Matteo, który od niechcenia wyczarowuje cudowne melodie na gitarze, organkach, fletni Pana, skrzypcach, keyboardzie…

Uczestniczę niechcący w zorganizowanej ucieczce B. od swojego obłąkanego chłopaka, łącznie z czekaniem pod ambasadą, gdy dostaje paszport na nowe nazwisko; w sesji zdjęciowej w łazience, gdzie w różnych dziwnych lustrach, odbijających nas pod surrealistycznymi kątami przez całe przedpołudnie myjemy zęby; w zamalowywaniu niebieskiej sztuki na pierwotną białą ścianę i wyprowadzce w nowe przestrzenie do zapisania…

A w końcu ląduję w Wenecji, gdzie po pierwsze są Biennale sztuki, a po drugie wreszcie po miesiącach przerwy idę na milongę! Jak dotąd, moje czerwone buty włożyłam tylko dwa razy, ale warto było je z sobą wozić dla tamtego jednego ateńskiego tanga na dachu.
Wenecja nie jest zbudowana po to, żeby w niej wieść życie, jest zaprojektowana, aby w niej śnić.

Nie ma supermarketów, samochodów, aptek, zakładów naprawczych, urzędów, wszystkiego tego, co ułatwia lub organizuje życie. Są restauracje i lodziarnie, czynne do późna w nocy, galerie sztuki, sklepy z fotografiami, obrazami, instalacjami i oczywiście murano (weneckie szkło), sklepy z maskami, sklepy z wachlarzami, sklepy z akcesoriami do kaligrafii, papeteriami, sklepy z rękawiczkami, więcej sklepów z biżuterią, niż z ubraniami, a jeśli już odzież to nie byle jaka – oryginalne suknie, najdroższe garnitury, szalone artystyczne kreacje, najwymyślniejsza bielizna, buty w bajecznych kształtach, wszystko, co niepraktyczne, lecz przyjemne. Tanie i dobre wino. Autobusy, które zmieniają rozkład jazdy i nie stają na przystankach. Biennale i karnawał. Którego historię mało kto zna, a wyjaśnia ona niezwykłość tego miejsca. Maski nie służyły kiedyś po to, by zdobić – jak dziś, gdy można kupić maskę w kształcie kota, którego głowa składa się ze zjawiskowych, precyzyjnie wykonanych róż, maskę w kształcie księżyca z drobiazgowym ornamentem, nadającą twarzy tajemniczy, niepokojący wyraz, maski z zapisem nutowym włoskich symfonii albo skonstruowane na podobieństwo robotów z misternych śrubek, złączeń, cienkich mechanicznych żyłek; niegdyś maski były białe lub czarne i noszono je, aby zachować anonimowość. Wenecja była miastem Sodomy i Gomory dzięki jednakowym maskom zasłaniającym całą twarz z rozróżnieniem jedynie na płcie – kobiety białe, mężczyźni czarne. W takim dwukolorowym świecie można było sobie pozwolić na wszystko, bez obawy o konsekwencje. Wenecja jako labirynt, pełen wąskich uliczek, ciasnych zaułków, dusznych podwórek, doskonale sprawdza się w roli scenografii rozpusty.
Kraina hedonizmu i sztuki, przy czym hedonizm tutaj to także niebagatelna sztuka.
Z Signorą Wenecją flirtuję nie od dziś, ale to kapryśna kobieta, nigdy nie zdejmuje swojej maski.  Trzeba więc wierzyć w jej opowieści, bo i tak nie odsłoni prawdziwej twarzy…

Zapasowe niebo. Pocztówka.

