Tag Archives: www.nomadka.wordpress.com

Ulicznica Kambodża

Za uliczność, bezwstydność, za to, że całe życie rozgrywa na widoku, w kurzu i królewskim słońcu lub w strugach nagłego, dzikiego deszczu, pootwierane na oścież okna i drzwi, nagie dzieci, ludzie funkcjonujący przez cały dzień w kolorowych pidżamach, publiczne pogrzeby, na których ofiarowuje się bogom papierosy, jakby na przetestowanie ich słynnej nieśmiertelności…

czyli za co, mimo wszystko, da się kochać Azję:

Sprzedawczyni smażonych karaluchów drzemiąca przy ulicy w oczekiwaniu na klientów

Czego nie robi się na ulicy? Nie należy dotykać osoby przeciwnej płci, pary nie trzymają się nawet za ręce.

Nie całuje się! Nie tylko publicznie, ale w ogóle! Pocałunek po kmersku to zbliżenie twarzy do policzka ukochanej/ukochanego i lekkie wydmuchnięcie powietrza nosem. Kropka.

Tak, też nie wierzyłam, ale na czas pobytu w Kambodży można zapomnieć o pocałunkach w usta.

Rytuał Lucky Water. Świątynia w okolicy Floating Village niedaleko Siem Reap, mnich oblewa wiernych wiadrami zimnej wody, mrucząc przy tym mantry zsyłające „good luck”

Para młodych Khmerów podczas rytuału oczyszczenia z grzechów

 


Waiting for…

…being a child again

Dedykowane Mojej Pięknej Mamie

Siem Reap. Pierwsza burza tegorocznej pory deszczowej, która w pół godziny zamieniła drogi w dzikie rzeki. Cudownie beztroskie, mokre szczęście.


Tajwan znaczy seks

Eat, pray, love.

Julie Roberts ze swoim cudownym końskim uśmiechem nie musiała wcale wędrować do aż trzech krajów, by dotrzeć do esencji powyższych trzech stanów. Istota jedzenia, modlitwy i miłości w nieskażonej formie toczy swoje spokojne, niezależne życie na wysepce u podnóży Chin.

*

Wyprawa pod znakiem dreszczy: tych rozkosznych, rozlewających się po ciele jak wiatr, gdy pędzisz skuterem pustą drogą w tropikalnym lesie 100 km/h. Oraz tych strachu,  zachłannie zagarniających skórę jak nieujarzmiony ocean wschodnie wybrzeże – w końcu to wyspa duchów, wszechobecnych.

Tajwan oznacza szaleństwo zmysłów. Nawet świątynie są seksowne. W Kaohsiung z czerwonych ścian jednej z największych świątyń wyrastają dziesiątki złotych piersi.

Tajwan to właściwie jedna droga wzdłuż linii brzegowej. Dokładnie to mam na myśli: pruje się skuterem na wyciągnięcie jednej ręki mając niekończącą się bujną zieloność, drugiej – nieustannie wzburzone, dzikie fale. Jeśli z zachodniego wybrzeża (tego wymienianego we wszystkich przewodnikach) chce się dostać na wschód (tu nie rozwinął się przemysł turystyczny ze względu na niezwykle częste i ostre tajfuny) i tak trzeba objechać całą wyspę; pośrodku są góry i nie biegnie tamtędy żadna szosa.

Zdjęcie zrobione z paralotni.

*

Kolorowe wioski lokalnej ludności wyglądające jak osady Indian, rozległe parki krajobrazowe, idealne miejsce do latania na paralotni, rafting… Mapa usiana jest tak gęsto drobnymi hieroglifami, że właściwie ciężko wskazać punkt, który NIE BYŁBY zabytkiem narodowym, centrum kultury, wyjątkowym gejzerem, popularnym wzgórzem widokowym itd.

Tydzień to zdecydowanie krótko na tę małą przecież wyspę. W związku z tym decydujemy, że podążanie za jakimkolwiek planem nie ma najmniejszego sensu.  Wynajmujemy skuter co szybko okazuje się być najdoskonalszym sposobem na podróżowanie po Tajwanie. Drogi są kręte, lecz wschodnie wybrzeże świeci pustkami –idealna szkoła jazdy*. Cena tej przyjemności – mniej więcej 10 US dolarów za dzień. Paliwo jest śmiesznie tanie, ale zbiornik malutki, a stacje benzynowe zaskakująco rzadko, więc często w panice dojeżdżamy na ostatnich kroplach.

