Tag Archives: katrina dybżyńska

Król Żółw i wyprawa do świątyni

Rozbiegane, rozskakane, roześmiane fotografie, czyli co się stanie, gdy zamiast utrzymywać dzieci w przekonaniu, że aparat to zabawka tylko dla dorosłych, z duszą na ramieniu i leciutko tylko podretuszowanym uśmiechem powiesz: sure, darling, of course you can use my camera.

Kolejna odsłona sztuki nomadycznej, movement photography:

Podobno włożenie ręki w paszczę lwa przynosi szczęście…
Podobno zęby są wykute z kamienia…
Podobno nie ma się czego bać… A jednak to właśnie one, niezmiennie stoją na straży świątyń, budynków rządowych, mostów i najważniejszych w Królestwie K. miejsc…

momentum. ścigając się z wiatrem

wrota do nibylandii. pouk pagoda.

here comes the sky
już zapomniałam jak to jest nie mieć palm za oknem. zabawne jak z symbolu dalekiej egzotyki zamieniły się po prostu w zielsko, nieco wyższą paprotkę

Zdjęcia autorstwa Nomadycznego Rodzeństwa: Solai, Danyia & Orazi Klaf, lat 7, 11, 9
http://www.thenomadicfamily.com/

Reklamy

Ulicznica Kambodża

Za uliczność, bezwstydność, za to, że całe życie rozgrywa na widoku, w kurzu i królewskim słońcu lub w strugach nagłego, dzikiego deszczu, pootwierane na oścież okna i drzwi, nagie dzieci, ludzie funkcjonujący przez cały dzień w kolorowych pidżamach, publiczne pogrzeby, na których ofiarowuje się bogom papierosy, jakby na przetestowanie ich słynnej nieśmiertelności…

czyli za co, mimo wszystko, da się kochać Azję:

Sprzedawczyni smażonych karaluchów drzemiąca przy ulicy w oczekiwaniu na klientów

Czego nie robi się na ulicy? Nie należy dotykać osoby przeciwnej płci, pary nie trzymają się nawet za ręce.

Nie całuje się! Nie tylko publicznie, ale w ogóle! Pocałunek po kmersku to zbliżenie twarzy do policzka ukochanej/ukochanego i lekkie wydmuchnięcie powietrza nosem. Kropka.

Tak, też nie wierzyłam, ale na czas pobytu w Kambodży można zapomnieć o pocałunkach w usta.

Rytuał Lucky Water. Świątynia w okolicy Floating Village niedaleko Siem Reap, mnich oblewa wiernych wiadrami zimnej wody, mrucząc przy tym mantry zsyłające „good luck”

Para młodych Khmerów podczas rytuału oczyszczenia z grzechów

 


Acting for

Szanowni! Kochani!

Lecę do Palestyny. Moja podróż dookoła światła weszła w etap, gdy już nie tylko obserwuję, opisuję i uczestniczę, ale także tworzę. Dostałam się do Michigan Peace Team. Będę pracować w strefie konfliktu – monitorując, wspierając pokojowe inicjatywy, uczestnicząc w demonstracjach, zapewniając eskortę, prowokując dialog i edukując na temat obywatelskiego nieposłuszeństwa. A także żyjąc pod okupacją, rozmawiając szyfrem ze względu na bezpieczeństwo i przestrzegając absurdalnych zakazów.

Jest tylko jeden haczyk. Muszę się tam najpierw dostać. Dlatego zbieram pieniądze na bilet i koszty życia podczas okresu treningu tam na miejscu.

Pod koniec maja będę mieć wystawę w Siem Reap w galerii 1961. Część prac wystawiona będzie również w Art Deli. Jednakże gdyby ktoś z Państwa akurat przypadkiem nie przejeżdżał przez Kambodżę w najbliższym czasie a chciałby:

a) obejrzeć zdjęcia

b) kupić prace i tym samym wesprzeć moją wyprawę do Palestyny,

to jest w jak najbardziej odpowiednim miejscu.

fire

fire

Projekt nazywa się „Waiting for”.