PS. Pewnego dnia zrobię tu porządek i wrzucę zdjęcia…


Gypsy princess

Grecki styl życia jest zaraźliwy, żyję teraz nocami, gdy temperatura na zewnątrz nie napada na mnie jak wściekły zwierz z wyszczerzonymi i co gorsza wysuszonymi kłami. Po zmroku to miasto wciąż ma w sobie coś z dzikiego kundla, ale przynajmniej zarówno on, jak i ja, możemy przełykać ślinę. W ciągu dnia piszę na laptopie w pokoju nad światem ze zbawienną klimatyzacją nad głową. Zwykle jestem przeciwniczką tego urządzenia, ale tu nie zdziwiłabym się, gdyby powstała sekta czcicieli klimatyzacji. Za to wieczorem, gdy mój mózg paruje od nadmiaru informacji/pikseli/słów, idziemy na „spacer”. To znaczy bierzemy wściekle czerwony motor Ioannisa i śmigamy przed siebie. Najpierw nie dbając o kierunek, tylko o prędkość, byle szybciej, byle więcej wiatru we włosach (uwielbiam Grecję za jej niepoważny stosunek do prawa, między innymi do konieczności noszenia kasku). Potem mówię Ioannisowi, żeby mnie zabrał w jakieś interesujące miejsce i to jest zawsze porażka. Niemniej jednak w drodze do tego beznadziejnie turystycznego miejsca, w którym nie ma nic (punkt widokowy, park, plaża) każdorazowo udaje mi się wypatrzeć coś znacznie ciekawszego. Tym sposobem lądujemy w opuszczonej piekarni wojskowej, gdzie wspinamy się przez okno i pijemy moje ulubione wino, siedząc na traktorze. Wszystkie sprzęty jak wielkie skomplikowane labirynty rur, które kiedyś służyły do produkcji chleba, gigantyczne balie wraz z mieszadłami, których nie mogę unieść, pojazdy do użytku na hali… stoją tam nadal jak gdyby nigdy nic. Od wielu lat, nietknięte, tylko mocno zakurzone. Jakby ktoś miał zaraz otworzyć drzwi i zacząć lepić kolejne bułki. Ściemnia się błyskawicznie, szukamy duchów, ale zdaje się, że one pokazują się tylko w czasie pełni księżyca.

Następnym razem wyjeżdżamy tylko na moment, przewietrzyć moją płonącą głowę i zaraz chcę wracać do pracy. Ioannis próbuje mnie zawieźć do kolejnego parczku, ale zauważam przy autostradzie młyńskie koło i mówię mu, żeby skręcał. Okazuje się, że coś, co z perspektywy pędzącej Hondy wyglądało na jakiś zapyziały festyn, jest wielkim parkiem rozrywki z prawdziwego zdarzenia. Ze wszystkimi roller coasterami i tego typu zabawkami do podwyższania ciśnienia. Kupujemy wejściówkę na wszystko i zostajemy aż do zamknięcia.

Załapujemy się też na show akrobatyczny. Doskonałość ciał, odwagi i iskra poczucia humoru, mieszanka wybuchowa. Założyciel i szef High Dive Oliver Favre Bulle jest rekordzistą Guinessa w nurkowaniu do jeziora z 54 m (!!!), rekord nie pobity od 1987 roku aż do dzisiaj. Chłopaki robią pokaz nurkowy, skaczą do małego basenu o średnicy 7 m z coraz większych wysokości i tak aż do 25 m. High dive z saltem, podwójnym saltem, potrójnym… Imponujące. A potem… kiedy wygląda na to że już po wszystkim, chłopcy wbiegają na podium raz jeszcze, tym razem w strojach klaunów i kolorowych perukach. Zabawa zaczyna się od początku, tyle że tym razem popełniają histeryczne „błędy”, które kończą się np. tym, że niby kłócąc się o to, kto teraz skacze, przewracają się z trampoliny wszyscy trzej i ostatecznie salto wykonują jako jedna splątana oślepiająco kolorowa szamocąca kulka. Cudowne. Nawet gdy z basenu tryskają ogromne ilości wody na widzów.