 

JEDZ

Mleko z papai lub kokosa, sok z asparagusa, przedziwne owoce o szalonych barwach, kształtach i smakach, także  suszone w przyprawach, które dosłownie eksplodują w ustach, pieczone słodkie ziemniaki, ryż z krwią, tofu na dziesiątki sposobów w tym słynne stinky tofu, czyli marynowane w moczu końskim… niekończąca się lista niesamowitych potraw, a czegokolwiek nie spróbuję,  natychmiast staje się moje ulubione. Nawet najprostszy posiłek którym zostajemy poczęstowane w jakiejś mijanej wiosce przez ubogich i niesamowicie życzliwych ludzi, zwala z nóg. To właściwie tylko ryż, bambus i parę korzeni, ale tak aromatycznych, że smak pozostaje w pamięci na długo.

Większości można spróbować za darmo, każdy szanujący się sprzedawca na rynku ma wystawioną specjalną miseczkę do poczęstowania klientów i wykałaczki (nie wolno dotykać palcami), nalega, byś skosztował wszystkich dostępnych produktów, uśmiecha się życzliwie i zagaduje.

A skoro o jedzeniu mowa… Któregoś ranka trafiamy do portu, rybacy właśnie wrócili z połowów i rozłożyli dumnie swoje zdobycze, jest tu właściwie wszystko- ryby znane mi dotąd tylko z kolorowych albumów: młot, gigantyczne płaszczki, całe mnóstwo mieniących się tęczowo wielkich, imponujących stworzeń o niezidentyfikowanych nazwach. Nadchodzi czas oprawiania, mężczyźni zakasują rękawy i chwytają  spracowanymi dłońmi duże, ostre noże. Wiedzą dokładnie, gdzie ciąć. Sprawnymi, precyzyjnymi ruchami oddzielają wnętrzności od serca, wypruwają flaki, wrzucają do oddzielnego wiadra żołądek… Krew leje się strumieniami,  zatacza kręgi wokół. Nikt nie zwraca najmniejszej uwagi na czerwoną falę pod stopami. W przedziwny, prymitywny sposób jest to niezaprzeczalnie piękne.

Chwileczkę, jestem wegetarianką od siedmiu lat, mdli mnie na widok kiełbasy, ale ta krwawa jatka nie wzbudza we mnie najmniejszego obrzydzenia? Dokładnie tak, szczerze mówiąc jestem absolutnie zafascynowana. Hasta la vista, baby. Wyobraź sobie mężczyzn codziennie o świcie odcumowujących łódki i wypływających w morze. Spędzają tam parę godzin w ciszy, żując beatle nuts**, nie myśląc za wiele, może tocząc jakąś leniwą rozmowę. Proste. Pierwotne. I w kontraście do tego całego teatru gierek rządowych, PR, wyszlifowanych błyszczykiem uśmiechów, lukrowanych kampanii reklamowych i/lub politycznych – cudownie, kojąco prawdziwe.

Taki moment, kiedy czujesz życie.

Napis na klapkach mówi sam za siebie.

Impresjonizm, pocztówka. Biel, zieleń i czerwień niemal czarna – czy to nie sztuka?

Wyraz twarzy (x3).

 

MÓDL SIĘ

To samo uczucie, co na rybnym markecie pojawia się w tutejszych bajecznych świątyniach.

Nad jezioro Lotus w Kaohsiung trafiamy przypadkiem (jak zawsze), ale to jedno z najbardziej fascynujących miejsc na południu Tajwanu. Świątynie rozlokowane co parę kroków na nawodnych platformach przybierają surrealistyczne kształty: do jednej wchodzi się przez paszczę smoka, do innej – tygrysa.  Pomieszanie stylistyk, ogromne przestrzenie, załadowane co do milimetra figurkami, złoceniami, arabeskami, małymi i wielkimi posągami przypominają do złudzenia lunapark. Wszystko w idealnym stanie, jak nowe, choć jednocześnie uderzające dziwnie monumentalną, wielowiekową mądrością. I radością życia. Seksem.