Ponieważ każdy na coś czeka.

Na autobus, pociąg, klienta, dzwonek, telefon, weekend, swoją kolejkę…

Na odpowiedni moment. Na coś, żeby się wydarzyło. Cokolwiek.

Na zmianę. Na cud.

W tym czasie czas przechadza się nieopodal z zapalniczką w kieszeni.

Czas leczy rany. Czas zabija.

Time is a healer. Time is a Hitler.

WAITING FOR

peace
Zdjęcie wywołane ze slajdu znalezionego pod gruzami w byłym budynku telewizji Vojevodina w Nowym Sadzie. Zanieczyszczenia spowodowane deszczem, kurzem i czasem - odnalezione w 11 lat po zbombardowaniu! Ulica, która cudem zachowała się na pierwotnej fotografii także została zniszczona przez bomby. Wstrząsający portret wojny.

something to happen
Taipei, Taiwan. Pasaż podziemny na stacji metra.

a train (1)
Stacyjka kolejowa na trasie Bangkok-Chiang Mai. Jedna z licznych sprzedawczyń przekąsek i napojów spędzająca całe dnie na dworcu czekając na pociąg i handlując przez otwarte ze względu na upał okna

a train (2)
główna stacja kolejowa w Bangkoku. W czasie oczekiwania na pociąg można skorzystać z usług fryzjera

a client (1)
Taipei, Taiwan. Sprzedawczynie "świętych" drobiazgów przed bramą świątyni.

a client (2)
uliczny nocny market w Taipei, Taiwan

a client (3)
Sprzedawczyni rybich głów na nocnym markecie w Taipei, Taiwan

a client (4)
Kobieta na targu w Bandar Seri Begawan, Brunei Darussalam

a client (5)
Znudzona sprzedawczyni bananów na targu w Bandar Seri Begawan, Brunei Darussalam

a client (6)
5 rano na targu w Bangkoku. Ubrana w koronkową sukienkę sprzedawczyni kurczaków czeka na pierwszego klienta/klientkę

a miracle
Mężczyzna, prawdopodobnie bezdomny, ogrzewający dłonie w świątyni w Taipei, Taiwan

something to happen
Chłopiec w Bandar Seri Begawan, Brunai Darussalam pozujący do zdjęcia w drodze do szkoły

new year
Chłopcy czekający na tradycyjny Lion Dance rozpoczynający obchody Chińskiego Nowego Roku, Bandar Seri Begawan, Brunai Darussalam

the proper moment
Tancerze również czekają, na odpowiedni moment, próba zgrania (dwóch chłopców tworzy jednego lwa, połączeni kostiumem wykonują akrobacje na specjalnych platformach na wysokościach), Bandar Seri Begawan, Brunai Darussalam

something to happen (2)
Opuszczony, zrujnowany lunapark w Bandar Seri Begawan, Brunai Darussalam

a sign
Kobieta modląca się w świątyni w Taipei, Taiwan

a sign (2)
Zatłoczona, tętniąca życiem świątynia w Taipei

sun
Show "Smile of Angkor", Siem Reap, Kambodża

something to happen (3)
Voy w Angkor Wat o 5 rano, Kambodża

something to happen (4)
Chłopiec sprzedający pamiątki w tajemniczych murach Angkor Wat o świcie, Kambodża

death
Cmentarz sułtański w Bandar Seri Begawan, Brunai Darussalam

the light
Nieużywany tunel kolejowy na plaży w Leptocharii, Grecja

something to happen
Nomad Shisha bar w Siem Reap, Kambodża

an answer
Bezdomny mężczyzna na ulicy w Bangkoku stawiający tarota

Jeśli ktoś jest zainteresowany, może zamówić fotografie, pisząc na adres: katarzyna.dybzynska@vp.pl  Podaj tytuł zdjęcia, preferowany rozmiar, a ja je dla Ciebie wydrukuję, oprawię i wyślę. Ceny w galerii zaczynają się od 10 dolarów za zdjęcie-pocztówkę i 150-300 dolarów za duży, artystyczny fotoobraz (limitowana edycja), ale można liczyć na specjalne traktowanie. Nie wahaj się skontaktować ze mną, jeśli masz inną ofertę.