Żeby się wysuszyć, idziemy na karuzelę, popularną na wszystkich jarmarkach „łańcuchową”, tyle że ta jest na wysokości 72 m… Nazywa się Star Flyer i muszę przyznać, że robi wrażenie. Potem jest tylko lepiej. Jedna z bardziej ciarkopędnych, choć niepozornych rzeczy to Shock Tower. Trick polega na torturze psychicznej, wjeżdżasz sobie 40 metrów w górę i… wisisz. Siedzisz tak idiotycznie zawieszony na jakiejś absurdalnej wysokości, zastanawiasz się, co ty tam do cholery robisz i wiesz, że coś się musi zdarzyć, ale właśnie nie dzieje się nic. Więc dla rozrywki zaczynamy się kłócić z Ioannisem na nasz ulubiony temat – tzn. ja mówię, że Ateny są szkaradne, a on że nigdy w życiu. Miejsce jest wymarzone na tego typu spory, bo rozciąga się stamtąd widok na całe miasto – pod nami Carrefour, Media Markt, jakiś inny obskurny supermarket… Wisimy nadal, to czekanie jest chyba jednym z bardziej ekstremalnych sportów, jakie znam. Wisimy i wisimy, mam wrażenie, że jedynie tam na górze czas stoi w miejscu, ale potem oglądam cały proceder jeszcze mnóstwo razy z dołu i za każdym razem mija parę minut nim cokolwiek się zacznie dziać. Wisimy, gdy wreszcie, po całej wieczności – nagle!, znienacka! – blokada puszcza. Spadamy. Z zawrotną prędkością. Siła rozpędu unosi mnie w krześle i uwielbiam to.

Ostatnia z moich małych przyjemności, które muszę opisać to 6G. Takie trochę bungee tyle że na siedząco – http://www.allou.gr/Games/Adrenaline/6G.aspx . Absolutna totalność fruwania, podniebnych fikołków, wystrzeliwania się z katapulty i niemożności złapania tchu z radochy pomieszanej ze strachem. W którymś momencie tych szaleńczych wybryków spada mi bransoletka z pacyfkami, którą dostałam od podróżniczki Lalli (http://yakooseska.blox.pl/html) na szczęśliwą podróż. Siła wyrzutu sprawia, że nawet nie chce mi się myśleć o obszarze do poszukiwań. Szkoda, bo zawsze gubię biżuterię po kilku dniach, a tę mam już dwa miesiące i rzecz jasna, zawieruszałam ją setki razy, ale zawsze znajdowała się w najdziwniejszych okolicznościach. A kiedyś prawie zostałam przez nią pobita… Pracownik Parku pomaga mi wysiąść, podaje mi rękę, ma na niej coś kolorowego, patrzę z niedowierzaniem, a on śmieje się: podoba Ci się? I mruga do mnie i mówi, że mogę sobie wziąć. Moja bransoletka! Upadła mu pod nogi…

*
I teraz ciekawostka: to uczucie szybowania, zastrzyk adrenaliny w otwarte żyły, eksplozja jednoczesnego lęku i satysfakcji to jest to samo uczucie, które tak dobrze znam z zamieszek na Syntagmie. Wesołe miasteczko rewolucji…


wojna po raz trzeci

Zabawne, jak można się przyzwyczaić nawet do strachu.

28. czerwca 2011, Syntagma square:

c.d.n.


twarze rewolucji. portrety zbuntowanych

*

Marina: najlepsze, co możemy teraz zrobić, to podtrzymywać ten płomień. Nikt nie wie, dokąd to doprowadzi. Po prostu pozwolić rzeczom się wydarzać.


one solution. revolution.

Ciągu dalszego historyjek podróżnych nie będzie na razie. „Plany” wzięły w łeb, przepuściłam już jakieś 5 promów, nie pokazałam się w porcie nawet. Ateny strajkują. Europa mówi głośne, zdecydowane „nie” rządzącym, ale robi to pacyfistycznie, organizując barwny obóz na placu Syntagma przed parlamentem.