Tutejsza tradycja pozwala na rozmowę z bogami za pomocą dwóch księżyców. Drewniane, przeważnie czerwone klocki rzuca się, by poznać odpowiedź na wybrane pytanie. Jeśli upadną tą samą stroną – niedobrze; jeśli widoczna jest jednocześnie wypukła i płaska strona – wszechświat mówi „tak!”. Żadne pytanie nie jest zbyt głupie lub małe, by zawracać boską głowę. Bo i bóstwa Tajwańczycy mają od wszystkiego. W świątyniach, gdzie nie da się oddychać od wielobarwnej, bogato zdobionej wielowszystkości znajdzie się miejsce dla każdego. Wygląda to tak, jak gdyby po prostu przygarniali każdego co bardziej intrygującego boga. Gościnna religia, w końcu złożyć ofiarę (najlepiej ciastka!) nie zaszkodzi…

Co więcej, większość świątyń należy do więcej niż jednego wyznania. Najszerzej rozpowszechniony jest buddyzm i taoizm, ale z powodzeniem funkcjonuje również całe mnóstwo pomniejszych wierzeń. Tajwan jest doskonałym przykładem koegzystencji konfesyjnej. Wyznawców różnych religii charakteryzuje nie wrogość, ale ciekawość, a nawet ciekawskość.  W praktyce wygląda to tak, że większość osób jest powiedzmy buddystami, ale przed egzaminami chodzą do świątyni konfucjańskiej, a przy różnych innych okazjach jeszcze w parę innych miejsc. Im więcej bogów ci sprzyja, tym lepiej!

Na dachu świątyni, ponad bogami. Podglądając z góry życie niebios.

*

Jacy są ludzie wychowywani w tych radosnych sceneriach bez podziału na sacrum i profanum?

Dokładnie tacy, jak ich religijność: życzliwi i ciekawscy. Gościnni. Uśmiechnięci. Przesądni.

 

Czerwony to kolor szczęścia. A czasem także umierania. Zaskakujące połączenie, ponieważ o śmierci tutaj nie wolno wspominać, nawet cyfra 4 wywołuje przerażenie. Używa się w zastępstwie litery F, ponieważ oryginalne „si” brzmi tak samo dla śmierci jak i dla czwórki. W hotelach lub w szpitalach niejednokrotnie  nie ma czwartego piętra (tzn. w windzie nie ma takiego guzika i/lub piętro jest wyłączone z użytku, stanowiąc zwykle magazyn).

Ze zbliżonego powodu Azjaci w czasie posiłku przenigdy nie wsuną pałeczek sztorcem w miseczkę ryżu. Miska ze sterczącymi pałeczkami przypomina wyglądem czarę ofiarną, wypełnioną popiołem z kadzidełek używanych by uczcić duchy bądź przodków.

Przesądy lingwistyczne są wielce istotne przy dawaniu prezentów. Tajwańczyk nigdy nie podaruje komuś zegara. Jest tak, ponieważ „songzhong” może oznaczać również „oddać cześć zmarłemu”.

Nie wolno też sprezentować parasolki. San oznacza „rozstać się” . W najlepszym wypadku kolejne  spotkanie nie nastąpi, w gorszym – odbędzie się w formie pogrzebu…

Dokładnie ta sama sytuacja jest w przypadku niewinnej gruszki. Gruszka ma tę samą wymowę co „li” (opuszczać) w słowie „fenli”, po chińsku: „rozstawać się” .

Osobie, która spodziewa się dziecka, daje się podobne do liczi owoce longan oraz nasiona lotosu (lianzi). Krzyżówka tych nazw brzmi identycznie jak „wspaniały i drogocenny syn”. Dający prezent życzy w ten sposób, aby niemowlę było płci męskiej (…).

Świątynny strażnik ognia. Mężczyzna, który przez cały dzień usuwa stare świeczki i odpala na nowo te zdmuchnięte przez wiatr.

Mimo uwielbienia dla zabobonów, społeczeństwo pędzi naprzód. Znakiem czasu są szalenie popularne operacje plastyczne, nie stanowiące absolutnie tematu tabu. Zdarzało mi się poznać w pociągu kogoś, kto zaczynał pogawędkę od informacji, że jedzie właśnie na korektę nosa.  Do tej pory nie mam pojęcia, jak się nazywała ta uprzejma dama, ale wiem, co i ile razy zamierza sobie poprawić.

Chodzi o to, by wyglądać bardziej kaukasko – duże oczy, większy nos, wypukłe usta gwiazd filmowych.

 

 

 

KOCHAJ

 

Ale miłość to już zupełnie inna historia.

(Cortazar: ale miłość, takie słowo.)

Szczęśliwego Nowego.

 

*Ostatnio jeździłam na motorze i kompletnie nie mogę się przestawić na skuter. Ruszam z całym impetem, mijając o centymetr drugi pojazd. Właściciele wypożyczalni rzucają się za nami w pościg. Tłumaczą, że jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie, ale śmiejemy się, że wszystko pod kontrolą, że dawno nie siedziałam za kółkiem, ale robiłam to milion razy. To niezupełnie prawda, jednak w końcu pozwalają nam jechać. Zabawa się dopiero zaczyna, owszem, prowadziłam kiedyś skuter, ale w komfortowych warunkach – prosta droga i pomocna, męska dłoń w razie czego. Tu to zupełnie inna, ekstremalna bajka. Deszcz zacina jak obłąkany, droga jest wąska i przypomina raczej tor rollercoastera niż główny szlak komunikacyjny. Początkowo nie możemy uruchomić świateł, więc jedziemy po krętej, skalistej drodze w kompletnych ciemnościach.