Jeżeli chcesz jakiekolwiek zdjęcie opublikowane kiedykolwiek na tym blogu to też napisz.

*

Gdyby ktoś optował za tradycyjną wersją donacji (w jakiejkolwiek wysokości, każda najmniejsza pomoc jest bardzo w cenie)  to również jest taka możliwość.

  1. Wystarczy wejść w http://www.networkforgood.org —wpisać “Michigan Peace Team” w miejscu „Support Any Charity”
    po lewej stronie i kliknąć—“Donate Now” (do odpisania od podatku).    W tytule wspomnieć należy: “2012 spring team – Katrina Dybzynska” .

2.            Można też wysłać czek do MPT, 808 W. Barnes, Lansing, MI 48912-2220.

Każdemu, kto w jakikolwiek sposób, duchowo czy finansowo może wesprzeć moje plany, przesyłam karmiczne punkty wdzięczności do wykorzystania bezterminowo na małe i duże marzenia.

Jeśli jesteś Poważnym Sponsorem/Sponsorką to mam przygotowaną także profesjonalną ofertę współpracy dla firm, po prostu wyślij maila na adres: katarzyna.dybzynska@vp.pl

Dzięki serdeczne.

I szczęśliwego Nowego, bo w Kambodży właśnie obchodzimy Nowy Rok. Mój trzeci nowy rok w tym roku!


Kamienne mona lisy

O czym uśmiecha się Mona Lisa?

Zabawa polega na tym, że właściwie nie wiadomo nawet, czy rzeczywiście się uśmiecha. W każdym razie nie zawsze.

W 2003 roku Margaret Livingstone, neurobiolog z Harvardu przebadała naukowo reakcje wzroku na obraz Leonarda. Mistrz rzuca wyzwanie mózgowi i ludzkiej zdolności postrzegania. Jego rysunek angażuje obie części siatkówki. Cienie rzucane przez kości policzkowe czynią usta znacznie ciemniejszymi od reszty twarzy. Dzięki temu patrząc Mona Lisie prosto w oczy, postrzegamy jej uśmiech przez zewnętrzną część siatkówki, a przez to wydaje się wyraźniejszy. Kiedy przyjrzeć się bezpośrednio wargom, powraca pytanie, czy to aby na pewno uśmiech?

( Badanie zostało opisane na łamach książki Richarda Wisemana „Dziwnologia”.)

Nie ma natomiast wątpliwości, że wyraz jej twarzy coś oznacza. To nie jest zwykła mina na zawołanie na okoliczność bycia portretowaną. Ona ma sekret. Wie o czymś szczególnym.

To dlatego w Angkorze o niej myślę. Słynne tajemnicze twarze też uśmiechają się historiami, których możemy się tylko domyślać, kamienne mona lisy.

 

Wybieram się na słynny show „Smile of Angkor”, w ramach zgłębiania zagadki. Raport z detektywistycznego śledztwa wypada jak następuje:

 

 