 

 

 

 

Można by pomyśleć, że to festiwal hipisowski, radosne spotkanie młodych, kolorowo ubranych ludzi, którzy chcą razem pośpiewać, pograć na gitarze i bębnach, zapalić trawkę, napić się alkoholu. Toczą się mniejsze i nieco większe biznesiki, z obwoźnych straganów można kupić grillowaną kukurydzę, piwo, karmelizowane orzechy, gorące przekąski typu kiełbaski czy leczo, wszystko, co plastikowe: zapalniczki, długopisy, piszczałki… Ale pomiędzy namiotami , hamakami, rowerami, stolikami na placu Syntagma w Atenach, rozwieszone są transparenty. A centralne miejsce tego obozowiska zajmuje mikrofon, przy którym non stop ktoś przemawia do tłumu. Barwny, entuzjastyczny Hyde Park, ludzie klaszczą albo krzyczą, gdy się nie zgadzają, ale robią to przeważnie wtedy, gdy zmienia się mówca. Podczas prezentacji są skoncentrowani i pełni skupienia. Wśród protestujących wcale nie ma zgody wyznawanych wartości, poglądów, propozycji. Ale nie ma też niezgody, konfliktów, kłótni, raczej dyskusje. Nikt nie umie odpowiedzieć na pytanie, jak powinien wyglądać rząd, jaki system powinna teraz obrać Grecja. Chodzi o wywołanie publicznej debaty, twórczego zamieszania ,nie tylko o obsadzenie nowych ludzi w rządzie. Nikos, pracujący przy rekrutowaniu ochotników do różnego rodzaju działania, mówi, że dopiero szukają dobrych rozwiązań. Manifestacje trwają od dwóch tygodni, wszystko zaczęło się od Hiszpanii i transparentu, który wywiesiła zbuntowana Barcelona: Wzywamy Grecję do obudzenia się. Więc Grecy przyjęli wyzwanie i postanowili pokazać, że są obudzeni. Zorganizowali obóz, i to jaki obóz! Teraz to oni przekazują pałeczkę dalej, następna w kolejce jest Francja. Pierwsze wystąpienia odbyły się też we Włoszech i Anglii. A mimo tego, że reprezentują skrajne opcje lub skrajny brak opcji, mówią „my” i naprawdę czują się wspólnotą. Owszem, akcja jest atrakcyjna i magnetyczna, także towarzysko. Przyciąga przeróżnych freaków, o bardzo skrajnych poglądach, ale także zrównoważonych dojrzałych ludzi o dużej świadomości obywatelskiej. Struktura jest świetnie zorganizowana – logistycznie, sprzętowo, czasowo. Wszystko działa za zasadzie wolontariatu, po prostu przychodzą osoby, którym się chce, którzy mają potrzebę działania, zmiany i zakasują rękawy. Trochę to wygląda jak na dniach organizacji pozarządowych: na placu porozstawiane są stanowiska, gdzie można podpisać petycję; złożyć własny projekt; dostać za darmo jedzenie i kawę (stolik oznaczony sercem)– i mimo że aktywistów przybywa w tempie błyskawicznym, dla wszystkich wystarcza; jest punkt mediów, gdzie na laptopach i przy terenowej mini rozgłośni pracują dziennikarze, można tam przedstawić przed mikrofonem swoją wizję reform. Jest bank czasu, gdzie Ateńczycy wymieniają się umiejętnościami; obóz techniczny, na którym wisi plakat: ERROR 404: DEMOCRACY NOT FOUND; jest punkt informacyjny, ale właściwie każda zaczepiona osoba chętnie przystępuje do długich wyjaśnień, zamiast Cię odesłać do dyżurnych. Stanowiska są ponumerowane, logicznie rozlokowane, toi toie sprowadzone (po raz pierwszy w życiu widzę papier toaletowy w tojtojce! Jak dla mnie to najlepszy dowód na doskonałą koordynację Greków), prysznic – kawałek folii, odgradzający od wzroku przechodniów, drewniana paleta na kratce ściekowej i żółte wiadro z rysuneczkiem uśmiechniętego słońca i deszczu – zainstalowany pod latarnią, z widokiem na pięciogwiazdkowy hotel. Każdy robi to, co umie najlepiej, jedni gotują, inni stawiają tipi, moderują stronę www, ozdabiają chodniki graffiti a każdy wolny skrawek przestrzeni jakimiś rysunkami, zajmują się dziećmi i to też jest część manifestacji. Nie przypuszczałabym, że Grecy, mający opinię leniwych bałaganiarzy są w stanie tak skoordynować spontaniczną przecież akcję; oni zresztą też śmieją się, że sami siebie by nie podejrzewali. Roznoszą ulotki, rozklejają plakaty, zarówno nabazgrane markerem jak i profesjonalnie wykonane udające cyrkowe afisze, gdzie rolę klaunów pełnią politycy. Mają swoją stronę w wielu wersjach językowych (www.real-democracy.gr), okupują youtube, twitter, facebook (11845 członków). Od FB zresztą się zaczęło. Na początku był jeden namiot, 15 osób, siedzieli na krawężniku i nie bardzo wiedzieli, co robić. Rozpostarli jakąś dziurawą, brudną płachtę na kształt namiotu, jakaś przechodząca pani spytała, dlaczego nie zrobią czegoś bardziej spektakularnego, więc oni na to, żeby się przyłączyła i pomogła. Z boku, na ławce siedział mężczyzna, przysłuchując się rozmowie. Wstał bez słowa i poszedł gdzieś niezauważony, po chwili wrócił z wielkim białym tipi. Kiedy przychodzę w środę („tylko na moment” i już zostaję, śpię w kolorowym tipi, jem ciepłe posiłki gotowane na miejscu i rozdawane bez względu na to, czy się angażujesz w spór czy jesteś brudnym bezdomnym, którego nic nie obchodzi) trwa właśnie improwizowany koncert. Młodzi raperzy wymyślają na bieżąco propagandowe teksty, zaraz znajduje się gitarzysta, klarnecista, ktoś z tamburynem. Mikrofon krąży, można dośpiewać swoją zwrotkę.