Jednak już następnego dnia stajemy się najlepszymi przyjaciółmi. Skuter musiał być zaprojektowany przez geniusza – zdaje się reagować na najmniejszą myśl, najlżejszy dotyk. Pędzimy jak wiatr i nie wyobrażamy sobie, jak można NIE jeździć skuterem.

**Beatle nuts to coś jak papierosy do żucia. Biały orzech posmarowany czymś, co wygląda jak klej do tapet, mimo usiłowań, nie udało nam się dowiedzieć, co to właściwie jest. Całość zawija się w liść, tak przygotowaną substancję należy rozgryźć, splunąć, a następnie żuć przez jakieś 10 minut. Daje uczucie niezwykłego ciepła, uderzającego znienacka w klatkę piersiową i rozchodzącego się przyjemną falą po ciele – błogość. Daje też niezłego kopa, jakby jednocześnie paliło się papierosa i piło mistrzowskie włoskie espresso.

 


Where is my culture shock?!

Lotnisko, czyli ostatnia wiadomość z Polski.

Może i Koreańczycy mają  trzy zupełnie różne czasowniki, by wyrazić tę samą czynność  w zależności od stopnia wymaganej grzeczności (very polite – wersja absolutnie podstawowa, super polite i super super polite – coś jak poziom boski); może i jest tu jak w ogromnym, nowoczesnym szpitalu – bezosobowo i sterylnie do bólu, z doskonałą organizacją i obsługą tak miłą i opiekuńczą, że zaczynasz podejrzewać jakiś podstęp, powoli nabierasz pewności, że najnowsze wyniki badań musiały pójść niewiarygodnie źle i właściwie jest tak przyjemnie, że pewnie umierasz; może i Koreańczycy jedzą słodkie drożdżówki z fasolą czerwoną, groszkiem zielonym lub -uwaga! uzależnia! – czarnym ryżem i czarnym sezamem, chleb nadziewany bitą śmietaną, bagietkę czosnkową posypaną cukrem, ryżowe wino smakujące głównie fermentacją, suszone glony i słodsze od cukru wynalazki (a przy tym wypatrzyłam tylko trzech grubasów); może i ciężko odróżnić kościoły od burdeli, bo wszystko jest  neonowe i  krzykliwie kolorowe, nawet krzyże tutaj są czerwone i świecące; ale Seoul to po prostu wielkie miasto i jak każde inne miasto świata w czasie deszczu pachnie mokrym asfaltem…

Zielone drzwi - kościół, czerwone - burdel.

A potem okazuje się, że po prostu Korea polega na niuansach, gra na półtonach, jakby tańczyła tango de salon, a nie zamaszyste nuevo. I z każdym dniem wciąga i fascynuje coraz bardziej. Spojrzenie się wyostrza, duże europejskie oczy zwężają się teleskopowo do azjatyckiego rozmiaru skupienia i uczą się, gdzie i jak patrzeć.  To miasto jest po prostu jak jego mieszkańcy – grzeczne i nienachalne, nie narzuca się ze swoją odmiennością. Kłania się w uprzejmym przywitaniu, zastyga w pozycji pełnej respektu i czeka.

Są miłości od pierwszego wejrzenia, miejsca, które łaszą się do nóg jak spragniony pieszczot pies, są miejsca jak wilki – dzikie i niebezpieczne, a jednocześnie w jakiś mroczny sposób pociągające. I są miejsca – koty, nie wchodzące w głębsze relacje, niezależne w swoich labiryntach niezliczonych ulic.

*

Na razie tylko parę zdjęć, ponieważ mój aparat miał bardzo bliskie spotkanie z  Love Paradox, czyli bajecznie słodkim drinkiem na bazie wina.

Harmony Market. Jedzenie uliczne nr 1.

Jedzenie uliczne nr 2, czyli Seoul w pigułce: jogging, jedno z niezliczonych centrów biznesowych i panowie w garniturkach na aromatycznym lunchu.

W następny weekend wyskakuję na chwilę do Japonii,  jak mówi Lara – azjatyckich Włoch. Co oznacza ni mniej ni więcej mistrzostwo szczegółu i oszałamiające jedzenie.