Twarze Angkoru

Voy ma 10 lat i sprzedaje origami oraz flety. Ma też absolutny talent artystyczny. Maluje skrzydlate domy, góry i oczy, zamaszystą kreską rozmazuje farbę w cieniu Angkoru. Nie podbiega jak inne dzieci, nie wrzeszczy: one dolar! Buy from me! Give me dolar, lady!  Idzie powoli przez kamienne korytarze i obserwuje. Ma wielkie, jakby antyczne oczy. Spotykamy się w miejscu, gdzie ktoś zostawił niebieski parasol. Wisi na kamiennym murze i wygląda zdecydowanie surrealistycznie na tle kamiennej świątyni. Najpierw ja fotografuję znalezisko, a potem Voy bierze je ostrożnie do ręki, rozkłada, sprawdza, czy działa, przez chwilę bawi się refleksami światła i odkłada na miejsce. Stoimy po dwóch stronach tej samej bramy, a nasze oczy rozmawiają do siebie w nieznanym nam języku. Powinnam się śpieszyć, czekają na mnie, ale jest coś niebywale hipnotycznego w tym małym chłopcu. Wyciągam farby, siadam na progu i zaczynam malować. Przygląda mi się uważnie, ma coś zwierzęcego we wzroku, pewien rodzaj czujności, choć na pewno nie strachu. Podaję mu kolorowe pudełko i pędzelek. Jest szósta rano, nikogo nie ma w okolicy, dopiero się rozjaśnia, a Voy maluje wielkie niebieskie słońce.

Wiedzieliście, że mityczny Angkor wciąż żyje? Mimo bramy z kasami biletowymi na jedynej drodze, patroli policji i tysięcy zwiedzających dzień w dzień, pomiędzy świątyniami przycupnięte są małe chatki, parę szkół. Życie w cieniu legendy, powielonej na niezliczonej ilości plastikowych magnesów, kiczowatych pocztówek i płóciennych obrazków, wciśniętej w drobniutkie rączki, wyciągnięte do ciebie i wrzeszczące: kup!

Nagie dzieci kąpiące się w świętych wodach i zwisające z drzew jak roześmiane małpki. Pozdrawiające gości, życzliwe  sprzątaczki. Niewidomy folkowy muzyk. Policjant, który podpowiada zwiedzającym, skąd zrobić najlepsze zdjęcie (jak się stanie tutaj, zobacz, plama światła wygląda jak świeca). Mniszki wciskające ci w dłonie kopcące kadzidełka pod pomnikami Buddy. Kobiety z hiszpańskimi wachlarzami na pamiątkę i chińskimi bransoletkami . Tuk tuki, przewodnicy mówiący wszystkimi językami wieży Babel. Fotograf ze staroświeckim, światłoczułym aparatem. Malarze usadowieni w cieniu murów. Uśmiechnięci konserwatorzy zabytków i archeologowie. Ludzie Angkoru. Zagadkowi Khmerowie

 

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*


Monsieur Ramette, je t’adore

Szanowny panie psychoanalityku,

zwracam się do pana w związku z wysoce niepokojącą reakcją mojego organizmu na obejrzaną ostatnią sztukę.

Wybrałam się na wystawę pana Philippe Ramette w Bangkoku (Art and Cultural Centre). Fotografie tego francuskiego artysty są ascetyczne, przejrzyste i dość niewinne w tematyce. Ukazują człowieka (a dokładniej mężczyznę w nienagannym garniturze) wyrwanego z kontekstu, w absurdalnym świecie, gdzie   nie obowiązują reguły fizyki.

Piękna natura stanowi neutralne tło.

A mimo to! Ach, mimo to nie opuszcza mnie drażniące wielce, świdrujące przeświadczenie, że drzemie w tych zdjęciach  głęboko zakorzeniony erotyzm. Jak to możliwe, że nie tak znów przystojny artysta od niechcenia wywołuje dreszcze, białą gorączkę, pożar? To przecież tylko zbiór portretów w niecodziennych sytuacjach. Dlaczego wobec tego pulsują seksapilem? Do szału doprowadza mnie ta wątpliwość w resztki moich własnych zdrowych zmysłów. Dlaczego zamiast powiedzieć „ładne”, wyjść z galerii i zapomnieć jak każdy normalny człowiek, od kilku dni żyję w tym nierealistycznym podwodnym świecie? Może przyczyną jest właśnie woda jako główny motyw fotografii, gdyż zgodnie z prawami natury wywołuje wilgoć? Może to dojmującą samotność bohatera, prowokującą potrzebę wyobrażania sobie, co by było, gdyby w kadr wkroczyła osoba nr 2? Kobieta w czerwonej sukience o długich czarnych włosach na przykład. Do tego świata antygrawitacji gdyby nagle wsączyć kroplę życia. Czegoś nieprzewidzianego, niewłaściwego. Może sprawcą jest zwykła przekora w opozycji do zbytniej, nieludzkiej doskonałości, czystości obrazu. I jeszcze muzyka!