w garnku, w który ta pani tłucze jest fotografia ministra, gdy uchyli się pierwszą fotografię, pod nią znajduje się antyczny penis...

flagi przed McDonald's

Zwraca się do mnie chłopak, prosząc, bym nie robiła zdjęć w obozach. Obozy są najbardziej fotogeniczne, ale ludzie tam żyją, więc to tak jakby wchodzić komuś do sypialni. Nawet jeśli w tej sypialni wiszą biało-niebieskie flagi i transparenty. Mieli zebranie na temat i ustalili, że fotografować można główny plac, happeningi i wszystko to, co się dzieje naokoło. I teraz nawet ci, którzy się nie zgadzają i chcieliby maksymalnie nagłaśniać sprawę, tłumaczą turystom, które sektory są dozwolone, a które nie. Ktoś podchodzi podpytać, po co robię zdjęcia. Bo weszli mi w kadr uchodźcy i jakiś chłopak postanowił się upewnić, że nie traktuję ich jak atrakcję turystyczną. Wszyscy jesteśmy biedni, mówi. O tym właśnie jest ta akcja.
Savas Kabakos ma inne zdanie na temat uchodźców, opowiada, że trzeba patrzeć na to, co jest najlepsze w konkretnej sytuacji. Grecja jest bankrutem, nie mamy pieniędzy na to, żeby sponsorować emigrantów. Mamy ogromny dług publiczny, a oni mają w naszym kraju lepsze życie od nas. Nie płacą podatków, dostają za nic pieniądze, mają bezpłatną służbę zdrowia. Jak idę do szpitala, płacę 5 euro za samą wizytę, mówi. A chwilę później przychodzi imigrant i wszystko dostaje za darmo. Dlaczego? Mam paszport kanadyjski, mógłbym jutro wyjechać i się nie przejmować, że tu ludzie nie mają za co żyć. Ale zostaję i protestuję.
W środę po południu pod parlament zajeżdżają motory, jest ich chyba około 200. Stoją i trąbią, warczą silniki, pachnie benzyna, dołączają werble, kurz, brud, ogłuszająca muzyka. Przed budynek wychodzą policjanci. Mają plastikowe tarcze, stają w równych odstępach, w dwóch liniach i nieruchomieją. Patrzą na tłum, na ich twarzach nie rysuje się żadna emocja, a sam budynek rządowy ma spuszczone rolety i bramki oddzielające społeczeństwo od polityków. Ludzie krzyczą, wzywają kogoś, by wyszedł z nimi pogadać, ale rozmowa ze strajkującymi toczy się przez szybkę monitora. Rządzący mówią w tv, że w pełni rozumieją sytuację i niezadowolenie, ale niestety, nie są w stanie nic zrobić, mają związane ręce, Unia Europejska, długi z przeszłości, rozumiecie. Nie, nie rozumiemy, dlaczego za błędy na górze mają płacić obywatele.