Siedziałam w muzeum ze słuchawkami na uszach i szukałam odpowiedniego podkładu muzycznego dla oglądanych, odczuwanych obrazów. Wreszcie znalazłam: Caetano Veloso & Lila Downs „Burn it blue”.

http://www.youtube.com/watch?v=25-JZp0CqsY

Szanowny panie psychoanalityku, bardzo proszę obejrzeć prace monsieura Ramette i powiedzieć, czy wywołują w panu erotyczne podniecenie. I proszę przetestować tymi fotografiami także swoją małżonkę. W imię medycyny i wiedzy psychologicznej. Oraz mojego spokoju farmakologicznego.

Z wyrazami szacunku,

Oddana Katrina Dybżyńska

No bo proszę tylko spojrzeć:


Magician

Spotykam go w Bangkoku, śpi na krawężniku,  pod głowę podłożył sobie biały worek z całym dobytkiem, stopa owinięta plastikowym workiem – gangrena. Zaczepiam go nieśmiało, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku, bo prawdę mówiąc, wygląda trochę nieżywo. Budzi się natychmiast i otwiera bezzębne usta w szerokim uśmiechu. Hey, how are you, zagaduje radośnie, jakbym to ja leżała na ulicy. Następnie przedstawia się elegancko perfekcyjnym angielskim i nagle zamiast śpieszyć na umówione spotkanie, rozsiadam się wygodnie w tajskim kurzu i prowadzę niepowtarzalną konwersację z mężczyzną – labiryntem. Każde zdanie prowadzi nas w nieprzewidziane zakamarki, moja część rozmowy polega właściwie na otwieraniu coraz szerzej oczu ze zdumienia. Therelat pracował w Arabii Saudyjskiej i Dubaju dla dyplomacji. Podróżował przez wiele lat dookoła świata. Styl życia bezdomnego wybrał w imię wolności. Podrzuca mi kilka pomysłów na biznes, wyrzuca z siebie adresy w Birmie, gdzie można kupić opium i opowiada o działaniu mózgu pod wpływem tego specyfiku, wreszcie zaczyna czegoś szukać w torbie. Wyciąga zniszczoną żółtą talię kart ze słoneczkami na rewersie. Tarot. To też był jeden z licznych biznesów, które prowadził. Pytam, czy postawi mi karty. Robi to zupełnie naturalnie, za darmo, chcę mu dać chociaż paczkę papierosów, ale częstuje się jednym i pali ze smakiem.

Cieszy się jak dziecko, gdy wyciągam Magika. On cię bardzo lubi, mówi. Ma do ciebie wyraźną słabość, więc podąża, gdziekolwiek pójdziesz. Teraz znów zmieniasz miejsce zamieszkania, znajdziesz tam pieniądze i szczęście. Kiedy masz magika, to już nie potrzebujesz nic innego. Jesteś pod ochroną. To karta wielkiej mocy i kreatywnego stwarzania. Indywidualność,  transformacja poprzez siłę woli. Możesz grać z żywiołami, przemieniać trudności w pozytywy z łatwością przeistaczania ognia w wodę.

A, jeszcze jedno: kup sobie plastikowy naszyjnik z Buddą, taki jak ja mam, bo on zapobiega wypadkom samochodowym. To nic, że nie wierzysz, to i tak działa.

Siedzimy w centrum Bangkoku wśród przejeżdżających z fantazją samochodów i skuterów w stylu dowolnym załadowanych trzema osobami i niezliczoną ilością pakunków, w hałasie i brudzie, patrząc z respektem na mocno zużytą kartę i kiwając głowami.


Antyoświecenie, czyli wpis niepoprawny politycznie

Uwaga, będzie o religii. 

Wczorajsze uroczystości w świątyni Sisaket w Wientanie. Rytualna kąpiel mnichów, stających się niniejszym mistrzami buddyzmu.

Co ja właściwie robię w świątyni w Laosie? Czyżbym doznała oświecenia? W końcu po to się przecież przyjeżdża do Azji.

 

Poprawność polityczna wyprodukowała piękną formułkę, niewgłębiającą się w szczegóły. Ten wyświechtany frazes o nieświeżym oddechu mówi: wszystkie religie zasługują na identyczny szacunek. Wobec tego druga strona tego samego złotego medalu głosić musi, że wszystkie religie są jednakowo niemoralne.

Rzeczywiście, osławiona spirytualistyka Azji, po którą przybywają tłumnie turyści z całego świata, wpłynęła również na mnie.

Jest jeden Bóg.

Złoto.

Wszechobecne. Portret króla dwa razy większy od posągów boga w Tajlandii; święci mnisi w Malezji odmawiający mi rozmowy, chyba że najpierw kupię pamiątkę; rytuały oparte na pieniądzach – im więcej dasz, tym więcej błogosławieństw ześle na ciebie dobrybóg; dotacje od ubogich dla nieprzyzwoicie bogatych; gigantomania; bijący w oczy biznes.

Nawet jeśli kiedykolwiek istniała, nie ma już religii. Zginęła przygnieciona złotem.

Jak w tej antycznej historii, w której cesarz na swoje urodziny kazał pomalować małych chłopców żywym złotem. Skóra pokryta ciężkim kruszcem nie była w stanie oddychać, w związku z czym chłopcy umarli.

Jaka piękna katastrofa!

(…)

Wierni składający „dary”, czyli żywą gotówkę dla Jaśnie Oświeconych. Procesja, podczas której mnisi depczą pełnymi błogosławieństw stopami po stułach kobiet, a one w zamian za to upychają im grube pliki banknotów do symbolizujących ubóstwo płóciennych toreb. 

A mimo to wpakowałam się dobrowolnie w samo centrum tego zamieszania, wstaję o 4 rano (na „wakacjach” bądź co bądź), żeby przez dwie godziny odprawiać jakieś absurdalne modły w języku, którego nie rozumiem, uczę się na pamięć grzecznościowych formułek, hierarchii, pokłonów i sposobu poruszania się w obecności starszych, przenoszę się z jednej świątyni do drugiej, cierpliwie odpowiadam na te same pytania, żeby dać szansę mnichom poćwiczyć angielski, wykonuję mnóstwo pokornych rytuałów, które są tak niezgodne z moim charakterem jak to tylko możliwe i zagryzam wargi, gdy trafia mnie szlag, dlaczego?

Nabieram kontekstu.

Wychodzę poza horyzont.

Daję krok w nieznaną wodę.

A raczej skok na główkę, na głębię przecież.

Ćwiczę perspektywę. Jak w fotografii.

Działa.

Dziś dowiedziałam się, że po pierwsze to jedyny taki przypadek w historii świątyni, żeby nocowała tu kobieta i panuje w związku z tym niemałe poruszenie wśród wszystkich za wyjątkiem „mistrza”, który ze świetlistym uśmiechem zezwolił mi na pobyt tutaj, jak długo zechcę.

Po drugie jednak pokój, który zajmowałam nie jest, jak początkowo sądziłam, wolną, nieużywaną przestrzenią, ale jeden z młodych mnichów musiał się dla mnie przeprowadzić.