W ciągu jednej chwili wyrastają przede mną jak spod ziemi stragany z gwizdkami (1 euro za sztukę). Starszy pan przynosi suszarkę do ubrań i na niej rozkłada greckie flagi, a na nich hałaśliwy towar. Sam też wkłada sobie jedną plastikową przeszkadzajkę do ust i dmie co sił w płucach. Elegancko ubrany pan kupuje gwizdek swojemu wnuczkowi i jeszcze parę na zapas. Zaraz też prowadzi małego przed parlament, w samo centrum zamieszania. Z ogromnych głośników dobiega głośna, energiczna muzyka, ludzie skandują: nie zapłacimy!; parlament to burdel!; chodźcie tu i zobaczcie jak to jest żyć za 500 euro miesięcznie! Śpiewają, krzyczą przez megafony, przynoszą transparenty, plakaty, organizują koncerty, taneczne pokazy. Najważniejsze, że zasadą nr 1 jest pokój, wszystko odbywa się pacyfistycznie, widziałam jedną bijatykę, ale okazało się, że była to sprzeczka małżeńska. Tak masowego buntu ludu nie było od dziesiątek lat. I po raz pierwszy udaje się manifestować bez żadnych aktów przemocy.
Podobno zamieszki ogarnęły już niemal cały kraj, w każdym większym mieście ludzie wychodzą wieczorami na ulice i domagają się uwagi. Dołączył do nich Thodorakis Mikis, znany piosenkarz, celebryta. Ludzie są dumni, że mają za sobą kogoś rozpoznawalnego. Wszyscy są zgodni co do tego, że media są stronnicze, próbują załagodzić konflikt i umniejszyć sprawę, więc protestujący mają własne radio i codziennie produkowane gazetki, mówiące o najświeższych wydarzeniach, rozdawane przechodniom.
Ludzi jest coraz więcej, więc wydarzenia dzieją się non stop. Dziś zastrajkuje komunikacja miejska. W ramach strajku metra rusza zaraz marsz ze stacji Panepistimo do Syntagmy. Linia metra nr jeden będzie nieczynna po 21, tramwaje po 23. Busy i trolejbusy będą protestować po 21 i 22.

podobno dostał specjalne pozwolenie przełożonego na uczestnictwo w protestach i rzeczywiście wziął sobie sprawę do serca, jest na każdym wiecu, 24h/dobę

To dzieje się naprawdę. Wake up.


The lady is a tramp

Piosenka na dziś:

Przyznaję się niemal do wszystkiego. Może z jednym małym, nieistotnym wyjątkiem…


dangerous men

Dangers which we play today:

“All men dream, but not equally. Those who dream by night in the dusty recesses of their minds wake in the day to find that it was vanity; but the dreamers of the day are dangerous men, for they may act their dream with open eyes, to make it possible.”
Thomas Edward Lawrence.


kolaż dworcowy

popatrz na mnie

widzę twoją twarz

czas do góry nogami

czas robi fikołki, zawisa do góry wskazówkami, bawi się ze mną, kręci (się), buja (się)... czas gra w podróż.

dworzec balonowy

Michael does believe in faires. Do u believe in faires? Do u believe in Michael?

jeszcze zdążymy

nie jest za późno. jeszcze zdążymy. wojna to będzie straszna, gdyż czas nas będzie chciał zniszczyć, lecz nam się uda zachwycić go. sdm.

zawsze możesz wysiąść

zawsze można wysiąść

zawsze możesz wysiąść

alternatywny rozkład jazdy