Wobec tego z niespodziewanym żalem przerzuciłam swój plecak pod adres zwany Wat Su Pa Luang. Nieco poza miastem, wśród palm i zaniedbanej roślinności, śmieci i –zaskakująco- jesieni, mieszkają mnisi i zakonnice w małych domkach z ogródkami. W „świętej wiosce” jest ziołowe spa, czyli drewniany domek na palach, z którego wydobywa się silnie aromatyczna, zdrowotna para. To jedyne miejsce zamieszkane przez mniszki. W rzeczywistości jednak nie są to dziewice, które poświęciły swoje życie Buddzie, ale niemal co do jednej – wdowy, dożywające na świątynnych dotacjach ostatnich dni (zostaję przedstawiona jednej z nich – ta jest młódka, ma 86 lat. Moja mama, u której będziesz spała, ma 98. 2 lata do setki i co ty na to? Tak, ta tutaj mehao – tytuł oznaczający mniej więcej „Jaśnie mądrzejsza” -jest jeszcze bardzo młoda. Ale moja mama ma prawie 100! Zapamiętaj!). Dzika wersja domu starości. W dodatku mieszkanki ubrane są obowiązkowo w białą powiewną szatę do złudzenia przypominającą pidżamę. Ogolone głowy tuż przy skórze, brak brwi. O świcie jest chłodno, więc krzątają się po zagródkach w białych identycznych czapeczkach, spod których wystają tylko żółwie oczy. Po zsumowaniu wychodzi coś pomiędzy szpitalem psychiatrycznym a miastem duchów.

Mniszki podczas procesji

Witamy w fascynującym Laosie.

PS. Pod słowo „buddyzm” w zależności od szerokości geograficznej proszę sobie podstawić „hinduizm”, „chrześcijaństwo” czy „islam”, bez różnicy. Gdyż, jak wszyscy dobrze wiemy, każda religia zasługuje na takie samo traktowanie.


Nowy Wybór

Właśnie dlatego nie wierzę w drogowskazy. Pai, północna Tajlandia.

 

Znacie tę grę „Nowy wybór”?

Zabawa polega na tym, żeby znaleźć alternatywę dla tego, co się właśnie robi. I następną. I jeszcze. I w kółko. Bardzo praktyczne, można bawić się w nieskończoność.

Już nie Korea; chwilowo Laos, niespodziewanie. Pomiędzy Tajlandią a (iz)realem.

Kolejny skok na głęboką wodę.

Mała Tajka (lat około 7) żonglująca nożami. Festiwal kwiatów, Chiang Mai.

*

Zagubiona gdzieś w Azji nie wspomniałam nic o konkursie.

http://www.alpinus-miejodwage.pl/

Mój projekt jest pod nr 417.

Powtórka z roz(g)rywki. Zainspirowana ostatnimi zdarzeniami chciałam zgłosić wyprawę pt.” Jak dotrzeć do  najniebezpieczniejszych miejsc na Ziemi i przeżyć”, ale już za późno. Wobec tego światło, podejście drugie, bo nie wierzę w powroty, ale w „Lot nad kukułczym gniazdem”.

Więcej w zakładce „Nomadka” i w postach z okolic lutego 2011. A wkrótce reportaż z festiwalu światła w Malezji na wyspie Penang.

Głosować można za darmo. Dziękuję i pozdrawiam znad rzeki Mekong.


Szczęśliwego Nowego Smoka

Jak mnie nie ma, to znaczy że się dzieje. Szalone Brunei Darussalam, gdzie wszystko ma dwie wersje – oficjalną i nieoficjalną, spotkanie z sułtanem, polowanie na krokodyle, nielegalna prywatka w państwie szariatu, gdzie imprezy są surowo karane przez władcę, autostop przez Malezję i Tajlandię, taniec smoka, taniec feniksa i taniec lwa, Festiwal Światła w świątyni Kek Lok Si na wyspie Penang, prowadzenie samochodu w ruchu lewostronnym, ponad 20 godzin w tajskim pociągu jako jedyny obcokrajowiec w najniższej klasie, odwiedziny w domu gubernatora Pattani, wyprawa do miejsca „Nie jedź tam”, czyli w samo serce zamieszek separatystycznych…

Tancerze Long Fei Feng Wu, Penang, Malezja.

 

Czerwony Smok życzy Państwu płomiennego roku.

A ponieważ w 2012 według chińskich prawidłowości woda połączy się z ogniem, bo mamy rok Smoka w żywiole Wody, więc można igrać z ogniem